Zawsze miałam misję

Projektantka Dorota Koziara to prawdziwa osobowość polskiego designu. Dzięki niej hasło „Polish design” stało się rozpoznawalne na świecie.

Projektantka Dorota Koziara od 25 lat zajmuje się promocją polskiego designu. Pod koniec lat 90. wyjechała do Mediolanu, gdzie stała się częścią zespołu Atelier Mendini. Potraktowała to jako szansę dla własnego rozwoju, a także wsparcia innych polskich designerów i firm, którym pomagała wejść na słynne targi Salone del Mobile.

Jako kuratorka i organizatorka wystaw promujących polski design oraz krytyczka designu w czasopismach „Domus” i „Interni” projektantka Dorota Koziara skutecznie wypełniła swoją misję, aby hasło „Polish design” stało się rozpoznawalne na świecie.

Zacznę od pytania: jaka to była piosenka Małego Władzia?

Dorota Koziara: – Ojej! „12 aniołków”. Ta piosenka była dla mnie w pewnym sensie inspiracją przy tworzeniu instalacji „12 Angeli”. Instalacja zwyciężyła w międzynarodowym konkursie rzeźbiarskim Terra Moretti (w jury zasiadał m.in. nieżyjący już słynny krytyk sztuki Pierre Restany) i przez lata była eksponowana we Franciacorta Sculpture Park na północy Włoch; obecnie znajduje się w Toskanii.

Mój dziadek Marian Tucholski słuchał radia Wolna Europa i dostawał od kuzynów ze Stanów, nie wiem nawet jak, płyty Małego Władzia. Dziś pewnie mało kto go pamięta – emigrant Walter Edward Jagiełło założył jedną z pierwszych polskich kapel w Chicago, był tam gwiazdą. To bardzo prosta muzyka, raczej nie do słuchania, ale przywołuje we mnie ciepłe emocje związane z moimi dziadkami, których bardzo kochałam.

Pamiętam, że jak na tamte czasy w ich domu panował wyjątkowo równy podział obowiązków. W sobotę babcia gotowała, dziadek sprzątał, a na koniec był taki cukiereczek, że on do kryształowego wazonu, na środku stołu, wkładał plastikowe róże i spryskiwał je wodą kolońską. Nikt tego w domu nie znosił, ale dla niego był to ważny akcent. I właśnie ta piosenka jest w tle moich ciepłych wspomnień o nich.

Skoro mówimy o emocjach, to od razu pojawia się Alessandro Mendini, który mówił o emocjonalnym związku, jaki można mieć z przedmiotami, o języku wizualnym, który służy do stworzenia duszy w przedmiocie, nawiązującej kontakt z emocjami odbiorcy…

Z przedmiotów musi emanować empatia. To dzięki niej w ogóle je zauważamy, zwracają one naszą uwagę, czujemy się z nimi dobrze, podziwiamy ich piękno. Oczywiście powinny być funkcjonalne i przede wszystkim wytrzymywać próbę czasu. To jest dla mnie najważniejsze, czas wszystko weryfikuje. Właśnie dlatego tak łatwo i chętnie możemy się odnieść do porcelanowej filiżanki po prababci, lubimy ją i z atencją chowamy w kredensie. Moim marzeniem jest, żeby robić takie rzeczy, które trudno wyrzucić, bo czujemy się z nimi związani. Myślę, że można to uzyskać dzięki bardzo dobrej jakości, poprzez piękno i wyrazistość. Nie zawsze jednak musi być to coś bardzo mocnego estetycznie.

Mendini akurat w wielu projektach inspirował się sztuką, był też krytykiem designu, architektury, szefem pisma „Domus”. Powtarzał takie ładne zdanie: „My patrzymy na przedmioty, a one patrzą na nas”. Chodziło mu nie tylko o ekspresję, ale także właśnie o empatię, duchowość.

Do tego często w swoich projektach używał form nawiązujących do elementów ludzkiego ciała, zwłaszcza twarzy. Oczy, usta, uśmiech nadają jego przedmiotom ludzki wymiar. Sama nawet mam w kuchni w Polsce zaprojektowany przez niego korkociąg czy młynek do pieprzu. Część nie nadaje się już do użycia, ale wciąż stoją i patrzą na mnie. Zawsze jak wchodzę do tej kuchni, przypominam sobie słowa Alessandra.

