Marcin Rusak i jego efemerydy

Mieszka w Londynie, ma 35 lat i należy do najbardziej oryginalnych twórców z pogranicza designu i sztuki. Projekty, rzeźby i instalacje sprzedaje z sukcesem na całym świecie. Ale coraz mocniej ciągnie go w stronę Polski. Proszę Państwa, Marcin Rusak!

Marcin jest jednym z tych dobrych rozmówców. Zdania płyną z niego wartkim strumieniem. Chwilami trudno jest za nim nadążyć. Nie zatrzymuje się, nie daje sobie wiele czasu do namysłu. Jako twórca jest inny. Etap poprzedzający tworzenie, czyli czas przemyśleń, rozważań filozoficznych, sięgania w głąb siebie do emocji, szukania kulturowych kodów oraz pozyskiwania wiedzy, trwa długo i w gruncie rzeczy jest nieustannym procesem.

Marcin konsekwentnie też podąża za swoimi ideami. Są one sumą jego doświadczeń z dzieciństwa, dziedzictwa rodzinnego, drogi życiowej, spotkań, podróży, edukacji i przemyśleń na temat obecnego świata. Pociąga go to, co jest efemeryczne, zmienne i trudne do zatrzymania. Udaje mu się uchwycić proces przemiany roślin, ich rozkładu. Tak byśmy mogli mu się przyglądać. Jak sobie, w lustrze. W poszukiwaniu pierwszych, a potem kolejnych śladów upływu czasu.

Chłopiec ze szklarni

Urodził się w 1987 roku w Warszawie. Na Mokotowie, niedaleko ulicy Woronicza. W domu, który został zbudowany w sąsiedztwie szklarni należącej od pokoleń do jego rodziny od strony mamy.

– Hodowanie kwiatów, sadzonek to był rodzinny biznes, sięgający początków XX wieku – opowiada Marcin. – Szczególnie mój dziadek był takim naukowcem eksperymentatorem. Testował, krzyżował, jeździł po świecie w poszukiwaniu inspiracji. Mnóstwo czytał i w gruncie rzeczy był po prostu niedostępny dla rodziny, pochłonięty zagadnieniami naukowo-hodowlanymi. Moja mama i jej brat, przekonani, że przejmą biznes po swoim ojcu, poszli studiować na SGGW. Tymczasem w wyniku przemian ekonomicznych przełomu lat 80. i 90. biznes dziadka zaczął podupadać, nagle wyrosła mu konkurencja w postaci importerów roślin z Holandii. W konsekwencji dziadek postanowił się przebranżowić i skierował swoje zainteresowania na uprawę jodły kaukaskiej, zyskującej na popularności choinki bożonarodzeniowej. Jeździł po kraju, szukając najlepszych warunków uprawy. Kiedy byłem kilkulatkiem, ostatecznie wyjechał nad morze, by tam rozwijać nowy biznes. Po wyjeździe dziadka mokotowskie szklarnie przestały funkcjonować i powoli podupadały.

Dzieciństwo Marcina polegało na zabawie w tej tkance będącej mieszaniną postindustrialnych pozostałości szklarni – powybijanych okien, kruszącego się cementu oraz roślin, które zdobyły sobie tę przestrzeń po rosnących tu jeszcze do niedawna różach, orchideach, gerberach czy goździkach. Marcin nie zapamiętał równych rzędów hodowanych kwiatów, lecz właśnie ten pejzaż.

Obok był jeszcze ogród, a w zasadzie park. Zaprojektowany przez dziadka wspólnie z cenionym architektem krajobrazu Ludwikiem Lawinem, z różnicami terenu, pagórkami, mnóstwem rzadkich gatunków drzew, które dziadek sprowadzał przez lata z Polski i z zagranicy. – W tej hybrydzie roślinno-przemysłowej i w tym ogrodzie spędziłem swoje pierwsze lata życia. Zapraszałem kolegów i bawiłem się z nimi, np. w chowanego, ale też eksplorowałem z zainteresowaniem te tereny i próbowałem coś budować, konstruować, np. domki na drzewie. To był mój plac doświadczalny. Całe dzieciństwo spędziłem na zewnątrz – wspomina.

