ŚCIEŻKA DO MĘSKIEGO TRYPTYKU

ROZMAWIA: EWA TRZCIONKA, ZDJĘCIA: WOJCIECH TRZCIONKA

BRENNA 15.4.2017

ARCHITEKTURA LUDZIE MIEJSCA STYL ŻYCIA

„Gospodarz” – tak brzmiał pierwotny tytuł tego wywiadu. Zastanawiało mnie, czy Robert Konieczny potrafił zaprojektować sobie dom, w którym poczuje się jak „u siebie”. Nie jak w ikonie, nie jak w architektonicznym obiekcie, tylko jak w prawdziwym domu. Przez pięć lat obserwowałam, jak zmienia się koncepcja, jak stawały pierwsze ściany, jak ten dom się wznosi. Ale właściwie któż tego nie śledził? Każdy zainteresowany polską architekturą współczesną patrzył mu na ręce. Konieczny to przecież utytułowany i rozpoznawalny twórca, laureat prestiżowych nagród krajowych i zagranicznych. Ale co wtedy kryło się za tą fasadą? Kiedy projektował innym kolejne domy marzeń, gdzie był jego własny dom? 
Do Brennej pojechałam z ciastem. Liście już czerwieniły się i złociły, a powietrze było nadzwyczaj przejrzyste. Roberta zastałam na leżaku – łapał jesienne promienie słońce za domem. Spokojny, uśmiechnięty. Był u siebie. Blisko lasu. Poczułam, że nie mam ochoty pytać go o architekturę: dzień był na to zbyt piękny.

O! Jakie gustowne plastikowe talerzyki. Komponują się niebywale ze współczesną, minimalistyczna architekturą.

A ja to pierniczę.

Nie zwracasz uwagi na takie szczegóły? A jak było kiedyś, też pierniczyłeś?

Kiedyś nie. Jak projektowaliśmy pierwsze domy, to nawet sztućce dobieraliśmy klientom. Talerze, krzesła – wszystko, żeby pasowało.

Dobierałeś klientom, a sobie teraz nie dobrałeś do nowego domu?

Nie no, staraliśmy się. Patka [Patrycja,  żona Roberta Koniecznego – przyp. red.] dobrała fajną porcelanę, a te plastikowe talerzyki nie wiem, skąd się wzięły, ale bardzo je lubię.

Nowy dom. Może przeszedłeś na wyższy etap poczucia egzystencji.

Może? (śmiech)

Czujesz się tutaj „u siebie”?

Jak tu przyjeżdżam, to nie chce mi się stąd wracać do Katowic, do pracy. To jest moje miejsce. Dobrze się tutaj czuję. Zawsze jest tu coś do roboty. Przede wszystkim tutaj poczułem się gospodarzem. Muszę doglądać, pamiętać o wielu rzeczach. Sprawdzać, czy wszystko jest OK. Jak to z domem.

Miałeś wcześniej swój dom?

Ja się w domu wychowałem. Pierwsze dziewięć lat mieszkałem w Rudzie Śląskiej, w domu rodzinnym, który do dziś mi się śni. Jak się wyprowadzałem stamtąd, bo rodzice dostali mieszkanie w Katowicach, to był to dla mnie duży dramat. Od tamtego czasu czułem się wyjęty ze swojego świata.

Czyli to był dom dziadków?

Dom był dziadków, ale z rodzicami mieliśmy w nim swoje mieszkanie. Pod nami mieszkała prababcia, na górze my z rodzicami, a w innej części dziadek z babcią. To był stary, rodzinny dom.

Wielopokoleniowe domy zawsze zostawiają dobre piętno.

Z jednej strony tak, ale teraz rozumiem, dlaczego rodzice chcieli się stamtąd wyprowadzić. Wtedy tego nie rozumiałem, bo było to dla mnie miejsce najlepsze na świecie. Wspaniałe dzieciństwo. Wiesz, jak to kiedyś było: można było latać od rana do wieczora. Wracało się do domu dopiero, jak było ciemno. Pełna wolność. Chodziliśmy po dzikich ogrodach, sadach, po torach kolejowych, po hałdach, bunkrach. Robiliśmy domki na drzewach.

A Twoje dziewczyny mają tutaj w Brennej tyle wolności?

Teraz są inne czasy. Ale ostatnio puściliśmy je i pobiegły do rzeki pobawić się. Przybiegły z piskiem i mówią, że widziały węża i żmiję. Jak coś takiego usłyszysz, to się trochę spinasz, bo to jest niebezpieczne.

I co im powiedziałeś?

Żeby już tam nie chodziły.

No wiesz!?

A ty co byś powiedziała?

Że mają odejść i nie drażnić.