Magazyn Design Alive

NR 46 ZIMA 2023

ZAMAWIAM

NR 46 ZIMA 2023

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

DAH NR 11 JESIEŃ 2023NR 45 JESIEŃ 2023

Czyli słowa i historia wokół przedmiotu mają ogromną wagę. To właśnie dzięki nim przedmiot nabiera sensu czy powinien bronić się sam?

We Włoszech historia designu jest długa, nieobarczona problemami historyczno-politycznymi tak jak u nas. Naturalne jest tu, żeby wokół designu opowiadać historie, choćby po to, żeby podkreślić znaczenie projektanta. W Polsce jeszcze się zdarza, że projektant tworzy produkt, a potem agencja wymyśla, jak o tym projekcie opowiadać. A prawda o projekcie jest znacznie bardziej nośna, wzmacnia jego odbiór. Faktem jednak jest, że dobrze zaprojektowane przedmioty często bronią się same, bez tej opowieści – pod warunkiem, że są oryginalne, unikalne. Uważam, że właśnie o to chodzi w pracy projektanta. Dlatego wybraliśmy ten zawód, że chcemy tworzyć coś nowego.

Nie jest to łatwe, bo w zasadzie wszystko już było.

Bardzo trudne, ale z drugiej strony niezwykle fascynujące! Dla mnie najbardziej ekscytujący jest moment, kiedy zaczynam patrzeć na świat pod kątem produktu i jeszcze nie wiem, co powstanie. Kiedy się koncentruję i zaczynam robić pierwsze szkice, ujawnia się nagle to, co we mnie siedzi, czasem bezwiednie. I to jest ten moment. Przyznam, że z wiekiem przychodzi coraz szybciej.

Jak Twoim zdaniem można dzisiaj opisać, uchwycić polski design? Czy są jakieś punkty wspólne w tym wielkim i coraz ciekawszym konglomeracie marek i projektantów?

Czy jest to tak wielki konglomerat, to nie jestem pewna. Myśląc o designie, który jest charakterystyczny dla danego kraju, trzeba przede wszystkim wziąć pod uwagę, co się w nim produkuje, ilu jest rzeczywistych producentów, ile funkcjonujących fabryk. Tymczasem w Polsce nie mamy dziś już prawie hut szkła czy zakładów porcelany. Przemysł meblarski? Tak, tutaj jesteśmy potentatem, ale czy nasze polskie marki są wystarczająco znane za granicą? Jeszcze musimy nad tym popracować. Niestety w pokazywaniu się za granicą i zdobywaniu świata nie pomógł nam covid, ale mamy sporo mocnych polskich marek, które wyrastają z rzemiosła. Mój dziadek, właśnie ten od Małego Władzia, był stolarzem, podobnie jak jego czterech braci. Wielu moich kolegów i koleżanek projektantów wychowywało się w rodzinach stolarzy. W dziedzinie produkowania mebli mamy w Polsce rzeczywiście ogromne tradycje.

Pytanie, czy definiowanie designu w kontekstach narodowych ma w ogóle sens we współczesnym świecie.

Nie ma żadnego sensu. Mało tego, jest to wręcz niebezpieczne w kontekście sytuacji geopolitycznej na świecie. Świat się połączył i to zarówno dzięki komunikacji internetowej, jak i możliwości łatwego przemieszczania się.

Przez lata z uporem promowałam polski design na świecie. Pierwszą wystawę zrobiłam w Mediolanie w 2005 roku. W moim pierwszym dużym studiu, niedaleko Atelier Mendini. Dziennikarze włoscy i zagraniczni pytali mnie wtedy: „Dorota, jaki jest ten polski design? Nic o nim nie wiemy”.

I faktycznie, trudno, żeby wiedzieli! Mimo że byliśmy przecież w Polsce cały czas aktywni projektowo. Co więcej, lata 50., 60., 70. to były czasy dużych fabryk, które dużo produkowały i miały prężnie działające wewnętrzne działy projektowe. Ale niestety, w tej części świata, za żelazną kurtyną, projektantów nie podpisywano wtedy nazwiskami. Nie było w ogóle takiej praktyki.

Produkcja była w Polsce naprawdę bardzo wysokiej jakości. Dzięki temu możemy dzisiaj te meble konserwować, odtwarzać, zmieniać im tapicerkę i po prostu nadal ich używać. Mają piękną linię – to jest coś, czego często mi bardzo brakuje we współczesnym polskim projektowaniu. Te stare meble mają wspaniałe przekroje, są lekkie i wysmakowane. Żeby zrobić taki mebel, trzeba naprawdę bardzo dużo umieć.

