Twórcze impulsy

– Każda realizacja to pisana na nowo historia – podkreśla Piotr Łucyan prowadzący pracownię ArtUp Interiors. Swój czas dzieli między Warszawę a Londyn realizując projekty łączące nowoczesne technologie z kolekcjonerską sztuką.

W rozmowie z „Design Alive” zdradza nam, skąd wzięła się jego pasja do architektury, przed jakimi wyzwaniami staje w codziennej pracy i co doradziłyby osobom stawiającym pierwsze kroki w branży.

Architektura od początku była „planem na życie”?

Zaczynałem od studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim, ale z biegiem czasu zrozumiałem, że ten zawód nie będzie mógł się stać moją pasją. Już na IV roku zacząłem pracę w firmie zajmującej się art buyingiem. Jej szef zauważył, że robię interesujące zdjęcia i „mam oko”, zdecydował się mnie zatrudnić. Sam fotografowałem coraz mniej, za to miałem coraz większą styczność z malarstwem, rysunkiem, grafiką, ilustracją.

Mając 36 lat postanowiłem pogłębić wiedzę z zakresu historii sztuki i tak zacząłem kolejne studia na uniwersytecie. A gdy uświadomiłem sobie, że wszystkie moje pasje oraz impulsy twórcze łączą się w architekturze wnętrz, zdecydowałem się na poświęcone jej studia podyplomowe na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ta droga doprowadziła mnie do założenia własnej pracowni – ArtUp Interiors.

Co wywarło największy wpływ na Pana karierę zawodową?

Szczęście do ludzi. Przede wszystkim do przyjaciół oraz inwestorów – niekiedy w jednej osobie, bo przyjaźnie owocowały projektami, a projekty przyjaźniami.

Wiem, że właśnie ludzie są w życiu najważniejsi. Pielęgnuję w sobie tę świadomość i staram się doceniać osoby, z którymi na różnych polach się stykam.

A swoich współpracowników darzę zaufaniem i nie uważam, że wszystko sam bym zrobił najlepiej – zaufany zespół to ogromna siła. Właśnie szczęściu do ludzi zawdzięczam to, co mam i kierunki, w których się rozwijam. Szczególną rolę w moich planach, również zawodowych, odgrywa mój partner. Nieustannie mi pomaga i bardzo inspiruje.

Piotr Łucyan

Jak wyglądała droga do znalezienia własnego stylu?

Ze względu na własną historię od początku chciałem tworzyć wnętrza, w których ważną rolę odgrywa sztuka. Równolegle pociągały mnie przemyślane, funkcjonalne, czasem zaskakujące, ale niewidoczne w przestrzeni rozwiązania z zakresu domu inteligentnego.

W swoich projektach od zawsze lubię wprowadzać ukryty przekaz. Szczególnie uwielbiam nawiązania historyczne nawet w ultranowoczesnych wnętrzach.

I nie mam tu na myśli stylizowanych form wyposażenia, ale wątki bardziej dyskretne – choćby związane z doborem konkretnych materiałów. Projektant powinien wiedzieć, w którym okresie popularnością cieszył się orzech amerykański, a kiedy czeczot, albo w jaką nutę uderzymy, gdy sięgniemy po len, a w jaką, gdy wykorzystamy tkaniny flokowane. Wszystko to ważne dla mnie punkty odniesienia. Mówię o tym, bo mój styl projektowy opiera się przede wszystkim na wierności kontekstowi. Gdy zaczynam nowy temat, najpierw wyszukuję wszelkich możliwych informacji na temat konkretnego budynku oraz jego otoczenia – dzielnicy, miejscowości, regionu.

Intensywnie pracuję nad tym, by projekt wnętrz powiązać zarówno z potrzebami i gustem inwestora, jak i szerszym kontekstem kulturowym. Te zasady stosuję w każdym przypadku, w obiektach zabytkowych i nowoczesnych, prywatnych lub publicznych. Indywidualne podejście z intensywną analizą kontekstu pozwala mi tworzyć wnętrza wielu aspektach pokrewne sobie, ale unikatowe, niepowtarzalne. Bo każda realizacja to pisana na nowo historia.

Gdzie szuka Pan inspiracji?

