PISTOLET

ROZMAWIA: EWA TRZCIONKA. ZDJĘCIA: ULA KÓSKA/PARADISE KITSCH

WARSZAWA 23.2.2020

DESIGN STYL ŻYCIA WYDARZENIA

Tegoroczna edycja targów  Warsaw Home & Contract przyniesie kilka istotnych nowości. Zmianie uległa nazwa - oraz logotyp - a także dni tygodnia, w jakich będzie odbywać się wydarzenie. Wszystko to by lepiej odpowiedzieć na potrzeby przedstawicieli branży
Choć od samego początku działalności targi Warsaw Home & Contract kierowane były do klienta biznesowego, udział w wydarzeniu zawsze mogli wziąć wszyscy entuzjaści dobrego designu. By lepiej zaspokoić potrzeby przedstawicieli branży, jak i konsumentów, ustanowiono podział na dni biznesowe, skupiające klientów z branży, oraz dni otwarte dla wszystkich. Nadszedł jednak czas na realizację kolejnego etapu w rozwoju targów - by dokładniej przedstawić stojącą za wydarzeniem ideę oraz w łatwiejszy sposób dotrzeć do grupy docelowej, zdecydowano o zmianie identyfikacji wizualnej, w tym zmianie nazwy na Warsaw Home & Contract. Ten zabieg pozwoli na podkreślenie głównych założeń organizatorów i sukcesywne tworzenie platformy biznesowej.

Ze zmianą nazwy ściśle wiąże się zmiana wizualna. Przy tworzeniu nowej identyfikacji organizatorzy zdecydowali się na współpracę z Tomkiem Kuczmą, projektantem graficznym specjalizującym się w strategii komunikacji oraz identyfikacji wizualnej. Nowe logo opiera się na trzech modułach, obrazując wspólne tworzenie i wzrastanie. Symbolicznie podkreśla także jedność różnych estetyk i branż, z których każda jest dla targów tak samo ważna.

Tegoroczne targi Warsaw Home & Contract będzie można odwiedzić od środy do soboty, a nie, jak dotychczas, od czwartku do niedzieli. Poprzez ten zabieg organizatorzy po raz kolejny chcą podkreślić biznesowe założenia targów. Taka konfiguracja jest ukłonem w stronę klientów biznesowych, których na Warsaw Home & Contract przybywa coraz więcej.

Piąta edycja Warsaw Home & Contract odbędzie się w dniach 30 września – 3 października 2020. Tymczasem, zapraszamy do lektury wywiadu z Kasią Ptak, twórczynią i dyrektorką generalną targów Warsaw Home & Contract, który w pełnej wersji przeczytać możecie w 31 numerze magazynu Design Alive.

kasia_ptak_wywiad_designalive (6)

Była zawiedziona, gdy w 2017 roku statuetkę Design Alive Awards w kategorii Strateg sprzątnięto jej sprzed nosa. Podobno Kapituła nagród chciała sprawdzić, czy tworzone przez nią targi Warsaw Home mogą być jeszcze lepsze… – Ta decyzja dała mi kopa, żeby zrobić to jeszcze lepiej – powiedziała wtedy, a kolejną edycją przeskoczyła samą siebie. W 2018 roku Warsaw Home stały się najbardziej prestiżowymi targami wyposażenia wnętrz w Europie Środkowo-Wschodniej, a Kasia Ptak zgarnęła trofeum DAA 2018 - tym razem już nikt nie miał wątpliwości, że na nie zasługuje.

W wywiadzie w Ewą Trzcionką wyznaje: Skąd w niej tyle mocy? Jak szuka balansu, by nie zostać pracoholiczką? Oraz dlaczego chce oddać ojcu pieniądze, które zainwestował w jej autorskie przedsięwzięcie?

Kawy nie mogę zaproponować, bo nie mam.

Nie pijesz kawy?

Piję jej bardzo mało, wolę zieloną herbatę. Bardzo zdrowo się odżywiam i unikam kawy.

Skąd pomysł na zdrowe odżywianie? Z mody czy z potrzeby?

Często jestem zestresowana w związku z moją pracą. Ciało reaguje na stres, gdy jest przemęczone i krzyczy o zdrowy tryb życia.

Szukasz odpoczynku od pracy?