Właściwie to one zobaczyły żmiję z metra i zwiały. Prawda jest taka, że i tak tam chodzą, tylko teraz już w butach gumowych, bo takie ukąszenie nie jest miłe. Mnie tutaj już ukąsił wąż. Nie zauważyłem go, jak wysiadałem z samochodu, wystraszył się i rąbnął mnie. Naplułem na palec, przetarłem nogę, bo byłem strasznie brudny. Patrzę, a tam dwie czerwone kropki. Miejscowi powiedzieli: „A tam, nic ci nie będzie”. Ktoś doradził, żebym pił wapno. Pojeździłem jeszcze po aptekach, a to była niedziela. Dopiero w Skoczowie była otwarta. Piłem wapno, ale w nocy bardzo źle się czułem, duszności mnie łapały. Nie przespałem nocy, tylko popijałem sobie to wapno, a potem pojechałem do Cieszyna do kolegi lekarza. Ginekologa. (śmiech)

Tak, ginekolog jest najlepszy na ukąszenia węży.

To był jedyny lekarz, jakiego znam, poza tym to była już środa. Zrobił mi badania krwi i powiedział, że nie ugryzła mnie żmija, tylko jakaś mieszanka. Miejscowi mówią, że są tutaj żmije, miedzianki i krzyżówki tych gatunków i mnie musiała ukąsić albo miedzianka, albo ta krzyżówka. Do piątku jeszcze źle się czułem. No więc, jak sobie potem myślisz, że to spotka takiego dzieciaka… Tu powyżej mieszka lekarz, zawsze chodzi w wysokich butach, tak samo jego dzieci, a w lodówce trzyma surowicę.

Co jeszcze tu na ciebie czyha?

Tylko węże, kleszcze i żmije. One zawsze tu były i zawsze tu będą, to my tu jesteśmy gośćmi, a nie one.

Czujesz się intruzem czy asymilujesz się z przyrodą?

Cała idea domu powstała na asymilacji. Stąd przecież wynikła zmiana koncepcji. Projektowanie pierwszego domu trwało dwa lata. Wiesz, jak się dla siebie projektuje – na kolanie, po godzinach. Pierwotny projekt był przemęczony.

Pamiętam go.

Pamiętasz „Paśnik”?

Kiedy cię olśniło, że nie o to chodzi?

Powiedziałem o tym na działce, drugiego dnia budowy. Siedzieliśmy tu z moim tatą, z Lenką [córką – przyp. red.] i Patrycją, i po tych dwóch dniach kopania przerwałem budowę. Była już dziura w ziemi do połowy fundamentów. Do dziś nie potrafię sobie wytłumaczyć tej decyzji. Z jednej strony to było racjonalne, a z drugiej to był jakiś abstrakt. Nagle poczułem, że „nie” i koniec. Czy to jest zawodostwo? Chyba nie.

Ale to był twój dom. Nie byłeś tylko zawodowcem, ale też inwestorem, właścicielem, domownikiem.

Z czasem to zrozumiałem, że to chyba była zawodowa decyzja. Bo kiedy dowiedziałem się o osuwiskach, gdy w Polsce zaczęły zjeżdżać domy, nie dawało mi to spokoju. Postanowiłem jednak przerwać budowę tego, co było większym zagrożeniem, niż to, co miałem dopiero wymyślić. Zrozumiałem, że nie chcę, żeby ten dom „kopał się” z naturą, tylko żeby był z nią w symbiozie. Lepiej późno niż wcale.

Co było głównym powodem zmiany?

Jak wykopiesz w poprzek stoku rów pod fundament czy oporowy mur i źle go zasypiesz, to jest niebezpieczeństwo, że naleje się do niego woda. Wejdzie nim pod wierzchnie warstwy, które rozmiękną i zrobi się poślizg. Wszystko wtedy zjeżdża. Konstruktor poradził mi, żeby przy takim terenie nie naruszać za bardzo gruntu. No ale jak tu nie naruszać gruntu, jak zaplanowana była ściana oporowa? Nie wiedziałem, co zrobić, ale poczułem, że muszę to przerwać.

A co na to Patrycja? Ona też na ten dom przecież czekała, też miał być jej.

Wyobraź sobie teraz taką sytuację – umawiasz się z facetem do kina i on ci odmawia. Wytwarza się pewne napięcie, prawda? Ale takie, że można przełknąć. A teraz wyobraź sobie moją sytuację. Nie wiem, do czego to przyrównać. Chyba do chwili przed ołtarzem. Kobieta czeka, a ja mówię „nie”. I nie wiem, kto wtedy gorzej się czuje. Tam na budowie musiałem powiedzieć, że przerywamy budowę domu, który projektowałem dwa lata, że muszę zrobić nowy projekt. No i powiedziałem. A Patka na to: „Jaja sobie robisz!? Jak długo będziesz robił nowy projekt?”. I wtedy, trochę ze strachu, mówię: „Trzy dni”. To była sobota. Powiedziałem „koparkowemu”, żeby nie brał żadnej innej roboty, bo w poniedziałek się odezwę i jedziemy dalej. Nie pamiętam, jak wracaliśmy do domu, do Katowic, czy ze sobą rozmawialiśmy. Podejrzewam, że nie. Wymazałem to z pamięci, to było dla mnie takie obciążenie. Ale jednocześnie już myślałem, co mam robić dalej. Jaki ten dom ma być.

A jaki był tamten projekt?

