Szkło jest wreszcie na topie!

Edyta Barańska założyła pracownię szkła artystycznego Baranska Design ponad 20 lat temu. Jej niepowtarzalne projekty żyrandoli i instalacji artystycznych znajdują się dziś w najlepszych pięciogwiazdkowych hotelach, a także prywatnych wnętrzach na całym świecie od Nowego Jorku po Dubaj.

Podczas studiów w Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu legendarny profesor Zbigniew Horbowy zaraził ją miłością do szkła artystycznego. Wydział szkła na ASP we Wrocławiu to wyjątkowo wielowątkowy kierunek. Oprócz tego, że trzeba się nauczyć projektować kieliszki, czy zastawę stołową, przeznaczone do produkcji przemysłowej w hucie, tworzy się także rzeźby ze szkła i witraże.

Edyta Barańska miała szczęście do nauczycieli. Nowoczesną i dość nietypową pracownię witrażu prowadziła wówczas Anna Skibska, artystka, która zrobiła później karierę w Stanach. Pozwalała studentom rysować na szkle własne pomysły – to było otwierające doświadczenie.

Magazyn Design Alive

NR 46 ZIMA 2023

ZAMAWIAM

NR 46 ZIMA 2023

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

DAH NR 11 JESIEŃ 2023NR 45 JESIEŃ 2023

Czego uczył słynny profesor Zbigniew Horbowy?

Pod jego okiem przede wszystkim rozwijałam umiejętności projektowania przemysłowego dla hut – przez wiele lat pracowałam z kubkami, czy wazonami. Na swój dyplom zrobiłam duży set naczyń w hucie Hortensja, w Piotrkowie Trybunalskim. Huta niestety już nie istnieje, a szkoda, bo można tam było tworzyć kolorowe szkło. Miałam dobry kontakt z profesorem Horbowym, i ten, wciąż mnie namawiał, żebym jeździła na praktyki do huty Barbara w Polanicy-Zdroju. Można tam było korzystać z tzw. wirówki. Jest to taka maszyna, która wygląda jak wirówka, wlewa się do niej szkło i nie potrzeba formy, bo materiał wiruje po brzegach.

Ciekawe były te studia!

Bardzo dużo mnie nauczyły. Po dyplomie razem z kilkoma projektantami rozpoczęłam współpracę z Beatą Bochińską, która prowadziła Autorski Bank Projektów. To ona skomunikowała nas z hutą w Krośnie, bardzo otwartą na współpracę z projektantami. Właściciele jeździli nawet na targi do Francji, gdzie wystawiali te nasze prace. Te wszystkie studenckie wyjazdy do Polanicy, do Piotrkowa Trybunalskiego bardzo mi się wtedy przydały. Miałam dużą łatwość projektowania, a przede wszystkim wiedziałam, co mogę w tej hucie uzyskać pod względem technicznym.

Co robi studentka takiego kierunku, kiedy ma już dyplom w kieszeni?

Po studiach wiedziałam, że jeżeli teraz zerwę ze szkłem, to na zawsze przestanę je robić. Większość moich kolegów trafiła do agencji reklamowych, bo trzeba było z czegoś żyć i szybko ich kontakt ze szkłem się urwał. Ja wymyśliłam, że będę pracować na pół etatu, żeby się utrzymać, a drugą część tygodnia będę zajmować się szkłem. Postawiłam swój pierwszy piec, który kupiłam za pieniądze zarobione w hucie w Norwegii.

Saksy w Norwegii?

Robiłam letnie pokazy w małej prywatnej hucie. Przygotowywałam rysunek, pokazywałam go wizytującym to miejsce, a hutnik zaraz ten projekt na bieżąco wykonywał. Tak zarobiłam na sprzęt, w którym sama mogłam zacząć wytapiać własne obiekty.

W jakiej technologii powstają Twoje prace?