Pierwsze dwa lata przy targach [Warsaw Home – przyp. red.] byłam jeszcze pełna energii. Potem zaczęłam odczuwać, że trochę mnie przetyrały te lata. To jednak było wycieńczające – tak na maksa.

A teraz jak jest? Poczułaś, że coś zostało osiągnięte i możesz troszkę stonować?

W sumie teraz już tak. Po trzeciej edycji pierwszy raz poczułam, że „Okej, możesz zwolnić, bo i tak już troszkę przesadzasz” (śmiech).

Ktoś Ci to uświadomił?

Ja sama. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ile jest pracy przy targach, i raczej pytają: „Jak Ty to zrobiłaś?”.

Myślałam, że tylko palcem pokazujesz?

Nie, to nie tak… Choć powoli zmierzam w tym kierunku. Staram się delegować zadania, bo nie da się wszystkiego robić samemu. Jednak czasami nie mam odpowiednich ludzi, więc nadal biorę na siebie sporo zadań.

A można by pomyśleć, że z takim potężnym zapleczem od strony ojca [Antoniego Ptaka – przedsiębiorcy i działacza sportowego, właściciela między innymi Miasta Mody w Rzgowie i Ptak Expo w Nadarzynie – przyp. red.] powinnaś mieć logistyczny raj!

Nic samo się nie zadzieje. Teraz mam już fajną grupę ludzi, jednak niejednokrotnie to ja musiałam ich nauczyć wszystkiego, bo w Polsce nie ma zbyt wielu osób z doświadczeniem w temacie targów. W naszym kraju targi są tylko w Poznaniu i w Warszawie, trudno jest więc o kandydatów do rekrutacji.

A jak Ty sama uczyłaś się prowadzenia targów?                                                                                                         

Jeżdżąc po świecie. Dużo też od mojego taty i starszych braci.

Czujesz, że osiągnęłaś sukces?

Tak, teraz to już do mnie dotarło, choć przez długi czas nie chciałam tego przyjąć do wiadomości. Docierały do mnie słowa innych ludzi: „Kasia, wszędzie teraz laury, to następna edycja będzie słaba”. A ja bardzo bałam się tego, bo rzeczywiście tak jest – jak osiądziesz na laurach i rozłożysz ręce, to się cofasz.

Podobno ludzie są w stanie znieść porażkę, a nie potrafią znieść sukcesu. Jak Ty sobie radzisz z sukcesem?

Zawsze byłam uczona w domu, że wszystko można zrobić lepiej. Zawsze! I ja tak chcę działać. Od mojego taty nauczyłam się, że biznes na tym właśnie polega, że trzeba cały czas iść do przodu, bo obok zawsze jest konkurencja, która może szybko zepsuć twoje dzieło. Więc cieszę się z tego, co osiągnęłam, ale muszę cały czas robić to lepiej.

Wróćmy do tych odskoczni, które ratują Cię przed złowieszczym sukcesem. Jak znajdujesz równowagę w życiu, skoro praca jest tak wymagająca?

Zaczęłam więcej przebywać z samą sobą, w ciszy, i zaczęłam sama sobie zadawać pytania: Co tak naprawdę lubię robić po pracy? Wiadomo, praca jest pracą, ale nie mogę cały czas przenosić jej do mojego życia prywatnego, bo to jest męczące. Zawsze w pracy i po pracy myślałam tylko o… pracy.

Co więc lubisz robić?

Lubię gotować i bardzo mnie to relaksuje. Zaczęłam bardzo dużo czytać na temat duszy i ciała – lubię takie troszkę medyczne tematy. Mam wrażenie, że gdzieś w poprzednim wcieleniu medycyna we mnie już była – nie boję się chodzić do dentysty i w szpitalu też nie czuję się najgorzej. Interesują mnie również psychologia i pokrewne tematy. Teraz powoli wchodzę w fizykę kwantową i w to, jak wszechświat jest połączony z tym, co się dzieje na Ziemi.

Lubisz tę swoją samotność?

Mam teraz w moim życiu moment, kiedy potrzebuję czasu sama ze sobą. Ale zasadniczo bardzo lubię być z ludźmi, lubię ich gościć. Tutaj już trochę osób się przewinęło. Czasami włączamy na projektorze karaoke albo puszczamy muzykę. Lubię muzykę, mam bardzo dobry słuch muzyczny, kiedyś śpiewałam, więc takie spędzanie czasu bardzo mnie relaksuje.

