Jan Bajtlik: – Za granicą łatwiej mi znaleźć wolność myślenia

– Od wielu lat jestem na zawodowej emigracji, co samo w sobie świadczy o tym, że za granicą łatwiej mi znaleźć tę wolność myślenia – bo nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwości techniczne, finansowe, ale o kulturę pracy, szacunek i respektowanie swobody – opowiada nam Jan Bajtlik, światowej sławy projektant graficzny, który od 2016 roku współpracuje ze słynnym domem mody Hermès.

Jan Bajtlik. Na co dzień artysta multidyscyplinarny. W czasie wolnym ultramaratończyk i alpinista. Mieszka i pracuje w Argentière w Alpach Francuskich oraz w Warszawie. Członek Kapituły Design Alive Awards 2020, a w 2019 roku zdobywca głównej nagrody w kategorii Kreator „za piękną współpracę ze światową marką Hermès, dla której zaprojektował Animapolis – kultową chustę z Warszawą w roli głównej”. „Polska” chusta Hermèsa jest wciąż flagowym produktem marki, utrzymującym się na liście bestsellerów, a dla artysty z Polski stała się też dowodem uznania, zaproszeniem otwierającym drzwi do zamówień z innych działów słynnej francuskiej marki.

Był Pan zdolnym dzieckiem?

Jan Bajtlik: – Nigdy o sobie w ten sposób nie myślałem. Od kiedy pamiętam, rysowałem, malowałem, interesowałem się rzeczami wizualnymi.

Rodzice wspierali tę pasję?

Tak, dopingowali mnie, zapisywali na różne kursy, zajęcia. Od samego początku miałem w nich oparcie.

Był kiedyś plan, żeby pójść w kierunku innego zawodu?

Trudno powiedzieć, żebym w ogóle planował jakiś zawód. Nie wyobrażałem sobie, jak może wyglądać praca grafika, artysty czy projektanta. Nawet kiedy już wiedziałem, że ASP to przestrzeń, która jest dla mnie docelowo interesująca, i później, kiedy poznałem ludzi pracujących w tej branży, to też niespecjalnie koncentrowałem się na myśli, że to jest mój zawód. Przeczuwałem, że być może będę w ten sposób zarabiał pieniądze, ale patrzyłem na to bardziej jako na pole różnych zainteresowań. Myślałem i wciąż myślę przede wszystkim o pasji.

Własny styl był oczywisty od początku czy narodził się w trakcie rozwijania twórczości?

Trudno mi zdefiniować, czym jest styl w oczach innych ludzi. Domyślam się, że chodzi o wspólne elementy i cechy, które łączą pewne konkretne prace, ale w moim odczuciu wszystkie moje prace wykonane na przestrzeni lat się różnią. Zamiast pojęcia stylu wolę posługiwać się zagadnieniem sposobu myślenia, sposobu rozwijania wyobraźni; zadawać pytania, czy to praca narracyjna, czy abstrakcyjna…

Jak więc wygląda sam proces twórczy?

W przypadku projektów, wobec których wiem, że muszę zrealizować pewną wizję, zmieścić się w określonym formacie, zaczynam od bardzo małego szkicu, wielkości mniej więcej pudełka zapałek. Nieraz są to wręcz miniatury końcowej kompozycji, a czasem zupełnie schematyczne rysunki, bohomazy. Mam przyjemność pracować z dyrektorami artystycznymi, którzy mają taką wyobraźnię plastyczną, że są w stanie odczytać te kilka kresek. Natomiast kiedy maluję obrazy lub robię wielkoformatowe rysunki dla siebie, praktycznie zawsze pomijam ten etap i od razu staram się improwizować.

Jak w takim razie przebiega taka współpraca, kiedy pojawia się zlecenie na rysunek?

Pracuję przede wszystkim z Hermèsem, którego nie traktuję jak klienta, lecz jako partnera, przyjaciela, producenta, przedłużenie mojej wyobraźni, i staram się zachować czas na własne projekty artystyczne. Ostatnio współpraca z innymi klientami zdarza mi się sporadycznie. Kiedyś tych zleceń dla różnych branż było bardzo wiele; zawsze zaczynałem od prostego szkicu, zarysowania koncepcji, a reakcja klienta pozwalała mi się dowiedzieć, jak on na to patrzy, i dostosować do tego dalszą formę współpracy. Trudność polegała na tym, że przy okazji każdego zlecenia starałem się wykorzystać nieco inny „styl”, charakter, a tworząc na przykład ilustracje prasowe na rynek amerykański, dla „Time Magazine” czy „The New York Timesa”, zleceniodawcy nie chcieli czegoś nowego – oczekiwali kontynuacji jednolitego stylu, który by mnie jednocześnie wyróżniał spośród grona innych artystów, ale był też przewidywalny.