Niemal w samym centrum Warszawy Marcin Rusak dorastał do 15. roku życia jak w innym świecie. Ten pierwszy dom był wielofunkcyjną machiną, w której na pierwszym piętrze mieszkała babcia, już sama po odejściu dziadka, na drugim on z rodzicami i siostrą, na parterze znajdowały się pomieszczenia przemysłowe, a pod tym wszystkim ogromna kotłownia, która napędzała szklarnię. Gdy dziadek postanowił wszystko sprzedać, kwiatowy biznes poszedł w niepamięć. Po decyzji dziadka rodzina Marcina wybudowała nowy dom i przeniosła się w inne miejsce, a tu powstały dwa bloki.

– Początkowo deweloper, zachwycony ogrodem, stwierdził, że go zostawi, a bloki staną obok – opowiada Marcin. – Nie zniszczy przecież tych przepięknych, zabytkowych drzew i malowniczych pagórków. Ostatecznie jednak postawiono tam kompleks mieszkalny i wycięto 80 proc. wszystkiego, co tam było. Naprzeciwko siebie stoją teraz dwa niezbyt piękne bloki, a ludzie patrzą sobie w okna. Natomiast na dole znajdują się resztki tej tkanki, która mnie ukształtowała. Smutna trochę ta historia. Zapomniałem o niej na wiele lat. 

Polska czy Holandia?

Po liceum Marcin zastanawiał się nad tym, by zostać architektem, ale uważał, że jest za słaby z matematyki. Wybrał europeistykę, bo myślał o dyplomacji. Był nią trochę rozczarowany, lecz doceniał to, że nauczył się uczyć – jak pozyskiwać informacje, jak je wykorzystywać. Zdobył wiedzę humanistyczną, która przyda mu się w przyszłości. Podobnie jak dziadek i jego tata inżynier, który związał swoją karierę zawodową z korporacjami, szybko zauważył, że ma smykałkę do biznesu.

– Mając 18 lat, zacząłem pracować po zajęciach. Najpierw dla innych, a potem założyłem swoją własną firmę. Pierwsza nazywała się Wallstickers. Zajmowałem się projektowaniem naklejek winylowych na ścianę. Wtedy była na nie niesłychana moda. Pożyczyłem od wuja ploter i najpierw namawiałem znajomych grafików, żeby mi robili projekty. Ja w tym czasie stworzyłem platformę internetową i zaczęliśmy to oferować klientom w Polsce, a później w całej Europie. W ten sposób poznałem Photoshopa, świat grafiki i zacząłem sam wchodzić w te bardziej projektowe realia – wspomina.

W końcu sam zaczął projektować grafiki, założył studio, robił strony internetowe i identyfikacje wizualne. Zapomniał, że lubił rysować, bo ludzką wyobraźnią włada teraz wszystko, co jest cyfrowe. A jeszcze potem przyszła kolej na projektowanie wnętrz. – Moja przyjaciółka, wówczas partnerka biznesowa, studiowała wzornictwo przemysłowe. Dzięki niej zainteresowałem się tym kierunkiem. Poświęciłem więc pół roku na to, żeby „zbudować teczkę”, a na egzaminach wstępnych zająłem 29 miejsce. Pierwsze pod kreską – przyjęto tylko 28 chętnych. To mnie zmotywowało, by pracować jeszcze wytrwalej. Tymczasem zaproponowano mi status wolnego słuchacza na rok, a potem ponowne przystąpienie do egzaminów.

W ciągu tego roku wrócił do rysunku i zaczął się nim cieszyć, coraz lepiej też rozumiał malarstwo – profesor Marcina, Łukasz Korolkiewicz, dostrzegł jego potencjał. Ale za najciekawsze uznał projektowanie i pracę z materiałami. Dwanaście miesięcy szybko minęło, a tymczasem partnerka biznesowa Marcina zdecydowała się zdawać na Design Academy w Eindhoven. To go zaciekawiło, dlatego także postanowił spróbować tam swoich sił – a raczej, jak mówi, powiększyć opcje, bo bał się, że znowu nie dostanie się na ASP w Polsce. Wyniki przyszły najpierw z Eindhoven – to zdeterminowało dalsze losy Marcina. Holenderska uczelnia działała na zupełnie innych zasadach niż te polskie. Nauka była bardzo intensywna, a życie społeczne w Eindhoven na tyle skromne, że nic nie odciągało studentów od nauki.

Zajęcia były wszechstronne. Obok tych typowo związanych z kierunkiem, na którym pracował z niemal wszystkimi możliwymi materiałami – drewnem, szkłem, plastikiem, gliną – były i medytacja, i teatr, i wiele innych, które sumują się w szeroko pojętą wiedzę humanistyczną.