Masz ładny, mocny głos. Śpiewałaś w zespole?

Tak, jest niski i donośny. Chodziłam kiedyś na zajęcia śpiewu. Występowałam też w chórze ze starszymi ludźmi i to było dziwne, bo byłam jedyną młodą osobą. To był pomysł mojego nauczyciela muzyki klasycznej we Francji.

Wspominasz o Francji. Kiedy to było?

Właściwie to było tak: cała moja rodzina nieustannie się przeprowadzała. Tata jeździł po świecie, a my razem z nim. Bardzo często zmieniałam szkoły; kiedyś je zliczyłam i wyszło, że chodziłam do 30 różnych.

To bardzo dużo! Dlaczego tak często się przeprowadzaliście?

Gdy miałam siedem lat, po raz pierwszy wyjechaliśmy z Polski do Niemiec. Potem w sumie mieszkaliśmy w pięciu różnych krajach: Niemczech, Stanach, Brazylii, Francji i Polsce. Kiedyś tata miał fabrykę papierosów, hurtownię warzyw, zajmował się ogrodnictwem. Kiedy się urodziłam, czyli w ’92 roku, otworzył centrum w Rzgowie i biznes zaczął odnosić duże sukcesy. Wtedy wyjechaliśmy z Polski ze względu na bezpieczeństwo.

Czyli czas dojrzewania! To bardzo trudny moment w życiu człowieka.

Mieliśmy niełatwe dzieciństwo. Co pół roku zmieniałyśmy z moją siostrą szkołę i trafiałyśmy do miejsc, gdzie inne dzieci miały już swoich znajomych, koleżanki, a my nie. Do tego nie mówiłyśmy w danym języku. Serio, to był hardcore.

Czyli byłaś, byliście jako rodzina stale gdzieś pomiędzy? Czy czujesz, że gdzieś jesteś zakorzeniona? Jest gdzieś Wasz dom rodzinny z pamiątkami?

Nie ma. W większości wszystkie pamiątki zostały gdzieś pogubione przy przeprowadzkach.

Co w takim razie Was łączy?

Rodzinne tradycje. Mamy ich całkiem sporo! Jeśli rodzice są na miejscu, spotykamy się właściwie codziennie o godzinie 13 na wspólnym obiedzie. Teraz akurat dużo podróżują – na starsze lata sobie odpuścili i jeżdżą do domu do Włoch albo na Mazury.

Gdzie się spotykacie na te codzienne obiady?

W domu niedaleko Expo. Tam rodzice mają dom – taką powiedzmy „stację przy pracy”. Mama wtedy gotuje. Poza tym każde urodziny czy święta celebrujemy razem. Oczywiście jeżeli ktoś akurat wyjechał w podróż, to nikt nie ma o to pretensji.

Widzę, że na ramieniu masz tatuaż w kształcie domu. To bardzo symboliczny znak. Co oznacza?

Oczywiście Warsaw Home!

Naprawdę?! W takim razie targi to dla Ciebie coś bardzo ważnego!

No jasne! To takie moje dziecko! Bardzo, bardzo ważne. To jest moje życie! Jestem mocno związana z tym projektem, z tymi ludźmi. Od początku bardzo chciałam to zrobić, walczyłam o to!

Z kim walczyłaś?

(westchnięcie) Na pewno z tymi, którzy nie wierzyli w pomysł i we mnie.

Kto w Ciebie nie wierzył?

Na przykład firmy, które chciałam, żeby się wystawiały. Kiedy proponowałam swoje rozwiązania, chyba czuły się jakby troszeczkę zaatakowane – widziałam, że były bardzo zdystansowane i dziwiły się: „Czego ona tutaj chce?”.

Mała Kasia przyszła i chce, żebyśmy jej uwierzyli, że zrobi coś na poważnie… Trudno w takiej sytuacji wzbudzić zaufanie?

Tak, to bardzo trudne! Zwłaszcza gdy ma się taką trochę dziecinną urodę – jestem drobna i nie lubię się malować.

Miałaś wtedy wsparcie w rodzinie?