Technologią, którą dziś się zajmuję, zainteresowałam się właściwie przez przypadek. Kiedy byłam na drugim roku, na uczelnię przyjechał stażysta z Francji. Akurat tak się złożyło, że to ja, znając francuski, oprowadzałam go po akademii. Zajmował się wtedy metodą Pâte de verre, co oznacza dosłownie – pastę szklaną. Jest to proces napełniania ogniotrwałych form zmiażdżonym szkłem, tzw. pudrem szklanym. Nie był to może jeszcze fusing, czyli technika, którą się obecnie zajmuję, ale ta stara technologia jest z nią bardzo pokrewna. Pracowali tak słynni Lalique i Tiffany. Spotkanie z tą techniką ukierunkowało mnie w stronę prób zgrzewania szkła, zamiast – szlifowania brył szklanych, co na wrocławskiej akademii było najbardziej popularne.

Postanowiłam, że najpierw będę swoje obiekty zgrzewać i zgodnie z tą myślą powstał cały mój dyplom. Do dziś pracuję w technice fusingu, polegającej na zgrzewaniu warstw szkła, dla osiągnięcia określonych efektów artystycznych.

Edyta Barańska

Kiedy zaczęłaś myśleć o stworzeniu własnego brandu?

Przełom nastąpił kiedy poznałam mojego męża, który prowadził galerię w Sopocie. Przeniosłam się nad morze i zajęłam wyłącznie szkłem. Zaczęliśmy wspólnie tworzyć moją pracownię. Za figurki aniołków dla HBO, które zrobiłam w dużej ilości, udało mi się kupić kolejny większy piec i dzięki środkom unijnym zaczęliśmy rozwijać markę. W tej chwili mam pięć dużych pieców i od dwunastu lat prowadzę pracownię w parku Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. Dzięki temu mogę rozwijać markę Baranska Design na dużą skalę.

To daje też wolność, nie musisz zwracać się do hut, aby wykonywać swoje obiekty.

Na pierwsze targi szkła pojechałam z całym wachlarzem produktów, pokazywałam lampy, stoliki, ściany, nawet kawałek podłogi. Właściwie nie było wiadomo, co my konkretnie sprzedajemy, było u nas wszystko. W miarę jak rozwijała się firma, dojrzewałam jednak do tego, żeby sprecyzować jej profil. Stworzyłam swój własny, artystyczny warsztat, dzięki czemu nie muszę być zależna od zewnętrznej huty, jako wykonawcy i sama mogę być partnerem nawet dla dużych zleceń hotelowych.

Dlaczego akurat wystrój hoteli stał się Twoją specjalizacją?

To zabawna historia, w 2010 roku właściciel Hilton Gdańsk przyszedł do mojej pracowni, żeby zamówić spersonalizowane mydelniczki. Oglądając szkło i stwierdził, że ma w projekcie recepcji żyrandol z papieru, ale szkło o wiele bardziej mu się podoba. Zależało mu na tym, żeby lokalna artystka wykonała obiekt do hotelu. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak zrobić, żeby był on możliwie lekki.

Rzucaliśmy do góry papierowe chusteczki do nosa, aby spadając, rozkładały się w locie. Te formy okazały się idealne – i tak powstał pierwszy szklany żyrandol. Ma dwanaście metrów długości, siedem i pół metra szerokości, a składa się z 26 tys. elementów.

Jak długo trwało jego wykonanie?

Trzy miesiące samo wypalanie elementów. Później alpiniści, zmieniając się, montowali je przez 48 godzin bez przerwy. Spieszyliśmy się, bo miała przyjechać delegacja z Londynu, żeby obejrzeć świeżo ukończony hotel. Nie zapomnę, jak zadzwoniłam do dyrektorki hotelu zapytać, jakie były wrażenia delegacji. Usłyszałam – „Niestety, nie spodobał się”. Ale nie dałam się nabrać, okazało się, że wszyscy byli zachwyceni. To był pierwszy krok, żeby się przełamać i zacząć robić takie instalacje. Wtedy, stworzyliśmy największy gabaryt w Polsce.

Edyta Barańska

Wykonywanie takich obiektów to trudne zadanie.

To prawda. Taki żyrandol wymaga dużej ilości szkła, zaplecza, i wykwalifikowanych pracowników. Zatrudniając kogoś, muszę się liczyć z tym, że przez półtora roku on głównie… psuje. Logistyka i praca z tym materiałem jest bardzo wymagająca, Mamy specjalne urządzenie, które pomaga nam unieść dużą taflę szkła. Zasysa ją pod ciśnieniem i jest w stanie podnieść 300-kilogramowy blok.