Przez to, że był projektowany długo, to był przemęczony. Za dużo chcesz, działasz kompromisowo. Jeszcze tu okno, tam taras… A jak masz trzy dni, to musisz za***lać! Jedziesz bez trzymanki i totalnie bezkompromisowo. Wszystko dopasowane do jednej myśli – dom jako rama dla widoku.

W takiej lokalizacji to zrozumiałe. Kto znalazł to miejsce?

Wszystko zainicjowała Patka. Ona szukała działki. Ja tego nie chciałem. Najpierw chciała wyprowadzić się z Katowic do domu na przedmieściach, ale dla mnie to nie był dobry pomysł logistycznie. Uspokoiła się na pół roku. Potem naszło ją na góry, bo będzie odskocznia. Miał być domek taki na 50 metrów. Potem stale to przeprojektowywaliśmy i dom zrobił się na grubo ponad 100 metrów.



A „Arka” jaką ma powierzchnię?

Grzanej powierzchni jest 100 metrów, zamykane tarasy to kolejne 40. Poniżej techniczne pomieszczenia, powyżej nieużytkowe poddasze. Czyli i tak dużo. Ale skoro miałem zmieniać projekt, to chciałem, żeby dom staniał. Poza tym miało być bezpiecznie. Parterowy dom odkręciłem od stoku. Choć zobacz – wejście jest na poziomie gruntu, a sypialnia już jest na poziomie piętra. Jest poczucie bezpieczeństwa.

I widok z każdego pokoju. Jaki piękny źrebak!

Urodził się niedawno, dwa tygodnie temu jeszcze go nie było. A wracając do koncepcji: najważniejsze jest to, że dom jest „mostem”. Stoi na trzech ścianach ustawionych wzdłuż stoku, a pod nim przepływa woda, nie narusza to za bardzo gruntu. Budowa trwała cztery lata i to był dla mnie totalny hardkor. Zestarzałem się, przestałem spać. Jednocześnie toczył się Szczecin [budowa Centrum Dialogu „Przełomy” w Szczecinie – przyp. red.]. Czasami musiałem tego samego dnia być w Szczecinie pilnować budowy i jeszcze zdążyć przyjechać tutaj, żeby konsultować górali [ekipa budowlana, z którą Robert Konieczny współpracuje od lat – przyp. red.]. Czasem wracałem jeszcze do Katowic tego samego dnia. Po prostu rzeźnia. Tym bardziej że pracowałem nad swoim domem. Rozwiązywałem problemy i klienta, i architekta, i wykonawcy. Obciążenie totalne. Nie miałem też na tyle kasy, żeby ten dom wybudować. Na szczęście właściwie wtedy dowiedziałem się, jak bardzo rozpoznawalnym architektem jestem. Wiele firm pomogło mi w tej budowie. Same się zgłaszały. Dużo też przez te kontakty wyedukowałem się. Przykładowo kiedyś interesowały mnie głównie ramy okien i nie wiedziałem, jak ważne jest szkło. Okazało się, że szyby to kluczowa rzecz! Kryształowe dają idealną przezierność od strony widoku, te od południa blokują energię cieplną w 50 procentach i dom się nie nagrzewa. Ale wizualnie nie ma między nimi różnicy. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Arka „popłynie”, że będzie aż tak szeroko publikowana. Ale przez to czuję, że zapracowałem na te szyby. (śmiech)

Wrócę jednak do istoty domu. Patrycja zrobiła z Ciebie gospodarza?

Patka lubi się przemieszczać, podróżować. Kiedy dom był już skończony i po raz kolejny mieliśmy tu przyjechać i pobyć, usłyszałem: „To co? Znowu do tej Arki?”. Zdębiałem! Hello! Ale jak to? Gdybym tego domu nie wybudował, to byśmy sobie już mogli do końca życia po fajnych hotelach jeździć i nie mieć niczego na głowie? Ale ja tego nie żałuję, że on jest. Bo jestem typem, który przywiązuje się do miejsca. Nie jestem domatorem, ale lubię mieć dokąd wracać. A życie jednak powodowało, że stale przenosiłem się z miejsca na miejsce i one nie były moje. Do dziś śni mi się dom rodzinny… Poza tym od dziecka lubiłem góry.

Które góry Cię kształtowały?

Od trzeciego roku życia jeździłem z moimi dziadkami pod namiot. Biwakowaliśmy pełne dwa miesiące. Jestem wychowany w górach. W Beskidach, Pieninach. Trzy Korony były dla nas jak dom. Nie było kempingów. Po prostu przyjeżdżaliśmy i zakładaliśmy biwak nad rzeką. Dunajec, Poprad. A Brenna Leśnica? Byłem tu rok w rok. Dlatego to miejsce było dla mnie tak naturalne na dom. Brenna to nie to samo co Wisła czy Ustroń, bo to już są kurorty – tłumy, spacerowicze, deptaki, pan z panią na elegancko. A tu mogę w gumowcach zjechać na dół i nikogo to nie zdziwi. Jest fajnie! Normalnie. Jak byłem mały, to byłem najszczęśliwszy, gdy babcia zakładała mi stare gacie i starą koszulę. Wiedziałem, że mogę się w tym wytarzać totalnie i nikt mnie nie obryczy. Czułem wolność. I tutaj też zwożę takie stare ciuchy, w których mogę się zciorać.