Oj tak, tata zawsze mi kibicował i w najgorszych chwilach bardzo mi pomógł. Wierzył we mnie od początku. Kiedy nadszedł moment kompletnego załamania, powiedział do mnie: „Kasia, pamiętaj, zawsze jest jakieś rozwiązanie i nie możesz się poddać”. Mama też bardzo mnie wspiera. W ogóle mam super relacje w rodzinie, jesteśmy bardzo blisko i sobie ufamy, przyjaźnimy się. O wszystkim możemy pogadać. To akurat się nam udało.

Czy silne więzi są dla Was tarczą chroniącą przed złymi emocjami i działaniami z zewnątrz – zawiścią, nieżyczliwością?

Tak. Dużo osób myśli, że jak ktoś ma pieniądze, to musiał oszukać. A to wcale nie tak. To jest pracoholizm – choroba. To jest uzależnienie. Mój tata jest po prostu pracoholikiem. On zawsze wstawał o 4.00, 5.00 rano i jechał do pracy. W latach 90. miał wypadek samochodowy: jego jeep przewrócił się do góry nogami. Z jakimś gościem ten samochód obrócili, tata wsiadł i pojechał do pracy. Wszedł do biura i powiedział: „Dobra, chłopaki, miałem wypadek, ale działamy dalej!”. Ten pracoholizm dla taty jest szczęściem. Dla innych ludzi relaksem jest pojechać na wakacje albo malować obrazy, a dla niego wytchnieniem jest praca. I tu nie chodzi o pieniądze, tylko o to, by coś zrobić, wytworzyć.

Ty natomiast szukasz relaksu w medytacji lub malowaniu.

Szukam, bo trochę się tego pracoholizmu boję… Miałam okres w swoim życiu, kiedy nie potrafiłam odpoczywać. Ani w zwykły dzień, ani na wakacjach, ale powiedziałam sobie: „Nie możesz tak dalej, musisz odpocząć!”.

Skąd w Tobie taka mądrość?

Zaczęłam po prostu słuchać siebie, tego „trzeciego głosu”, który mówi „stop”. Ciało pokazuje nam, że potrzebuje odpoczynku. Trzeba więc czasami wyłączyć świat i posłuchać wewnętrznego „ja”, bo nie można tylko robić czegoś dla innych. Jesteśmy sobą i musimy żyć dla siebie.

Czy fakt, że jesteś teraz sama, pomaga Ci w tym?

Tak, na pewno. Jest mi dobrze ze sobą i myślę, że to jest ten czas dla mnie. Mówię sobie: „Kasia, kiedyś będziesz mieć dzieci, faceta, będą ci wszyscy truli, krzyczeli. A teraz popatrz: możesz malować obraz pięć godzin albo możesz stwierdzić, że wsiadasz w samochód i jedziesz na Mazury, albo w samolot i lecisz sobie gdzieś w świat!”. Trzeba się tym cieszyć.

Mam wrażenie, że jest w Tobie dużo spokoju.

Tak, ostatnio jestem bardzo spokojna, naprawdę. Tym bardziej że w okolicach targów wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja uczę sobie z tym radzić. Kiedyś, gdy się denerwowałam, wpadałam w agresję – to na mnie bardzo źle działało. A teraz śmieję się z tego. Krzyknę sobie, a później ogarnia mnie śmiech. Poza tym targi robię już po raz czwarty; to czas, by się nauczyć takiego dystansu.

Kasiu, zastanawiam się, skąd przyszedł Ci do głowy design i wyposażenie wnętrz? Mogłaś przecież pójść w zupełnie inną stronę z takim przedsiębiorczym dziedzictwem.

Zawsze byłam wrażliwa na piękne rzeczy i przestrzenie. W czasie podróży widziałam, że w innych krajach ludzie się inaczej zachowują i jest inny vibe w przestrzeni. Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, powiedzmy pod koniec lat 90., w pamięci wyryła mi się Łódź – smutna, szara i ponura. To naprawdę zawsze mnie bolało, bo Łódź ma przecież wielki potencjał. Mimo że byłam dzieckiem, zawsze zastanawiałam się: „Dlaczego w Niemczech czy we Francji jest tak pięknie? Czemu tutaj nikt się tym nie zajmie? Czemu nie odmalowuje się kamienic? Czemu nikt nie sprawi, żeby ulice były przyjazne do życia?”. Później zaczęła się rozwijać Warszawa i dostrzegłam, że Polska powoli idzie w dobrym kierunku. Ciekawe jednak było dla mnie to, że ludzie jeżdżą po ulicach super samochodami, a w domach mają takie… byle co. Nie rozumieli tego, jak ważne jest miejsce do mieszkania. I to chciałam zmieniać.