Kiedy zacząłem pracować nad ilustracjami do książek dla dzieci, a przede wszystkim przy okazji współpracy z Hermèsem, zupełnie zmieniło się moje myślenie o procesie twórczym. Jest on teraz dużo bardziej rozłożony w czasie, ale też doceniana jest znacznie większa różnorodność. Oczekuje się zaskoczenia, otrzymania zupełnie nowej historii. Ilustracja prasowa może być ekscytująca, ale potrzeba przewidywalności, zwłaszcza w Stanach, po pewnym czasie zaczęła mnie nużyć.

Który rynek daje w takim razie więcej swobody twórczej – polski czy zagraniczny?

Od wielu lat jestem na zawodowej emigracji, co samo w sobie świadczy o tym, że za granicą łatwiej mi znaleźć tę wolność myślenia – bo nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwości techniczne, finansowe, ale o kulturę pracy, szacunek i respektowanie swobody.

Dziwi mnie, że w Polsce cały czas powstaje wiele ciekawych inicjatyw, jest wielu wspaniałych twórców, ale możliwości wciąż są bardzo ograniczone – nawet nie z powodów rynkowych, co z braku otwarcia na nową energię, ograniczanie wyobraźni, zachowawczość; nad chęcią bycia sobą zwycięża chęć upodobnienia się do tego, co jest gdzie indziej. Dotyczy to przede wszystkim zleceniodawców, ale czasami mam wrażenie, że także niektórych twórców.

Jak doszło do współpracy z Hermèsem?

W 2016 roku miałem wystawę w Cité Internationale des Arts w Paryżu w ramach nieistniejącego już festiwalu Fête du Graphisme. Christine Duvigneau, jedna z dyrektorek artystycznych Hermèsa,
skontaktowała się ze mną i zaprosiła na spotkanie. Kupiła też prace pokazywane na wystawie.

Dużo się zmieniło od tamtego momentu?

Tak. To był czas, kiedy w moim życiu było wiele zmian, szukałem nowych przestrzeni, nowych zainteresowań, a ta współpraca pozwoliła mi odkryć zupełnie nowy świat. Hermès pojawił się w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Miałem 26 lat i dużo możliwości; zastanawiałem się, co chcę robić, gdzie chcę mieszkać. Wiedziałem, że chcę zdecydowanie wykraczać poza samo projektowanie graficzne, książki, ilustrację, działać więcej na innych polach łączących zainteresowanie projektowe z działaniami artystycznymi. W Hermèsie poznałem wiele inspirujących osób. Częste wyjazdy do Paryża stawały się coraz bardziej rozwijające, a ja odkryłem, że doskonale pasuję do tego miejsca.

Wróćmy do ilustracji. Lepiej się Panu tworzy dla dzieci czy dla dorosłych?

Nigdy tego nie rozdzielałem. Książki dla dzieci są świetną przestrzenią projektową, miejscem do rozwijania wyobraźni i narracji wizualnej, ale treści, jakie wybieram, przedstawiam w takiej formie, by można je było interpretować na wielu poziomach i niezależnie od tego, dla której grupy wiekowej są przeznaczone.

Były też w Pana karierze warsztaty dla dzieci…

Miało to związek z moją pracą magisterską i książką aktywnościową o typografii – „Typogryzmol” – którą wówczas tworzyłem na podstawie warsztatów. To było ciekawe doświadczenie. Wiele się dowiedziałem o percepcji dzieci – mają niesamowitą wyobraźnię, wrażliwość. Ale nie jest to moja naczelna praca i chociaż to był interesujący czas, nie chciałem tego robić dalej. Uważam to za zamknięty etap. W latach 2014–2016 przeprowadziłem ponad 150 warsztatów w różnych krajach Europy, między innymi w takich miejscach jak Tate Modern w Londynie, MACBA w Barcelonie czy MAC VAL w Paryżu.

Studia artystyczne są wsparciem czy przeszkodą? Jak wpływają na kreatywność?

To bardzo indywidualna kwestia. Bardzo cenna jest możliwość działania w grupie, natomiast wiele zależy od nas samych i trudno powiedzieć, czy  akademia jest wsparciem czy też nie. Znam świetnych artystów, którzy kończyli zupełnie inne kierunki lub w ogóle nie studiowali. W moim przypadku ASP była pomocna jako miejsce do eksperymentowania, poznawania ludzi, zmiany perspektywy i doskonalenia technicznych umiejętności, miałem dobry kontakt z profesorami. Ale od samego początku wiedziałem, że trzeba być czujnym i nie pozwolić, by ktoś odcisnął na mnie zbyt duże piętno. Idąc na warszawską ASP, wiedziałem, że ta szkoła może mi coś dać, ale że w wielu kwestiach kulturowych i merytorycznych odstaje względem szkół zachodnich i że prędzej czy później będę chciał szukać dalej, ale już gdzie indziej. Z upływem lat wręcz coraz krytyczniej patrzę na Akademię – dostrzegam liczne braki i ogrom rzeczy, które można było zrobić inaczej, z korzyścią dla edukacji mojej i innych osób. Niemniej był to czas ogromnej swobody i prób, a każdy ma swoją własną osobowość i musi to dopasować do siebie.