– Tam też zaczęła się moja przygoda z myśleniem konceptualnym i wyjściem poza spektrum tego, co rozumiane jest jako wzornictwo przemysłowe – opowiada Marcin. – Przy czym szybko okazało się, że to dla mnie za mało. Cały czas bowiem wykładowcy nie pozwalali nam wyjść poza studyjne myślenie. Robiliśmy same modele, koncepty. Prowadziliśmy rozważania o tym, jak łączyć uczucia z projektowaniem. To wszystko było oczywiście szalenie inspirujące i rozwijające, ale po dwóch latach, a szkoła trwała cztery, chciałem już czegoś więcej.

A jednak Londyn

Marcin po tych dwóch latach chciał rozwijać swój indywidualny język projektowania. Pod koniec drugiego roku do Eindhoven trafił absolwent londyńskiej Royal College of Art, który opowiedział mu o wydziale projektowania samochodów. Marcin przez chwilę się zapalił, bo podzielał pasję do motoryzacji swojego ojca. Motywowała go chęć zgłębiania formy, mechaniki, rozwiązań technologicznych, tego, jak rzeczy działają. Podczas rozmowy w Londynie stracił jednak zapał. Wyczuł, że miałby tam ograniczone pole do działania, dlatego skierował uwagę na inny wydział – product design. Złożył papiery i długo czekał na odpowiedź. Nie bezczynnie, bo założył kolejną firmę, zajmującą się produkcją biżuterii, i eksperymentował z rozmaitymi materiałami, głównie z kompozytami. Kiedy dotarła do niego informacja, że przyjęto go na RCA, bez większych sentymentów spakował się i ruszył na Wyspy.

Londyn go zachwycił. Był żywy, kolorowy, a przede wszystkim stanowił tygiel kulturowy. Podobnie było z grupą, z którą się uczył. Każdy wnosił inny bagaż doświadczeń, wiedzę z innych dziedzin, inną kulturę i wrażliwość. Marcin rozkwitał. Poznał tam swoich mentorów i nawiązał mnóstwo relacji, dzięki którym w przyszłości otworzą się przed nim pierwsze, a potem kolejne drzwi. Potrzebował jednak chwili, by wejść w nowy rytm.

– Początkowo to był totalny stres i lęk, że sobie nie poradzę, bo wszyscy byli dalej ode mnie, jeśli chodzi o poziom umiejętności, mieli bardziej rozwinięte myślenie abstrakcyjne i komunikację. Czułem jednak, że chcę tam zostać. Spiąłem się i zacząłem intensywnie eksperymentować, czego wcześniej nie robiłem, bo wykonywałem określone zadania. Zacząłem twórczo używać tych narzędzi, które poznałem w Eindhoven – tłumaczy.

Pierwszym wyzwaniem było znalezienie obiektu, który jest dla niego ważny emocjonalnie. Zrozumienie, dlaczego nim jest i skąd się biorą te konkretne emocje. Marcin wybrał szafę gdańską swojego dziadka. Gigantyczny, rzeźbiony obiekt o wymiarach 2,5 na 2,5 metra. – Trochę mnie  zawsze straszył, a trochę intrygował, bo był łącznikiem z dziadkiem. Jeszcze z tymi roślinnymi zdobieniami poruszał we mnie wiele strun. Zacząłem proces od szukania informacji, czym jest dekoracja i co ją determinuje. Sięgałem do historii i zastanawiałem się, jak ją rozumieć. Dotarło do mnie, że chodzi o świat naturalny, że to on leży u źródeł. Kolejne więc, co mi przyszło do głowy, to pójść na giełdę kwiatową i poznać ludzi, którzy mają z nimi do czynienia na co dzień. Przed wejściem zobaczyłem gigantyczne ilości wyrzuconych kwiatów, bo na giełdzie panuje zasada, że jeśli w pierwszym czy drugim dniu coś się nie sprzedało, to trzeciego dnia trzeba to wyrzucić. Zebrałem te odpady, przyniosłem na uczelnię i zacząłem z nimi eksperymentować.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było nadanie roślinnym odpadom nowego cyklu życia. Przeciskał je przez prasę podobną do tych, jakie miały stare pralki Frania. Wyciskał rośliny w tkaninach, w wyniku czego powstały ciekawe, powtarzalne wzory. – Wyglądało to trochę jak printy Kenzo – mówi Marcin. – Ale tu chodziło o to, że ów print, oprawiony i powieszony na ścianie niczym obraz, ewoluował. Powoli znikał, bo to przecież nie jest pigment. Moi wykładowcy widzieli w tym potencjał. Pytali mnie o znaczenie kwiatów. I wtedy powróciła do mnie moja własna historia.