Jak postrzegasz w tej chwili poziom świadomości Polaków w kwestii ustalania priorytetów w zakupach?

W Polsce ludzie jeszcze się tego uczą. Najgorsze jest to, że w niektórych przypadkach nawet nie wiedzą, że tego super auta nie potrzebują. Tylko im się tak wydaje, bo inni mają i nie wypada nie mieć. I może nawet woleliby przeznaczyć te pieniądze na coś do domu, ale boją się opinii innych. Nie chcę generalizować, ale przez historię naszego kraju jesteśmy ludźmi z kompleksami. To w nas mocno siedzi i może właśnie dlatego potrzebujemy być tacy jak inni, a stale boimy się być sobą. Dlatego na tegoroczną edycję Warsaw Home wybrałam taki właśnie temat: „Jestem”. Kim ja jestem? To dobre pytanie, zadajmy je sobie. Czego nie lubię? Co sprawia mi przyjemność? Nie róbmy tego, co inni. Bycie sobą zawsze wygrywa, bo jesteśmy szczęśliwi my i inni, którzy mają do czynienia ze spełnioną, prawdziwą osobą.

Jak poprzez pięknie urządzone wnętrze można poczuć się lepiej?

Trudne pytanie. Na pewno poprzez kolory – Janek Szadkowski [były dyrektor artystyczny targów Warszaw Home – przyp. red.] mnie ich nauczył. Początkowo bałam się ich – to akurat wyniosłam z Francji, gdzie królują czarny, biały, szary i beż. To mnie ukształtowało, bo we Francji spędziłam najwięcej czasu, dokładnie trzy lata w liceum. Teraz nie boję się kolorów i dodaję je w mieszkaniu poprzez obrazy czy na przykład te maski Bosa – uwielbiam je po prostu! Mam tu też talerzyki z Barcelona Concept, coś kupiłam w Yestersenie. Na kanapie mam totalny miks poduszek – nic właściwie nie było zaplanowane. Zresztą to jest mieszkanie wynajmowane.

Wróćmy do Ciebie i do źródeł powstania Warsaw Home. Opowiedz o tym.

Cztery lata temu stwierdziłam, że to będzie fajny kierunek do rozwijania w Polsce. Przeczytałam statystykę dotyczącą polskich firm meblowych, z której wynikało, że jesteśmy jednym z największych producentów meblowych i to mnie bardzo zainspirowało. Stwierdziłam, że to moja nisza.

Czyli od razu biznesowe podejście?

Chciałam zrobić coś, co miało dużą szansę na sukces.

Jak myślisz, co Warsaw Home da przedsiębiorcom, producentom, ale przede wszystkim zwykłemu Kowalskiemu?

Ogólnie rzecz biorąc, może zmieniać nasze poglądy, pokazywać nowe możliwości doboru kolorów, zróżnicowania tego, co jest estetyczne, a co nie. Po to jest hala F Selected Design, która reprezentuje firmy współpracujące z projektantami. Myślę, że hala F jest wyznacznikiem trendów. Dzięki temu widać różnicę. Tam rzeczy są takie… „wow!”. Mnie samą targi dużo nauczyły. Podróżując i oglądając, zbliżyłam się do tego świata. Poznałam ludzi, obserwuję ich na Instagramie. To mi bardzo dużo daje.

Czego sobie życzysz?

Świętego spokoju! (śmiech) Żartuję. Życzę sobie, żeby targi były sukcesem w tym roku i jestem pewna, że tak się stanie. Szczególnie pod względem odwiedzających zza granicy, zwłaszcza tych biznesowych, bo mocno nad tym pracujemy w tym roku. Ta liczba cały czas się zwiększa i widzimy, że zagraniczne firmy są zainteresowane byciem u nas.