Chciałabym trochę prześledzić historię miejsc, w których mieszkałeś. Wyprowadziliście się z domu rodzinnego w Rudzie Śląskiej, zamieszkaliście z rodzicami w Katowicach i co dalej?

Mieszkałem tam do początku studiów. Potem umarł mój dziadek i na chwilę wróciłem do rodzinnego domu, by pomieszkać z moją babcią. To jednak było tylko takie bywanie, bo studia, znajomi. Częściej mnie tam nie było, niż byłem. Potem poznałem Marlenę [Marlenę Wolnik, architektkę i byłą żonę, z którą Robert zakładał KWK Promes – przyp. red.] i zamieszkaliśmy w Rybniku, w domu teściów. Tam spędziłem 10 lat.

Udało Ci się poczuć tam „u siebie”?

Nie. Nigdy. To nie było moje miejsce.

Jak stamtąd odszedłeś, po tych 10 latach, po rozstaniu z żoną?

Wyprowadzka była dramatyczna. Dla mnie to był hardkor… Kiedy rozstaliśmy się, Marlena wyjechała z domu, a ja ciągnąłem całe KWK. Właściwie KWK Promes to byłem wtedy ja i dwóch praktykantów. I to było niesamowite – biuro było już mega znane na świecie, tu publikacje zagraniczne, sława, a tu – taka manana! W piwnicy u teściów i to na wylocie. Prawie na granicy przeżycia. To było jeszcze przed nagrodą dla Domu Aatrialnego [najlepszego domu świata według jury WAN House of the Year Award 2006 – przyp. red.]. Kończyłem wtedy projekt pewnego biurowca i umowa była taka, że kiedy go skończę, to się wyprowadzam. Skończyłem dzień przed Wigilią i musiałem się wynieść. Bez domu, bez biura, bez kasy. Brak kasy powodował największy problem.

Stres?

Straszny. I gdyby nie pomoc kumpla, który bardzo mnie wtedy wsparł, nie wiem, gdzie bym wylądował. Wpuścił mnie do mieszkania, które miał przejąć Urząd Miasta. Nie mógł ani go wynająć, ani nic wtedy z nim zrobić, żadnej działalności gospodarczej itd. Było bez ogrzewania, totalnie zdemolowane. Jak się tam już wbiłem, to moi górale, z którymi pracuję od lat, za friko pomogli mi odświeżyć ten lokal. Pozbijali tynki, pomalowali, zrobili jedną łazienkę, a reszta została, jak była. Mam z tym miejscem jednak kilka śmiesznych wspomnień.

I to była siedziba KWK Promes? 

Tak, to była siedziba tego sławnego biura KWK Promes. Ja i dwóch praktykantów. Zresztą jeden z nich pracował u mnie jeszcze bardzo długo potem, a wtedy sprowadził się tam, do biura, z jeszcze jednym kumplem. W ogóle z tym lokalem był niezły dżez. Niestety w tym mieszkaniu mieszkał wcześniej jakiś recydywista i cały czas ścigała go policja. Kiedyś siedzimy w kupie, grzejemy się, bo ciepło było tylko w jednym pokoju, i przychodzi policja: „Co wy tu robicie?”. „A tak sobie siedzimy” – mówię. „A czyje to jest mieszkanie?”. „Kolegi.”, „A gdzie on jest?”. „A nad morzem.”. Poleciałem trochę w kulki (śmiech). No to jazda. Wyciągnęli krótkofalówki, zadzwonili na komendę, posprawdzali nam dowody. Zacząłem coś dyskutować. No i podpadłem jednemu z nich i usłyszałem: „Jak jeszcze raz cię tu dorwę, to idziesz na 48 godzin. Bez gadania.”. Myślę sobie: „Ja p***ę!” No i potem w tym moim niby-biurze co ktoś zadzwonił na domofon, to wybiegałem na klatkę sprawdzać, czy to czasem nie policja…

Robert, opowiadasz to dzisiaj z uśmiechem, jako anegdoty, a jak czułeś się wtedy?

Nie było mi do śmiechu. Spotkania z klientami w biurze to był taki stres, no bo w każdej chwili mogła wpaść policja i wyprowadzić tego „pana architekta”. W kajdankach. (śmiech) Na szczęście nie byliśmy tam długo, a skończyło się to gwałtownie. Było to zimą. Na sekretarkę nagraliśmy coś w stylu „Dzień dobry, tu KWK Promes…”, a przypomnę ci, że tam nie można było prowadzić żadnej działalności. No i zadzwonił ktoś z Urzędu Miasta i wszystko się rypnęło. Zadzwonił ten kumpel i mówi, że musimy się zwijać natychmiastowo. W trzy godziny! To w tym szale wbiłem wszystko do Patrycji, do jej mieszkania na dziesiątym piętrze na Paderewie [osiedle im. I.J. Paderewskiego w Katowicach – przyp. red.], gdzie wtedy mieszkałem. Udało się ustawić jakiś roboczy stół. Pracowało nas już wtedy czterech. Do tego Patrycja, małe dziecko… Po prostu masakra.