Na czym dziś koncentruje się Twoja firma?

Jeżeli chodzi o żyrandole, to w 50 procentach realizujemy zlecenia hotelowe. W ciągu roku jest to około trzech inwestycji. Tworzymy też projekty dla prywatnych osób, do rezydencji czy apartamentów. Poza żyrandolami wykonujemy ścianki szklane, a od czasu pandemii wróciłam do sztuki – tworzenie rzeźb i obrazów szklanych daje mi dużo satysfakcji.

Nie ukrywam, że targi Warsaw Home bardzo nam pomagają w tym, że mamy w Polsce większą rozpoznawalność i zwracają się do nas duże pracownie architektoniczne. Jednak najsilniej rozwijamy się obecnie na rynku arabskim. Nasz produkt ma dość specyficzny styl i mniej może trafia na rynek europejski, postawiliśmy więc na Dubaj.

Produkcja tego rodzaju wielkogabarytowych obiektów wiąże się z dużym ryzykiem, jak często z pieca wychodzi nieudany egzemplarz?

Błąd dotyczy nawet 50. procent obiektów. Dlatego bardzo ważne jest umiejętne ustawienie pieca, a właściwie nie do tego żadnego podręcznika. Każdy piec ma inną dokładność, różnica kilku stopni wpływa na to, że szkło będzie matowe albo że się nie sklei lub za bardzo rozleje. Praca ze szkłem to balansowanie na zasadzie metody prób i błędów. Ja, z moim doświadczeniem, wiem mniej więcej, co mogę osiągnąć, aczkolwiek i tak zdarzają mi się niespodzianki, kiedy otwieramy piec, a szkło jest pęknięte.

Aby działać w duchu zero waste, staram się przetwarzać nieudane partie. Stworzyłam materiał, który nazwałam glasstrico – wygląda jak lastryko, ale jest szklany.

Wykorzystuję w nim odpady z mojej produkcji. Opracowałam technologię zgrzewania, za pomocą której mogę tworzyć wielkie płyty. Można z nich robić blaty – właśnie wprowadzamy ten produkt na rynek.

Jak uważasz, czy po ceramice przyszedł teraz czas na szkło, które staje się coraz bardziej popularne?

Byłam w tym roku na targach w Mediolanie, obejrzałam wszystkie stoiska, także na Euroluce i muszę powiedzieć, że szkło jest wreszcie na topie! Szczególnie to wykonane metodą fusingu. Co więcej, kiedyś architekci przychodzili do mnie, mówiąc: „Wolelibyśmy, żeby Twoje szkło było bardziej techniczne”. Dziś przychodzą i mówią: „Super, że jest takie organiczne!”.

Edyta Barańska

Edyta Barańska

Urodzona w 1968 roku w Katowicach. Artystka i projektantka szkła, ukończyła ASP we Wrocławiu u legendy prof. Zbigniewa Horbowego. Przez wiele lat współpracowała z projektantami wnętrz i architektami z branży hotelarsko-gastronomicznej i wykorzystała te doświadczenia, aby stworzyć własną platformę produktową – Baranska Design, obejmującą unikalne i funkcjonalne szklane meble i oświetlenie. Otrzymała nagrody Dobry Wzór, Elle Deco,  dwukrotnie Design Selection Milan, trzykrotnie Darc Londyn. Jej prace znajdują się w kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie. Tworzy ogromne przestrzenne instalacje rzeźbiarskie, zdobiące najlepsze hotele na świecie. Jest reprezentowana przez największą galerię on-line 1stDibs w Nowym Yorku, a także rozwija działalność w Dubaju. 

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Moim językiem jest szkło

Moim językiem jest szkło

Wrocław | 18 października 2023

Artystka i projektantka Agnieszka Bar opowiada nam o pracy i szklanych obiektach

Twórcze interwały

Twórcze interwały

Amsterdam | 30 czerwca 2023

Projektantka i artystka Aleksandra Zawistowska opowiada nam o nomadycznym życiu