Nie zamykam się w bańce „swojego stylu”

– Być pracowitym, mieć otwartą głowę, niczego z góry nie wykluczać, próbować – taka jest recepta na sukces według grafika i ilustratora Tomasza Opalińskiego.

Rocznik 1993. Zajmuje się grafiką, ilustracją, malarstwem, rzeźbą. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (2018). Publikuje w najlepszych polskich magazynach. Rozmawiamy z Tomkiem Opalińskim.

W przeciwieństwie do licznych artystów, którzy bardzo szeroko promują swoją twórczość, o Panu w internecie można się dowiedzieć bardzo niewiele. Z czego to wynika? Ceni Pan prywatność?

Rzeczywiście jest to sprawa, którą ograniczam do konieczności. Jedynym miejscem, gdzie regularnie wrzucam swoje prace, jest Instagram, do którego założenia namówili mnie znajomi. Najwięcej radości sprawia mi samo działanie i w zasadzie po skończeniu pracy nie dbam o to, co dalej się z nią dzieje – ponieważ w głowie mam już inne pomysły i rysunki. W sumie mógłbym nie ruszać się znad kartek i nie komunikować swoich poczynań otoczeniu. Cenię sobie nie nachalność – ludzi, rękodzieło, miejsca i projekty, które trzeba odszukać, starać się lub czekać na ich zrealizowanie.

Jak więc opisałby Pan swoją twórczość osobom, które nigdy wcześniej nie miały okazji się z nią zetknąć?

Kiedyś usłyszałem, że to, co robię, to szukanie balansu i równowagi. Nie tylko w formie, ale i w temacie. I to chyba najlepsze, a zarazem najprostsze streszczenie. Cenię sobie warsztat i to, że mogę pracować przy stole pełnym farb i pędzli. Jestem szczęśliwy, że mogę to robić, i mam nadzieję, że moje prace odzwierciedlają tę pasję.

Jakie są właściwie początki tej pasji? Narodziła się samoistnie?

Rysowanie działo się samo. To była dla mnie zabawa, rozrywka, a że w pewnym momencie zaczęło mi to wychodzić trochę zgrabniej niż rówieśnikom, z czasem stało się pasją. Nie odnajdywałem innego zajęcia, w którym czułbym się wystarczająco dobry. Z każdym rokiem rysowałem coraz więcej, podchodziłem do tego coraz bardziej świadomie. Gdy skończył się etap bycia dzieciakiem od dekoracji i przedstawień – co przecież było arcyważne – wybierałem kolejno szkoły i uczelnie artystyczne. Było to niezbędne, ponieważ uważam się w pierwszej kolejności za rzemieślnika, a zdobycie warsztatowych umiejętności to podstawa, żeby udźwignąć najpiękniejsze projekty – nawet w głowie. Łatwiej jest się też odnaleźć w tym, co się chce robić dalej, gdy różnych zajęć i materii się doświadczy. Wychowałem się wśród rzeźb dziadka i do pewnego momentu tak jak on byłem samoukiem, bez większej presji i zdeklarowania. Miałem jednak więcej możliwości i szans, żeby poprowadzić to dalej.

Czy był jakiś jeden przełomowy moment w Pana karierze?

Takim momentem było jak dotąd ukończenie studiów, czyli w zasadzie zakończenie całej edukacji artystycznej. Moment dlatego przełomowy, że jest to pierwsze tak wyraźne zderzenie się ideałów i oczekiwań z rzeczywistością, którą systematycznie pozytywnie się zaskakuję. Ciekawym doświadczeniem była realizacja z biurem projektowym Piotra i Zuzy Paradowskich dla hotelu Puro w Krakowie, zupełnie nieograniczona twórczo. Jest to jedna z niewielu prac, której z perspektywy czasu nie chciałbym poprawiać, ulepszać. Był to także powrót do rzeźby, z której kiedyś zrezygnowałem dla grafiki.

Kim są Pana klienci? Czy kieruje się Pan jakimiś zasadami podczas doboru zleceń?