To są trudne i piękne projekty, ale często nawet nie mieliśmy tego świadomości.

Ja sama dopiero teraz zaczynam to dostrzegać. Mam takie stare czarno-białe zdjęcia, na których siedzę na krześle i rysuję po gazetach mojego taty. Mieliśmy piękne krzesła i stół z lat 60., upolowane przez moją mamę. Najpierw stały w salonie, a później przenieśliśmy krzesła do kuchni, zmieniając jedynie tapicerkę – mama uszyła pokrowce. Cały czas były bardzo wygodne. W 2018 roku podczas festiwalu Noc z Designem we Wrocławiu i WaWa Design w Warszawie byłam kuratorką wystawy „Top Ten by Dorota Koziara”, na której zebrałam 10 najważniejszych realizacji w polskim designie, według mojego klucza. Wśród tych ikon znalazło się słynne krzesło mojego kochanego profesora Rajmunda Teofila Hałasa, u którego studiowałam w Poznaniu. Dopiero znajomy konserwator mebli uświadomił mi, że wybrałam dokładnie ten sam model, który towarzyszył mi w domu rodzinnym od dzieciństwa. Kurczę, nie zauważyłam, że to ten wielki człowiek zaprojektował! Zresztą mój profesor na poznańskiej uczelni. Właśnie dlatego, że wtedy mebli nie podpisywało się nazwiskiem projektanta.

Projektantka Dorota Koziara

Mieliśmy w Polsce mnóstwo ciekawych projektów, ale świat długo o tym nie wiedział.

Jedyna rzecz, jaka funkcjonowała w świadomości odbiorców na świecie, to polska grafika i polska szkoła plakatu. Łatwiej było zwinąć w rulon plakaty, zawieźć je do Nowego Jorku i zrobić wystawę – meble były po prostu niemożliwe do przewiezienia. Pamiętam, jak trudno było zorganizować pierwszą wystawę we Włoszech, mimo to, że już weszliśmy do Unii.

Od początku miałaś jednak misję promowania polskiego designu za granicą.

Zawsze miałam taką potrzebę i wręcz poczucie obowiązku. Byłam za granicą, wygrałam różne stypendia, pracowałam w znakomitym studiu u Alessandra Mendiniego, do którego przyjeżdżali ludzie z całego świata. Nigdy nie chciałam jednak wykorzystywać tej szansy tylko dla siebie.

Z przyjemnością gościłam projektantów w swoim własnym studiu, zapraszałam dziennikarzy, wreszcie – pisałam o polskim designie, wykonując dla nich de facto cały PR-owy pakiet. Wszystko robiłam z pasji. Była to o tyle ciekawa sytuacja, że firmy, dla których pracowali zaproszeni przeze mnie projektanci, w ogóle nie rozumiały wagi Mediolanu. Dopiero po latach, kiedy weszliśmy do Unii, przyszło zrozumienie, że Salone del Mobile to najważniejsze targi designu na świecie. Dziś już w Polsce wszyscy wiedzą, jak trudno jest się tu dostać i jak to się później przekłada na biznes.

Przez wiele lat w każdym tytule wystawy, której byłaś kuratorką, konsekwentnie pilnowałaś, żeby pojawiała się nazwa „Polish design”.

Chciałam, żeby to się na świecie wdrukowało w świadomość, że my też mamy swój własny wartościowy design. Kiedy do Atelier Mendini do Włoch przyjechali twórcy marki VZOR i pokazali krzesło RM68 Romana Modzelewskiego, Alessandro Mendini powiedział, że „w tym samym okresie to samo działo się we Włoszech. Bardzo podobne formy, bardzo podobne myślenie”. To jest nieprawdopodobne, że ludzie na całym świecie w tym samym czasie odbierają na tych samych falach, mimo braku przekazu informacji, bez rozmów, oglądania wystaw. Ta energia po prostu płynie. W latach 60. w Polsce tworzono rzeczy mocno osadzone w nurcie tego, co równolegle powstawało na świecie przez kolejne lata.