Marcin Rusak. Rozkwit

To, co do niedawna było uśpione, zaczynało domagać się uwagi. Marcin wracał myślami do swoich korzeni. Do biznesu, który jego przodkowie założyli w 1900 roku, a dalej do dnia obecnego i tego, jak wygląda dzisiaj przemysł kwiatowy. Jak są hodowane rośliny, w jakich warunkach oraz jak nauczyliśmy się nimi manipulować.

Zapytany o to, dlaczego róże w kwiaciarniach nie mają dzisiaj zapachu, opowiada, jak bardzo energochłonne dla roślin jest jego wytworzenie. Efemeryczność tego zmysłu musiała ulec pod naporem potrzeb hodowców i sprzedawców, którzy zakładają, że klienci wolą, by nie pachniały, lecz dłużej utrzymywały się świeże w wazonie.

– Kwiaty stały się dla mnie wehikułem do opowiadania o tym, co dzieje się wokół. O konsumpcjonizmie i ulotności – opowiada Marcin. – Potem wprowadzałem kolejne treści. Mieszałem kwiaty z naturalnymi materiałami i odkryłem, że mogę opracować takie, które z czasem się rozkładają. Pojawiła się symbolika efemeryczności, przemiany, rozpadu. W końcu powstała seria waz, które się rozkładają, co zmienia ich znaczenie. Nie są już bowiem przedmiotem, który pozostawiamy po sobie kolejnemu pokoleniu, ale odchodzą i zanikają. Podobnie jak my. Ta efemeryczność przedmiotu powoduje, że wytwarzamy z nim unikalną więź – chronimy je przed szkodliwymi dla nich promieniami słońca czy wilgocią, próbując maksymalnie wydłużyć ich „życie”.

Na obronę Marcin przygotował projekt składający się z czterech elementów. Każdy z nich to inny wątek opowiadający o współczesnym rozumieniu kwiatów. Od strony konceptualnej po materialną – stworzył nowe materiały z kwiatów, które się rozkładają. W ten sposób powstał fundament studia, które Marcin wkrótce założył. Jego powrót do korzeni rezonował też w najbliższej rodzinie. Namówił mamę i siostrę, by wróciły do swojej pierwszej pasji. – Zaczęły od artystycznych instalacji kwiatowych na rozmaite eventy, a potem założyły kwiaciarnię w centrum Warszawy. Do dziś ją prowadzą, a ja korzystam z ich zasobów, a dokładnie tych odpadów, które biorę również od kilku zaprzyjaźnionych londyńskich kwiaciarni.

Studio powstało niedługo po obronie, bardziej z konieczności niż przekonania, że to już. Bo Marcin miał pomysły, ale nie miał źródła finansowania. – Kiedy kończyłem RCA, bywało, że musiało mi wystarczyć siedem funtów na tydzień. W Londynie! Ale było we mnie przekonanie, że po takich szkołach szybko znajdę pracę. Tymczasem nikt nie był mną zainteresowany, bo tak naprawdę nic jeszcze nie stworzyłem oprócz tego, co w szkole. Byłem na pięciu rozmowach o pracę i wszędzie mówili mi „nie”. Uważali, że ja za pół roku odejdę. Studio powstało więc wcześnie, zrodzone z determinacji, żeby przetrwać.

Dzisiaj studio rozwija się, rozkwita, mimo że zajmuje się głównie rozkładem. – Najpierw skupiłem się na tworzeniu materiałów, które zmieniają się z czasem. Używałem kwiatów oraz bakterii, zatapiałem je w tworzywie. Pierwotna idea była taka, że bakterie, które wszczepiam i które są w stanie wytrzymać bez tlenu w bardzo wysokich temperaturach, rozkładają kwiaty od środka i powodują, że po latach obiekt się zmienia. A pozostałe przestrzenie po nich wypełni światło. Poetycki materiał, który ewoluuje. Jak wszystko wokół – wyjaśnia.