Im mniejszy partner, mniej komercyjny, mniej znany, tym lepiej. Nie wyklucza to, rzecz jasna, dużych projektów, ale nie chciałbym spalić się na starcie, robiąc coś dużego, co naprawdę nie będzie dla mnie ważne czy przełomowe. Na to wciąż czekam. Ale przywykłem trochę do tego, że to ludzie czy projekty mnie znajdują, więc zmienia to też podejście do pracy. Klienci zostawiają mi wolną rękę, co wcale nie jest takie oczywiste. Unikam przy tym pokazywania pracy w trakcie realizacji, żeby wyeliminować momenty wahań czy ingerencji, na którą w tym etapie nie mam dużej tolerancji. Gruntem do rozmowy jest moment, w którym skończę pracę – łatwiej mi się wtedy o niej mówi. Myślę, że jeżeli ktoś się do mnie zwraca, to wie, czego może się spodziewać.

Jakie projekty wybiera Pan najczęściej?

Odpowiem krótko: takie, w których nie czuję ograniczenia pomysłów, otrzymuję zaufanie i zrozumienie.

Lubi Pan to, co robi?

Tak, jestem szczęściarzem, jeżeli o to chodzi.

Poprzednie pytanie wynika częściowo z obserwacji, że kiedy pasja staje się źródłem utrzymania, łatwo wpaść w pułapkę tworzenia tylko na zamówienie. Czy po kilku godzinach pracy wciąż zdarza się Panu znajdować czas na rysowanie tylko dla przyjemności?

To prawda. Bardzo łatwo jest popaść w pułapkę odtwórczości czy powtarzalności. Pomaga mi to, że wykonuję prace w jednym egzemplarzu, tak by zostawić sobie miejsce na nowe pomysły i próby, więc trudniej jest się tym znudzić. Zresztą realizuję projekty głównie na papierze – to dobre wyjście, żeby nie przestać lubić tego, co się robi. Odpoczywam tak naprawdę, gdy rysuję „dla siebie”, a na to zawsze staram się mieć czas, chociażby, żeby coś szybko naszkicować i rozwinąć, kiedy tego czasu będzie więcej. Lepiej odłożyć pracę, która z różnych powodów nie idzie, i poświęcić dzień na rysunki tylko dla siebie, niż zamęczyć temat. Z kilku powodów nie traktuję swoich zajęć jako czysto zarobkowych czynności. Między innymi dlatego nie prowadzę sklepu, nie sprzedaję pintów i wydruków prac zrealizowanych. Nie ma rozbieżności między tym, co „na zamówienie”, a tym, co „do szuflady”. To z siebie wynika, to nie są dwa zamknięte światy. Być może dlatego, że nie robię dużych, komercyjnych projektów.

Tworzenie cyfrowe czy analogowe?

Zdecydowanie projektowanie analogowe. Paradoksalnie, dowolność zmian w programie mnie ogranicza; na żywo łatwiej znaleźć „ten” kolor, kompozycję, szybciej podejmuję decyzje. Wiele możliwości cyfrowych wciąż się ulepsza, ale mam wrażenie, że dobór narzędzi nadal nie nadąża za odzwierciedleniem różnorodności osób, które w takim medium pracują.

Od czego w takim razie zaczyna Pan projektowanie?

Zawsze mam ze sobą szkicownik. To baza, która się często przydaje. Rozrysowuję się w niedużym szkicowniku, czasem ograniczając się do paru kresek, szybkiej kompozycji. Tak jak już wspominałem, każdą pracę wykonuję na papierze, więc po każdej mam ślad. Nie korzystam z gotowych elementów i wychodzę z założenia, aby nawet powtarzalny motyw składał się możliwie w jak największym stopniu z wyrysowanych elementów. Lubię mieć świadomość, że się napracowałem, to mnie uspokaja. Jeżeli pozwala mi format, to pracuję w skali 1:1. Siadając do pracy, wiem też, jakich kolorów chcę użyć; nie analizuję tego zbyt długo, to pojawia się często intuicyjnie. I chyba trafnie, bo nie zmieniam zbyt wiele już w trakcie realizacji.

Utożsamia się Pan z jednym, konkretnym stylem?

Styl to złożone pojęcie. Trudno mi zdefiniować swój z tak krótkiej perspektywy i porównując prace, które robię teraz, do tych, które robiłem rok czy dwa lata temu, ponieważ bardzo dużo je dzieli. Są tematy, motywy, formalne podobieństwa, ale to wciąż płynna, nieświadoma zmienność, której nie chciałbym definiować.

Zdarzają się Panu chwile wypalenia? Ma Pan na to jakiś sposób?