Dziś po latach bombardowania tytułem „Polish” widzę, że nie jest to już aż tak potrzebne. Ostatnia wystawa, której byłam kuratorką na zaproszenie Polskiego Urzędu Patentowego, w polskim pawilonie na Expo w Dubaju w 2020, po raz pierwszy nie ma już tego tytułu. Nazwałam ją „Creative by Nature”.

Nie czas na to, żeby podkreślać narodowość, a polski design ma już siłę sam się obronić. Natomiast dla mnie jako projektantki zawsze będzie istotne, żeby studiować naszą tradycję i wspaniałą historię projektowania.

Cofnijmy się do tego, jak w ogóle zaczęła się Twoja droga, którą dotarłaś do Mediolanu.

Początek lat 90. to był okres gwałtownych przemian. Wiele fabryk podlegało prywatyzacji i różnie się to dla nich kończyło. Miałam babcię w Walimiu, w Górach Sowich, gdzie funkcjonowała jedna z większych w Polsce fabryk lnu, która przetrwała drugą wojnę światową. Babcia pracowała na trzy zmiany i cały region miał tam zatrudnienie, ale na skutek prywatyzacji i zmian fabryka uległa całkowitej degradacji. Taki więc był wówczas polski horyzont i smutna historia niejednej polskiej fabryki. A ja właśnie skończyłam studia w dziedzinie projektowania dla przemysłu i architektury wnętrz – stanęłam przed moją uczelnią i zadałam sobie pytanie: kto tu w Polsce potrzebuje projektantów i po co w ogóle studiowałam to projektowanie?

Ale zrobiłaś świetny dyplom.

Wzięłam udział w wystawie najlepszych dyplomów w Polsce i przy okazji wizyty w Warszawie zapukałam do drzwi Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Wtedy ta instytucja miała dla mnie ogromne znaczenie. Zapytałam, czy taka młoda projektantka jak ja może myśleć o wystawie w tak wspaniałym miejscu.

Viola Damięcka i Juliusz Zamecznik, którzy byli wówczas odpowiedzialni za organizację wystaw, popatrzyli na mnie i powiedzieli: „Tak, taka młoda projektantka może mieć dzisiaj wystawę w Instytucie Wzornictwa. Chodź, pokażemy ci salę”. Zeszliśmy do wielkiej przestrzeni, gdzie usłyszałam od nich: „Widzieliśmy twój dyplom. Ta sala jest dla ciebie”. Zapytałam wówczas, czy mogę zaprosić do tej wystawy innych projektantów.

To był moment, który tłumaczy wszystko, co wydarzyło się później w moim życiu. Wyjaśnia też, dlaczego przez lata zajmowałam się bardziej promocją polskiego designu niż współpracą z firmami. Mogłam mieć solową wystawę, ale z miejsca zaprosiłam do współpracy innych projektantów.

W ten sposób w 1994 roku powstała Grupa Start, do której należeli m.in.: mój kolega ze studiów i z liceum Tomasz Augustyniak, Ludmiła Kaźmierska (Chojnacka), Mirosław Rekowski, Kuba Czekaj. Tak to się zaczęło. Mieliśmy wystawy w Gdańsku, Bydgoszczy, Wrocławiu, a także w Krakowie na otwarcie Centrum Kultury Japońskiej Manggha. Później wygrałam stypendia, wyjechałam do Włoch i grupa się rozpadła.

Co było tematem Twojego dyplomu?

Robiłam dyplom z biodesignu, zatytułowany: „Wiatrem kształtowane – formułowanie funkcji” – rzeźbiarskie formy siedzisk inspirowane wiatrem oraz prasowane trawy i inne materiały jako płaszczyzny dekoracyjne lub po prostu materiały, np. do produkcji mebli. Byłam wówczas asystentką profesora Włodzimierza Dreszera i później Marka Owsiana. To był temat, który najpewniej w Holandii czy w Skandynawii od razu zostałby przejęty przez biznes i wdrożony do produkcji. Ważną częścią projektu było produkowanie materiałów, we współpracy z Akademią Rolniczą na Wydziale Technologii Drewna. Prowadziłam tam w laboratorium badania nad materiałami z poprodukcyjnych odpadów lnianych i konopnych oraz suchych traw. Zainspirowała mnie popularna w Polsce praktyka wypalania traw, nie zgadzałam się z tym barbarzyństwem – zaczęłam część tych roślin zbierać i tworzyć z nich materiały. Powstały w ten sposób sprasowane płyty, grubości do 2 cm, które można było wykorzystać np. w meblach. Niezwykle ważny był też dla mnie aspekt estetyczny, dlatego część tych prac to były sprasowane rośliny w dużych formatach z ażurami. Tym samym chciałam wprowadzić fragment natury do wnętrz. Wyglądało to jak sprasowane łąki.