Czyli rodzina już była.

Tak, stabilizowałem się. Taka bardzo mała stabilizacja. (śmiech) Ale nie mieliśmy w tym mieszkaniu netu i ukradkiem przychodziłem do tamtego mieszkania, do zakamuflowanego komputera, który tam zostawiłem. Tam – totalny roz***iel, zimno, że para z dzioba leciała. Zresztą, jak tam pracowaliśmy, to też było zimno, że w kurtkach, czapkach i rękawiczkach siedzieliśmy cały dzień. Tylko poobcinaliśmy końce palców, żeby było jak działać na komputerze. No ale do rzeczy: pojechałem tam, by odebrać ważnego mejla. Otwieram go i czytam, że dostaliśmy nagrodę za najlepszy dom świata…

W tym zdezelowanym biurze, nielegalnie?

A co śmieszniejsze, proszą nas o kontakt i numer telefonu, bo będą dzwonić. Jezu… Zadzwoniła jakaś kobieta. To wyglądało jak z tego filmu Nic śmiesznego, jak gość z jednej strony pali sobie cygaro, a z drugiej Pazura w deszczu stoi w tej za niskiej budce, w błocie i ten pies na niego ujada! (śmiech)

Tragikomedia!

Do tego ten jej radosny głos: „Oł, heloł! Super ekstra gratulacje! Przy odbiorze nagrody zapraszamy Was na lancz do Londynu!”… (śmiech)… Szybko wyliczyłem, że ta nagroda wystarczy nam na piec gazowy…

Ale po odliczeniu biletu do Londynu?

Nie, z biletem. Dlatego nie polecieliśmy. Nie mieliśmy w ogóle kasy… To było…

Surrealistyczne… a jak wytłumaczyłeś się pani z Londynu? 

Że jestem zbyt zajęty, by przylecieć. „Ju noł! Stale w trasie jestem. Dubaj! Hongkong!” (śmiech)

A ty w tej czapce, w rękawiczkach bez palców, przykucnięty w kącie, dowiadujesz się, że jesteś światowej sławy architektem…

Taki był rok 2007 w KWK Promes. 10 lat temu. Bardzo przełomowy rok. Bardzo… Potem wynajęliśmy już lokal w Katowicach. Zaczęło się już lepiej dziać.

A gdzie wtedy mieszkałeś? 

Dalej z Patrycją w jej mieszkaniu, czyli ciągle nie u siebie. Stale miałem poczucie braku własnego miejsca. Coś o tym wspólnie wiemy, jak to jest ekstra wtedy. (śmiech) Nigdy nie wiadomo, co w życiu Ci się przytrafi, co?

Co było potem?

W firmie zaczęło super hulać. Poukładało się. Wtedy Patka zaczęła wyskakiwać z różnymi pomysłami. Dziś jestem jej za to wdzięczny. Nie żałuję tego, ale to było trudne. Wpierw chciała wyprowadzać się na przedmieścia. Wybiłem jej to z głowy, bo tam na Paderewie było wygodnie – blisko przedszkole, szkoła, praca, komunikacja, park pod nosem. Super logistyka. I ją przekonałem. Umówiliśmy się jednak, że skoro w Katowicach mamy takie małe mieszkanie, to budujemy dom w Brennej. Dom budował się jednak bardzo długo. Patrycja stale się dziwiła, że nie powstał w pół roku i że mogliśmy kupić domek typu Brda i nie byłoby kłopotów. Ale nie było takich dużych Brdów. Brd?

Brdów.

Postanowiliśmy więc zmienić mieszkanie na większe. I to był dla mnie już problem. Byłem finansowo zarżnięty przy budowie „Arki”, i do tego musiałem wziąć kredyt. Teraz nie żałuję, bo dalej jesteśmy na Paderewie, tylko w większym mieszkaniu. No i powiem tak: kobieta mobilizuje, daje wyzwania, by im sprostać… Dumny jestem teraz.

Czujesz, że masz u boku prawdziwą kobietę.

Tak. I stale nowe wyzwania. (śmiech)

A to większe mieszkanie czyje jest?

Nasze, na spółę. I w końcu coś było moje. Poczułem to wreszcie. To było dwa lata temu. I Patka sama mi to powiedziała: że zawdzięczam jej to, że nie żyję jak jakiś lowelas, który co chwilę gdzieś u kogoś jest kątem, tylko dorobił się w końcu czegoś swojego – i to jest prawda. Zmobilizowała mnie, bo do tamtej pory głównie potrafiłem inwestować w samochody.

Aha…

Nawet jak nie miałem totalnie kasy, ale tak t o t a l n i e, to zawsze wynalazłem takie auto, które mnie pociągnęło i wydawałem na nie całe pieniądze. Totalny debil.