Myślę, że najlepszym sposobem na naturalne momenty zwątpienia jest zmiana techniki i formatu. Mnie przynajmniej to bardzo pomaga. Staram się nie zamykać w jednym wymiarze pracy, dlatego ostatnio zacząłem próby z płaskorzeźbą czy tkaniną. To nadal płaskie formy, ale mimo to zmienia się ich struktura, proces trwa trochę dłużej. Czasem trudno, żeby coś z tego konkretnie wyszło, ponieważ to poligon prób i błędów – ale z niego tak naprawdę nigdy się nie wyrasta. Pracuję szybko; od momentu pierwszego pomysłu do realizacji staram się wyznaczać w miarę krótki czas. Gorzej znoszę projekty przenoszone, które się przeciągają, ponieważ mam ochotę coraz więcej zmieniać i poprawiać, a to nie zawsze daje lepsze efekty.

Jak Pana zdaniem wygląda życie artystów w Polsce?

Myślę, że powoli, ale jednak zmienia się na plus. Problemem nadal są brak zaufania, brak otwartości na świeżość, krótkotrwałe mody i uniformizacja. Myślę, że bardzo słabo wykorzystujemy swój potencjał, który ma dobre, warsztatowe osadzenie, a nie brakuje pomysłów, środków czy inicjatyw, żeby go wykorzystać. Dużym szacunkiem darzę okres międzywojnia i całościowego podejścia do sztuki jako elementu, który zmienia nasze postrzeganie świata i zmienia to, jak nas postrzegają. Co prawda, wątpię w obecne zdolności estetyczne osób, które mogłyby o tym decydować, bo pod tym względem mecenat państwowy przed wojną był w swojej najwyższej formie.

Co w takim razie mógłby Pan doradzić młodym twórcom decydującym się na związanie swojego życia ze sztuką?

Być pracowitym, mieć otwartą głowę, niczego z góry nie wykluczać, próbować. Te początki mogą się wydawać mozolne i pozbawione sensu, bo jest w nas naturalne dążenie do pokazywania tego, co się potrafi. Ale patrząc na to z perspektywy, to niezbędne i uczy pokory. Nie zamykać się w bańce „swojego stylu”, bo to ma krótkie nogi i humorystyczne zakończenie.

Jak było z kreatywnością w czasach pandemii? Jak wpłynęła na Pana pracę?

To się odbija naturalnie na nas wszystkich, ale poza wieloma innymi kwestiami zawodowo nie odczułem tego w negatywnym znaczeniu. Nie zmienił się sposób pracy, bo do niej potrzebuję spokoju i przestrzeni. Izoluję się systematycznie, gdy rysuję. Zajmują mi głowę nowe pomysły, projekty i to one pozwoliły mi przetrwać zimne miesiące.

Tomek Opaliński

Tomek Opaliński

Rocznik 1993. Zajmuje się grafiką, ilustracją, malarstwem, rzeźbą. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (2018). Uczestnik wystaw ogólnopolskich i międzynarodowych. Jego ilustracje znalazły się między innymi w: „Vogue Polska”, „Ruchu Muzycznym”, „Kukbuku”, „Non Fiction”, „Elementarzu polskiej kultury”. Współpracował z: Balagan Studio, Mood Scent Bar, Molehill Home, Greyhound Candle, Paradowski Studio, Splot Kilim. Autor płaskorzeźby i serii grafik dla hotelu Puro Kraków Stare Miasto.

 ***
Trendy, inspirujące wnętrza, najlepsze realizacje w architekturze, nowości ze świata designu i ciekawe rozmowy wprost do Twojej skrzynki!  Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Nomad Warsaw. Nowy, uroczy butik ze sztuką użytkową na stołecznym Powiślu

Nomad Warsaw

Warszawa | 13 października 2020

Uroczy butik ze sztuką użytkową na stołecznym Powiślu

Niepowtarzalna okazja do zetknięcia się na żywo z twórczością Jana Bajtlika, który na co dzień projektuje dla słynnego domu mody Hermès

Wibrujące rytmy

Duesseldorf | 24 września 2020

Wystawa „Linie, rytmy, labirynty” Jana Bajtlika w Duesseldorfie

Polski wirtualny pawilon na London Design Festival

Żywe przedmioty

Londyn | 15 września 2020

Polski wirtualny pawilon na London Design Festivalu 2020