Taki projekt wyprzedzał swoje czasy, prawda? Nikt chyba tutaj wtedy tak nie myślał o naturze.

Na pewno, ale jeśli ktoś miał wówczas ambicje tworzenia innowacyjnych produktów, to były bardzo ciężkie czasy. Polska była wtedy niestety jednym z rynków, na którym produkowano skopiowane pomysły projektowe. To była wolna amerykanka. Chociaż muszę powiedzieć, że dziś także się zdarza, że ktoś w Polsce robi meble bardzo podobne do istniejących, np. włoskich, i jeszcze ma śmiałość napisać na stronie, na której publikuje ten produkt: „prawa autorskie zastrzeżone”…

Po wyjeździe do Włoch przez 10 lat pracowałaś w Atelier Mendini.

To była najlepsza szkoła designu i ogromne okno na świat. W tamtym czasie, kiedy nie można było się z taką łatwością przemieszczać, miało to zupełnie inny wymiar.

Latałam po świecie i pracowałam z najlepszymi markami nad naprawdę przyszłościowymi projektami. Marki takie jak Alessi czy Philips wymyślały wtedy rzeczy, które wydawały się nierealne, a dziś używamy ich na co dzień. Pamiętam, jak na jednych z warsztatów Philipsa, na które zaproszeni byli Alessandro Mendini, Philippe Starck, Andrea Branzi, Michele de Lucchi, pracowaliśmy nad sposobami komunikowania się w przyszłości.

Powstały wówczas takie pomysły, że gdy spojrzymy rano w lusterko, wyświetli nam się przyjaciółka, z którą możemy porozmawiać. Dwadzieścia lat temu to był kosmos. Jednocześnie trudno mi było wtedy podtrzymać współpracę z firmami z Polski. Nie było jeszcze internetu, z Atelier Mendini wysyłaliśmy projekty DHL-em na cały świat, a tutaj to się wydawało nie do osiągnięcia.

Iluzja przestrzeni i nieskończoności

W Mediolanie skupiłaś się na promocji polskiego designu.

Tak. Weszliśmy do Unii Europejskiej i miałam poczucie, że muszę dobrze wykorzystać to, że jestem w stolicy światowego designu. Miałam wypracowane kontakty, pisałam do magazynu „Domus” czy „Interni” i mogłam z tego miejsca skutecznie wspomagać Polskę. Chciałam mówić za granicą o tym, co się dzieje w Polsce w dziedzinie projektowania. Dawałam możliwość polskim projektantom, żeby znaleźli się w Mediolanie.

Pierwsza wystawa zbiorowa, „Polish Designers”, odbyła się w 2005 roku, w moim własnym studiu. Potem zaczęły już działać pierwsze programy dotacyjne na promocję Polski za granicą. W 2011 roku Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego zaprosił mnie do roli dyrektorki artystycznej wystawy promującej marki z Wielkopolski, w ramach Salone del Mobile w Mediolanie.

Zaczęłam od analizy sytuacji designu na poziomie regionu. Później robiłam już wystawy dotyczące całej Polski, zawsze poprzedzone analizą na poziomie kraju. Zaczęłam też coraz więcej pisać o polskim designie do magazynu „Domus”. Później wróciłam jednak bardziej do własnej pracy i do projektowania produktu.

Czy po latach Twojej aktywnej działalności na rzecz promowania polskiego designu wiedzą już za granicą, co to znaczy polski design?

Wiedzą, ale do pewnego momentu historii, bo przez ostatnie lata w instytucjach promujących design za granicą, np. w Instytucie Adama Mickiewicza, zlikwidowano duże programy zajmujące się promocją designu. Teraz Polska raczej chwali się historią, nie zajmuje się wspomaganiem polskich firm w rozwoju i zdobywaniu świata, mam takie wrażenie.

Organizuje się też mniej wystaw?