Czego szukają w Polsce? Przecież mają Szwecję, Mediolan, Paryż…

Często próbują dotrzeć do producenta, bo wiedzą, że w Polsce produkuje się przykładowo szkło czy meble. Ale szukają też potencjalnego dystrybutora, bo chcą wejść na polski rynek.

Ale czy chcą kupować produkty zaprojektowane, a nie tylko wytworzone tutaj?

Myślę, że tak. Zdają sobie sprawę, że w Polsce są inne ceny, a produkt jakościowo nie odbiega od innych. W tym na pewno jest nasza siła. Ponadto mamy bardzo dużo świeżych projektów w dziedzinie wykończenia wnętrz. A to bardzo ciekawy dla nich rynek, to się czuje. Sama Warszawa też robi wrażenie. Ze względu na naszą historię mamy tu kilka stylów architektonicznych i to jest dla odwiedzających interesujące. Patrząc przykładowo na architekturę Paryża, od razu czujemy, jak wiele musiało się tam zdarzyć. A tu jesteśmy jakby w nowym mieście, bo historia jest ukryta.

Kto Cię wspiera merytorycznie w tworzeniu Warsaw Home?

Wiele osób. Maja Ganszyniec – zawsze, jak do niej zadzwonię i mam jakieś pytanie, to mi pomaga. Drugą taką osobą jest Oskar Zięta. Od początku był przy mnie i wierzył w to, co robię, dopingował. To taki mój starszy brat, który bardzo dużo mnie nauczył. Mam jeszcze wsparcie Nilsa Beckera z Architonic, z którym poznał mnie Oskar.

Co czujesz, widząc, że możesz liczyć na wsparcie tak wyjątkowych osób?

To jest najlepsze uczucie na świecie, kiedy takie osoby jak Oskar czy Nils dopingują cię i wspierają. To znak, że idę w dobrym kierunku, że zrobiłam coś dobrze. Kiedy przedstawiają mnie komuś z euforią i mówią „Musisz ją poznać!”, mam łzy w oczach. Drugi taki niezwykły moment przeżyłam podczas kolacji z Tomem Dixonem w czasie trzeciej edycji. Tak sobie siedziałam, naprzeciwko mnie Tom Dixon, i pomyślałam wtedy: „Wow, Kasia! Dixon cię chwali i pyta, jak to zrobiłaś”. To niesamowite uczucie!

Ale są i tacy, którzy źle życzą i krytykują. Mówią, że z pieniędzmi ojca łatwo robić biznesy. Co wtedy myślisz?

Zastanawiam się, co oni by zrobili z takimi pieniędzmi, które teoretycznie są łatwe do pozyskania. Można przecież znaleźć inwestora! W moim przypadku było tak samo: wszystko musiało być wytłumaczone – na co idą te pieniądze itd. Wszystko było pod kontrolą.

Przez pierwszy rok realizowałam Warsaw Home, będąc w spółce Warsaw Expo, która zainwestowała może z pół miliona. Ale od drugiej edycji, jako moja spółka Warsaw Home Expo, startowałam od zera. Później zaczęliśmy zarabiać i wszystkie pieniądze szły na inwestycje. I nadal tak jest.

Kasiu, gratuluję Ci i życzę, by Warsaw Home się rozwijało, by miasta przestawały być szare, a Polacy by nie bali się żyć odważnie i „kolorowo”.

Dziękuję bardzo. No i żeby firmy się rozwijały! Wiadomo, merytoryka też jest ważna, podobnie jak edukacja, ale to wszystko ma sens tylko wtedy, gdy firmy będą zarabiały. Taki jest mój cel.

kasia_ptak_wywiad_designalive (2)

KASIA PTAK. Ma 27 lat. Jest twórczynią i dyrektorką generalną targów Warsaw Home, które rozpoczęła cztery lata temu jako swoje autorskie przedsięwzięcie. Szkołę średnią kończyła we Francji, studiowała w londyńskim Regent's College. W wieku 19 lat dołączyła do rodzinnej firmy Ptak S.A. Obecnie Warsaw Home to największe wydarzenie realizowane na terenie Ptak Warsaw Expo.

kasia_ptak_wywiad_designalive (1)

kasia_ptak_wywiad_designalive (3)

kasia_ptak_wywiad_designalive (4)

kasia_ptak_wywiad_designalive (5)