Ale miałeś czym jechać do klienta. Zrobić wrażenie. Mieszkaniem przecież nie pojedziesz. Może była w tym jakaś strategiczna myśl? Wróćmy do „Arki”. Jak długo tu mieszkasz?

Od nieco ponad roku. I nadal są jakieś nieskończone rzeczy.

To śmiem przypuszczać, że już nie będą skończone.

(śmiech) Jest takie niebezpieczeństwo, ale sam się mobilizuję. Dzwonię do elektryków, popędzam, rozwiązuję na bieżąco różne sprawy. No, mieszkam! Na przykład teraz chciałem zgłosić w gminie wywóz śmieci, ale stwierdziłem, że sam będę je zwoził. Nie chcę tu przy domu niczego stawiać, bo tu przychodzą zwierzęta. Rozkopują, zresztą zdrowe to to dla nich też nie jest.

Jakie zwierzęta do Was przychodzą?

W ogóle nazwa „Arka” powstała z formy „barki”, „arki”…

…która przycumowała na zboczu góry Ararat.

…raczej na zboczu Równicy. (śmiech) Ale magią tego miejsca jest to, że zaczęły tu przychodzić wszystkie okoliczne zwierzęta. Te gospodarskie, które wypasają się w okolicy, jak owce i konie, wydeptały całą trawę, bo tu mieszkają pod domem, wycierają się o podniebienie, czochrają się o krawędzie… Zresztą widać, jakie już w tym miejscu ściany są brudne. Zimą przychodzą tu też jelenie. Zając się chyba tylko nie czochra, bo jest za niski. Ale też tu mieszka. Miałem z nim kiedyś niezłą historię. Jesteśmy sobie w domu i przez okna od południowej strony, od stoku, widzę zająca: siedzi i się gapi bez ruchu. Jak w skeczach Monty Pythona. Sceneria się zmienia, a jeden gość siedzi bez ruchu. I tak u nas: my chodzimy, świecimy światła, a ten siedzi. W końcu pozamykaliśmy ściany, podnieśliśmy most. Poszliśmy spać. Rano spotkałem go pod domem. Wiesz, o co mu chodziło? Bo jak nas nie ma, to on sobie lajtowo przychodzi pod dom i idzie spać. A zobaczył jakąś ekipę, zdziwił się, bo w końcu my tu jesteśmy rzadziej niż on, i bał się przyjść do swojego legowiska. Dopiero jak poszliśmy spać, to on też. Raczej pojawia się sam, ale raz przyszedł sobie z jakąś zającową.

Wiesz, każdy musi się kiedyś ustatkować.

Pokazał jej chatę…

I szepnął: „Patrz mała. Konieczny mi ją projektował!”

(śmiech) Wiesz, co w tym miejscu jest fajne? Jak przyjeżdżam wieczorem, tu jest strasznie ciemno, właściwie nic nie widać. Ale jak złapię światłami zająca, to wiem, że nikogo w domu nie ma. Jest bezpiecznie. A jak zająca nie ma, to jestem bardziej czujny.

W sumie dobry układ masz z tym zającem: lokum za ochronę, jak u dobrego gospodarza. Wspominasz jednak o strachu, jaki wiąże się z byciem tutaj na odludziu. Czy ten stan się zmienia?

Teraz jest inaczej. Patrycja od początku bardzo bała się tego bycia daleko od domów. Stąd wiele rozwiązań się wzięło: odkręcenie od stoku, przesuwane ściany od strony zbocza. Chciałem, żeby czuła się tutaj bezpiecznie, komfortowo i intymnie. Bo wystarczy, że ktoś, jakiś turysta nawet, podejdzie w nocy pod wielkie okno i już masz pozamiatane ze strachu. Więc stąd te wszystkie rozwiązania, choć ja sam tego nie chciałem. Albo ten most zwodzony: broniłem się tego, bo to tylko problemy technologiczne. Nic nie przychodziło mi do głowy, ale potem wpadło mi to rozwiązanie, żeby most zwodzony do domu połączyć z okiennicą. Ale teraz, jak jestem sam, to też się zamykam wieczorem od strony stoku. Odgradzam się, to dla mnie naturalne. Zostaje mi za to widok na Brenną. To widok, który bardzo lubię: zarys gór, światła domów w dolinie. Nie przeszkadza mi też, że inni na mnie z dala patrzą. Ja lubię patrzeć poza dom.

No właśnie. Dom. Twój dom. 

I to jest fajne. To miejsce, do którego możesz wrócić. Być w nim.

A co czyni Ciebie tutaj gospodarzem?

Również obowiązki. Muszę myśleć o tych kurkach zakręconych, wyłączonym świetle, pozamykanych oknach. Myślę, co się stało, jak włącza się alarm. Zwykle to przez muchy, bo do tego domu wejść się po prosty nie da. Ale zastanawiam się, czy nie pękła rura…

Nie boisz się zostawiać dom sam?

Tu właściwie jest bezpiecznie, a poza tym jak tu podjeżdżasz, to wszyscy cię obserwują. Sąsiad Zbyszek zawsze ma oko na dom. Widzi, jak pojawia się ktoś obcy.