Ostatnia w Mediolanie, którą zrobiłam na Salone del Mobile w 2018 roku, to była wystawa promująca Hutę Szkła Krosno. Fabryka zwróciła się do mnie z prośbą o przeanalizowanie ich archiwów, liczących ponad 15 tys. obiektów. Do współpracy zaproszony został również Karim Rashid, który zaprojektował dla nich nową kolekcję Sakred. Cieszy mnie, że po tej wystawie, kiedy wchodzę we Włoszech do ważnych sklepów w centrach miast, widzę krośnieńskie kieliszki podpisane marką Krosno. To jest jeden z efektów takiej promocji, która po prostu przekłada się na biznes. Natomiast moja ostatnia wystawa, zorganizowana w Dubaju wraz z Urzędem Patentowym, której byłam dyrektorką artystyczną, otworzyła dla polskich marek rynki krajów Zatoki Perskiej.

Mniej wystaw, podobnie jak targów, to wynik pandemii i bardzo trudnych ostatnich lat, szczególnie jeśli chodzi o eventy, ale ostatnie miesiące, a zwłaszcza tegoroczne targi mediolańskie, pokazują, że wszystko wraca do normy. Po długiej przerwie pojawili się odwiedzający z innych kontynentów. Trudny czas pandemii przyśpieszył także i rozwinął inne obszary działań związanych z designem, przede wszystkim te online.

Projektantka Dorota Koziara

Projektantka Dorota Koziara

Rocznik 1967. Designerka, artystka, architektka wnętrz, dyrektorka artystyczna, kuratorka wystaw. Studiowała w Polsce i we Włoszech. Przez 10 lat współpracowała z Alessandrem Mendinim i Atelier Mendini w Mediolanie. Od 2005 roku główną siedzibą jej studia jest Mediolan. W swoim dorobku ma m.in. projekty wnętrz dla firm przodujących w dziedzinie designu, takich jak Alessi, Swatch, a także wnętrz Byblos Art Hotel Villa Amista. Projektuje również dla takich firm jak Venini, Fiorucci, Hermès, Luxo, Abet Laminati, Swarovski, Bisazza, Fiat, Redd’s, Cosimo Martinelli, Comforty, DuPont, Noti, Slamp, Kauffman, Ardcodife Louvre, Cosi Tabellini, Tubądzin, Krono, Almi Decor, Tatuum, Lena Lighting, Christian Dior i wiele innych.

W 1998 opracowała część dramaturgii i scenografii do spektaklu „70 Angels on the Façade” w reżyserii Roberta Wilsona dla Piccolo Teatro w Mediolanie. Był to pierwszy w świecie spektakl teatralny o historii architektury i projektowania, z okazji 70-lecia najstarszego na świecie magazynu o projektowaniu – „Domus”.

Projektantka Dorota Koziara do swojej pracy  podchodzi szeroko – zajmuje się też promocją designu, strategią rozwoju firm poprzez design oraz krytyką designu. Od lat jest również kuratorką i organizatorką wystaw promujących design na polu międzynarodowym. Do najważniejszych z nich należą: „Real Industry Future Classics” – Comforty, w ramach Temporary Museum for New Design Superstudio Piu, Mediolan Salone del Mobile 2011, „Polish Design – Design from Wielkopolska” w ramach Salone del Mobile 2012, „Polish Design” w ramach Salone del Mobile 2013, Downtown Design Dubai 2013, „Mendini” w Muzeum Narodowym oraz Kulczyk Foundation w Poznaniu 2004 i 2014, Wrocław Europejską Stolicą Kultury w Galerii Neon oraz Muzeum Architektury we Wrocławiu, „Polish Design – Tomorrow is Today” w ramach Salone del Mobile 2017, „Sacred Geometry” – Krosno Glass, w ramach Salone del Mobile 2019, „Creative by Nature”, Expo 2020 Dubai.

Jej prace były prezentowane na licznych wystawach w Polsce i za granicą, m.in. w Mediolanie, Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, Berlinie, Tokio, Zurychu. Została laureatką międzynarodowego konkursu rzeźbiarskiego „Third Millenium” we Włoszech za instalację „12 Angeli” w Toskanii.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

25-lecie Macieja Zienia

25-lecie Macieja Zienia

Warszawa | 19 grudnia 2023

Partnerem jubileuszu i towarzyszącego mu niezwykłego pokazu mody był Tubądzin

Tubądzin Meets Art

Tubądzin Meets Art

Warszawa | 7 listopada 2023

Kiedy design spotyka się ze sztuką. Wyjątkowa celebracja 40 lat marki Tubądzin