W trakcie tej drogi pojawiły się jakieś autorytety?

Trudno mi wskazać jedną postać. Obserwuję bardzo wielu twórców z bardzo różnych dziedzin i w różny sposób na nich trafiam. Niezwykle szybko ten skład się zmienia… Przed studiami na ASP u prof. Lecha Majewskiego czy prof. Macieja Buszewicza, miałem szczęście uczyć się u Józefa Wilkonia, Anny i Krystiana Jarnuszkiewiczów i w Atelier Foksal w Warszawie, gdzie są fantastyczni pedagodzy. Po latach coraz bardziej czuję, jak ważne były te zajęcia przed akademią.

Blokady twórcze się zdarzają?

Oczywiście. Miewam dni, kiedy nie mam pomysłów, ale na ogół trwa to krótko. Pracuję, płynnie przechodząc między projektami, co sprawia, że z wyprzedzeniem znam swój harmonogram prac. Zawsze daję sobie czas na przemyślenie, czy dany projekt na pewno mi odpowiada. Ostatnie miesiące były też bardzo trudne dla wielu ludzi, zawieszono bądź przeniesiono dużo projektów i wydarzeń na całym świecie… Mimo wielu wstrząsających i ogromnie zasmucających rzeczy, był to bardzo dobry i spokojny czas dla mojej kreatywności. Zdrowie moje i moich bliskich nie było zagrożone, a sama rutyna się nie zmieniła – całe moje życie to jest taki lockdown. Większość czasu i tak spędzam w domu lub w pracowni, a że przez większość roku mieszkam w małej wiosce w górach, to ta sytuacja izolacji i spokoju nie była dla mnie nowa. Odwołano wiele wyjazdów, ale miałem rozpoczęte prace, które po prostu kontynuowałem, więc nic mi nie przepadło. Jesień zeszłego roku była dla mnie bardzo aktywna zawodowo. Na wiosnę było nieco spokojniej, więc ten czas był też dla mnie w pewnym sensie zbawienny, nawet trochę odpocząłem.

Jakie więc są najbliższe plany?

W Instytucie Polskim w Düsseldorfie odbywa się wystawa moich obrazów i rysunków. Wychodzą kolejne projekty dla Hermèsa z kolekcji jesienno-zimowej. W tej chwili pracuję naraz nad trzema–czterema chustami Hermèsa, robię też dla nich wizuale do kampanii i projekty wzornictwa przemysłowego dla Hermès Home. Mam też masę innych pomysłów, na które brakuje mi czasu. Maluję i rysuję prace na przyszłe wystawy. Moja autorska książka o mitologii grec- kiej – „Nić Ariadny”, nad którą pracowałem około 3 lata – ukazuje się w kolejnych wersjach językowych.

Jakaś rada dla początkujących artystów?

Robić swoje. Myśleć samodzielnie. Słuchać siebie i wciąż odnajdywać radość i pasję. Kiedy coś zaczyna nudzić, męczyć, powinna się zapalić czerwona lampka. Często trzeba przetrwać trudne sytuacje, ale powinno się być cały czas otwartym i próbować nowych rzeczy.

Więcej na: www.bajtlik.eu

***

Inspirujące wnętrza, najlepsze realizacje w architekturze, nowości ze świata designu, dwa razy w tygodniu w Twojej skrzynce!  Zapisz się na nasz newsletter

Powiązane artykuły:

Co nowego w designie, architekturze i sztuce? Polecamy najciekawsze listopadowe wydarzenia

Chodźcie z nami!

Warszawa | 31 października 2020

Polecamy najciekawsze listopadowe wydarzenia

Co nowego w designie, architekturze i sztuce? Polecamy najciekawsze październikowe wydarzenia

Kierunek: sztuka!

Warszawa | 1 października 2020

Polecamy najciekawsze październikowe wydarzenia

Niepowtarzalna okazja do zetknięcia się na żywo z twórczością Jana Bajtlika, który na co dzień projektuje dla słynnego domu mody Hermès

Wibrujące rytmy

Duesseldorf | 24 września 2020

Wystawa „Linie, rytmy, labirynty” Jana Bajtlika w Duesseldorfie