A zabezpieczyłeś się przed utratą widoku? Jest szansa, że ktoś wybuduje się przed Twoim oknem? Poniżej też są działki budowlane i co?

Gram w totka, żeby je wykupić, ale zniechęcam się, bo najwyżej to trafiła mi się dwójka. (śmiech)

To może lepiej zaoszczędzić, niż liczyć na łut szczęścia?

Dobrze powiedziane. Zawsze sobie tłumaczę, że w ten sposób Bozia zmusza mnie do roboty, bo jakbym tak wygrał, to leżałbym do góry brzuchem, a tak – masz robić swoje i tyle. A jeśli chodzi o teren, to on jest bardzo trudny. Najprawdopodobniej osuwiskowy. Z tym też wiąże się niezła historia. Przyjechali goście robić odwierty przed rozpoczęciem budowy. Nie było mnie. Potem rozmawiam z sąsiadem Zbyszkiem. Przyjechał do nich na motorze i powiedział, że tu sama skała jest. Goście uwiercili ledwo metr i zwinęli się. Nie zrobili właściwie tego badania. Wkurzyło mnie to, bo dopiero, jak już kopaliśmy fundamenty, to zobaczyliśmy, z czym mamy do czynienia. Cztery metry w głąb, a tu sama glina i kamienie. Wezwałem konstruktora i tego geologa, który wysłał tu chyba córkę, i ta dziewczyna nam mówi, że to jest zwietrzelina. Powiedziałem wtedy, że badania w sumie nie było, więc sprawa jest gruba… Przyjrzeliśmy się terenowi. Poniżej mojego domu jest przypuszczalnie coś, co hamuje ziemię, widać to po ukształtowaniu, ale i tak jest ryzyko zjechania w dół. Tak jak wszędzie wkoło. Widzisz ten zgrabny domek z szarym dachem poniżej? Tam mieszka pewna pani konstruktor, która pracuje w Bielsku. Kiedyś przyszła do mnie i mówi tak: „A wie Pan, że możemy być bliższymi sąsiadami?”. A ja mówię: „No wiem, ale już z góry za to przepraszam.” (śmiech)

„Z góry” mówisz. Na razie. Czyli pani, która mieszka jakieś 300 metrów od Ciebie, spodziewa się, że możesz do niej wpaść na kawę z własną kawą, ekspresem i domem. Liczysz się z tym, że możesz się zsunąć?

Zsunąć albo pokulać… (śmiech) Żarty żartami, ale to są trudne sprawy, bo gdyby się tak stało, to tracisz dom i działkę. Bo co ci zostaje? Fabryka kamienia? Z czasem pastwisko? Pole? Takie jest życie. Tak do tego muszę podchodzić. Może ten kształt arki coś wróży?

A tymczasem jak spędzasz tu czas?

Chodzimy w góry, do schronisk. Na Błatnią albo na Równicę. Koszę trawę. Jak nie skoszą jej konie albo barany wcześniej.

Wycisza Cię ten dom?

Zanim przyjechałaś, to można powiedzieć, że zmitrężyłem czas: umyłem się, zjadłem śniadanie, trochę posiedziałem przy kompie, trochę ogarnąłem i poleżałem na leżaku.

Tak powinny wyglądać soboty.

Zwykle mi się to nie zdarza. Taki jestem, że od razu kombinuję, co tu zrobić. Przyznaję, że jakby trawa nie była skoszona, to już bym szedł ją kosić, bo wiem, że jakbym odpuścił, to będzie gorzej, zwłaszcza że konie są zamknięte. Tu jest fajnie, są fajni ludzie. Tu robi się fizycznie. Sąsiad też stale zasuwa: albo jedzie z gór z drzewem, albo ma robotę na gospodarce – naprawia, buduje, gdzieś jedzie, stale w ruchu. A jak poda ci rękę na powitanie, to jakbyś się ze skałą witał.

To praca realna. Mam czasem wrażenie, że my zajmujemy się taką abstrakcją…

Też mam takie wrażenie pokorne. Ja „coś tam sobie myślę”… On „coś” robi. Wiesz, co mi kiedyś powiedział? Że nie musi się przejmować, co zje. Gadaliśmy kiedyś o kiełbasie i mówię mu, że wieprzowe mięso jest takie mniej zdrowe, ciężkostrawne. A on mi na to, że jego starka [gwarowe określenie „babci” – przyp. red.] też jadła wieprzowe i żyje dalej, a ma prawie 100 lat. Tylko że jak ona się narobiła w polu, to przeszło przez nią wszystko. Nie musiała przejmować się dietą: co zjadła, było spalone. A jak my siedzimy na d**ach, to trzeba uważać.

I szukamy zastępczego ruchu – na przykład sportu. Często też pracujemy, by zatrudniać innych, którzy zajmą się naszym dzieckiem, posprzątają. Idziemy do knajpy na obiad, który ktoś za nas gotuje. Wykonują za nas te najbardziej elementarne czynności. 

Dziwne, nie? Z drugiej strony robię to, co lubię. A tu znalazłem miejsce na taką fizyczną pracę dla równowagi.