Zabarwienie materiału sprawia, że świat zakochuje się w malarskości obiektów projektowanych w ramach koncepcji Flora. Estetyka bierze górę, jednak Marcin uparcie mówi o idei, która przyświeca jemu i jego studiu: „Zatrzymaj się, pomyśl, wszystko się zmienia. Jest efemeryczne”.

Marcin Rusak. Zapach róży

W zeszłym roku pojawił się ze swoją wystawą „Unnatural Practice” podczas tygodnia designu w Mediolanie. Niezwykle osobistą, będącą drogą po okruchach pamięci i fascynacjach, których korzenie sięgają rozpadającej się na jego oczach szklarni dziadka. Prezentacja intencjonalnie pozostawała w kontraście do konsumpcyjnej natury targów mediolańskich.

– Fascynacja rozkładem wzięła się od mojego totalnego przesytu światem materialnym dookoła. Z jednej strony nie chciałem już nic do niego dokładać, a z drugiej chciałem jednak coś zamanifestować. Na wystawie pokazałem m.in. jedne z moich pierwszych prac z cyklu „Perishable Series”. Pierwszym pomysłem było stworzenie drukarki atramentowej zbudowanej w całości z biodegradowalnych materiałów – gdybym wrzucił ją do ogrodu, po prostu by się rozłożyła. To się ostatecznie nie udało, ponieważ w tamtym czasie materiały biodegradowalne nie były zbyt stabilne i mogły służyć tylko do wizualizacji koncepcji. Stąd wziął się pomysł na wazę Perishable Vase, ewoluującą w czasie, ulegającą powolnej degradacji pod wpływem warunków, w których jest przechowywana. Chodziło mi o stworzenie nowego, atrakcyjnego wizualnie języka, którym można opowiedzieć o niestałości i rozkładzie.

Przywodzi mi to na myśl film Petera Greenawaya „Zet i dwa zera”, w którym bohaterowie – bliźniacy – ulegają fascynacji rozkładem. Najpierw owoców, potem zwierząt, a w końcu siebie. Wszystko filmują, robiąc z tego procesu dzieło sztuki, a Greenaway dodatkowo układa całość w malarskie ramy.

– Uważam, że wszystko to, co efemeryczne, jest interesujące. Rzadko doceniamy efemeryczność rzeczy, a to one budują nasze wspomnienia – twierdzi Marcin. – Choćby ten zapach róży ogrodowej. Nawet jeśli jest już nieobecny w hodowlanym szklarniowo produkcie, to go pamiętamy i mamy w głowie. W tym kierunku rozwijać też będę studio. Coraz bardziej w stronę konceptów skłaniających do myślenia, rozwijania idei, odchodząc od tworzenia kolejnych rzeczy. Instalacje, rzeźby – one służą temu lepiej, tej konceptualnej stronie naszej działalności, która jest dla mnie najważniejsza.

Pytam jeszcze Marcina o jego dom, o to, czy Londyn to koniec jego podróży. Cieszy mnie, gdy opowiada o planach założenia w Polsce fundacji, która wspierałaby edukację dzieci w zakresie sztuki. Szczególnie tych, których rodziców nie stać na to, by je dokształcać w tym obszarze.

– Mam do dyspozycji piękną nieruchomość z końca XVIII wieku, godzinę drogi od Warszawy. Tam będziemy realizować wszystkie obecne i przyszłe idee. To jest i będzie miejsce, które nazwę swoim domem – kończy swoją opowieść.

Tekst pierwotnie ukazał się w 39. numerze magazynu „Design Alive”.

Marcin Rusak

Marcin Rusak

Urodził się w 1987 roku w Warszawie. Projektant od początku kariery związany z Londynem. Specjalizuje się w opowiadaniu historii, badaniu procesów i materiałów. Stworzone przez niego instalacje próbują wyłapać z codzienności przeoczone szczegóły naszego życia, które odtworzone i przedstawione na nowo odkrywają swoją nową naturę. Po tym, jak nie dostał się na wzornictwo na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, wyjechał z Polski. Zdał na Design Academy w Eindhoven, a po dwóch latach przeniósł się do Royal College of Art w Londynie. Po ukończeniu studiów założył własne studio projektowe – to tam wykonał swoje pierwsze projekty i tam też opracowywał materiał, z którego ostatecznie powstała słynna kolekcja Flora. Jest laureatem Design Alive Awards 2017.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Multisensoryczne rokoko

Multisensoryczne rokoko

Wiedeń | 28 listopada 2022

Marcin Rusak prezentuje zmysłowy projekt, którego tematem jest zapach