Żyjecie w symbiozie. A co z ogrodem? Myślałeś o jakimś urządzaniu przestrzeni wkoło domu? 

Tak, ale tylko jako przedłużenie tego, co jest. Po drodze rośnie sad owocowy. Chcę go przedłużyć, żeby zasłonić widok domów na pierwszym planie. A od góry, od drogi, chcę posadzić jedno drzewo, bo jak jedzie z lasu transport drewna, to muszę tym drzewem zabezpieczyć się, gdyby bele osunęły się na zakręcie na dom. Powyżej zrobimy tylko podest, bo ta przestrzeń po prostu mi się podoba i nie chcę jej zakłócać.

Skoro chcesz sadzić owocowe drzewa, to kolejnym krokiem będą przetwory?

Niekoniecznie. Jak opadną, to zwierzęta je zjedzą.

To faktycznie arka, panie Noe!

Ten projekt nabrał drugiego znaczenia. To jest symbioza w działaniu. Konie wpuszczam nie dlatego, że tak jest urokliwie. Urokliwie jest przy okazji, ale one przede wszystkim koszą mi trawę. A dla mnie to cztery i pół godziny roboty!

I chyba gorzej wyglądasz w pejzażu niż ten koń…

Szczególnie jak mam robić w upale. (śmiech) Miastowi znajomi w tych sytuacjach w ogóle się nie odnajdują. Kiedyś byłem bardzo zmęczony, chciałem się zdrzemnąć. Byli u mnie znajomi i nie potrafili rozpalić ogniska. Posłałem ich do lasu po chrust. A ich syn pyta mnie, co to jest „chrust”. No, hello! Trzynastolatek? Rozpaliłem fojer [gwarowe określenie ognia – przyp. red.] z tego, co było pod ręką, bo jak tu tego nie umiesz, to lipa. Musisz się też znać na grzybach. Orientować się w terenie. Tu stale jest co robić. Poza tym ja tu projektuję. Siedzę przy stole w kuchni albo na ganku.

Nie masz tu pracowni.

Nie potrzebuję. Nawet u siebie w pracowni nie mam takiego miejsca, jak biuro. Pracuję gdzie popadnie, rysuję gdzie popadnie. Zdarza się, że i po gazecie, czymkolwiek, co mam pod ręką. Potem muszę wydrzeć to i zachować. Nigdy nie skupiałem się na tym, na czym pracuję. Większość pracy odwalam w myślach. Nawet jak jadę samochodem, to sobie wyobrażam – potem tylko rysuję w pracy.

Czujesz się teraz „ze wsi”? Stąd?

I bardzo mi to pasuje. Popatrz po okolicy. Tu miejscowi nie grodzą się. Albo mają tylko symbolicznie wyznaczoną granicę. Płoty są tylko po to, żeby przykładowo kurki nie pouciekały. Z każdej strony dojdziesz do chałupy. Tu tylko miastowi się grodzą i wystawiają wielkie mury. Mam niedaleko dwie sąsiadki, starsze panie, które przesiadują przed domem, można do nich spokojnie podejść, pogadać. Ja też nie potrzebuję płotu albo chodnika. Tych kilka kamieni przy wejściu zrobiłem za parę złotych. Wpierw myślałem, męczyłem się, kombinowałem, jak zrobić dojście do domu. Potem wypatrzyłem u sąsiada na placu niewielkie głazy. Kupiłem je za stówę, poukładaliśmy i jest ścieżka do domu! Subiektywnie patrząc, to rzecz, która najlepiej mi się tutaj udała. Bo wpierw rozmyślałem, jak zagospodarować tę przestrzeń wokół domu. Dopiero z czasem zrozumiałem, że najlepszy będzie brak tego ogródka. A jakiekolwiek potrzebne elementy, takie jak ta ścieżka, nie będą wychodziły z domu, tylko stąd, z gór. Tylko ta arka sobie płynie w przyrodzie.

A Ty w domu-obserwatorium.

I to jest najpiękniejsze! Patrzę na kolejne pory roku. Różne widoki. Jak masz ładną pogodę, to OK, jest spoko, ale jak masz pogodę tak zwaną „nieładną”, to tu wtedy jest pięknie! Jak są mgły, jak leje. To, co się dzieje za oknem, jest magiczne!

Mgły pozwalają przyglądać się bliższym planom. Widać ruch powietrza…

Kosmos. To najpiękniejsza pogoda. Albo burze! Wracałem kiedyś na rowerze. Było ciepło, lało. Na dole jeszcze było spokojnie, ale tu, u góry, już grzmociło. Na otwartej przestrzeni robi to wrażenie.

To może przy rogu domu posadź jesion? Tak kiedyś chroniono chałupy przed piorunami. Rośnie szybko i wysoko. Będziesz miał idealny odgromnik, a przy okazji ochronisz się przed balami ze zwózki drewna.

To ma sens. Meble wewnątrz są z bielonego jesionu. Może faktycznie jesion sobie posadzę?

I do męskiego tryptyku zostanie Ci już tylko syn.

Rozmawiała: EWA TRZCIONKA