Jak zapewne łatwo się domyślić, inspirują mnie sztuka i architektura. Obie te dziedziny są ogromnie ważnym wątkiem wszystkich moich podroży. Nigdy nie brakuje mi czasu na wizyty w muzeach i galeriach, uważnie przyglądam się też architekturze miejsc, do których trafiam. Inspiracja często przychodzi do mnie również podczas spacerów po mieście. Z wielką ciekawością przyglądam się ludziom i modzie. A poza tym uwielbiam kino. Film od zawsze miał na mnie silny wpływ, choć raczej za sprawą atmosfery, kolorystyki czy tekstury niż scenerii konkretnego obrazu.

A jeśli miałbym się pokusić o wskazanie idoli, wymieniłbym przede wszystkim Ludwiga Miesa van der Rohe oraz Ettore Sotsassa. Twórczość pierwszego z nich posłużyła mi za inspirację dla mojego prywatnego domu idealnego, drugi zaś nieustannie przypomina mi, jak ważna jest odwaga kolorystyczna. Nikogo chyba nie zaskoczę, wymieniając też nazwiska Oscara Niemeyera oraz Franka Lloyda Wrighta. Każdy z nich w inny sposób, ale równie silnie wpłynął zarówno na moje poczucie estetyki, jak i postrzeganie roli projektanta.

Magazyn Design Alive

NR 48 LATO 2024

ZAMAWIAM

NR 48 LATO 2024

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

TRÓJMIASTO 2024 WYDANIE SPECJALNE

Typowy dzień pracy. Wygrywa racjonalność czy spontaniczność?

Zdecydowanie spontaniczność, choć na biurku zawsze mam zestawienie prowadzonych projektów. Tabela pokazuje bieżący etap działań oraz elementy już ukończone, będące w trakcie realizacji i planowane. Nad tym muszę mieć pełną kontrolę. Ale planując dzień wyznaczam sobie ogólniejsze zadania i cele, bez nadmiernie szczegółowej rozpiski. To dlatego, że praca nad warstwą stylistyczną wnętrza to praca artysty, a nie inżyniera – i nie da się ściśle przewidzieć, ile zajmie czasu. Nie śpieszę się też z wizualizowaniem projektu, bo najpierw wszystko dokładnie układam sobie w głowie. Wybieram meble, lampy, wykończenia, kamienie, tkaniny. Te elementy łączę, czasem zmieniam, zastępuję jedne wybory innymi.

Zdarza mi się i zasypiać, i budzić z myślą o projektowanym właśnie wnętrzu.

Taki proces twórczy siłą rzeczy musi trwać. Ale kiedy obraz danej przestrzeni już wykrystalizuje mi się w wyobraźni, siadam do komputera i w ciągu kilku godzin przelewam go w szczegółowy brief dla moich grafików. Oni tworzą fotorealistyczne wizualizacje, a ja w tym czasie zbieram próbki materiałów. Jedne i drugie prezentuję następnie inwestorom, tak by mogli i zobaczyć projektowane wnętrze, i doświadczyć go w aspekcie konkretnych materiałów, odcieni, struktur.

A jak wygląda praca projektanta wnętrz od strony biznesowej?

W moim przypadku kluczową rolę odgrywa wypracowana renoma. Część zleceń otrzymuję z polecenia, część to projekty kolejnych domów czy biur należących do inwestorów, z którymi miałem okazuję współpracować wcześniej. Zdarza się, że rodzice wracają do mnie w związku z projektem mieszkań dzieci. Może kiedyś wrócą i wnuki? W każdym razie ta ciągłość ma dla mnie dużą wartość, bo podobnie jak feedback – którego zawsze jestem bardzo ciekaw – daje mi poczucie dobrze wykonywanej pracy. Tak więc bazuję na renomie, nie reklamuję swojej pracowni, choć staram się dbać o prezentację w mediach architektonicznych i mediach społecznościowych tych projektów, w przypadku których umożliwia mi to zgoda inwestorów. Niestety to mniej niż połowa realizacji. Szeroko znane osoby bardzo chronią swoją prywatność, również swoje wnętrza często chcą zachować wyłącznie dla siebie i swoich najbliższych. Jako projektant rozumiem to i szanuję.

Zdarzają się jakieś przygody podczas realizacji? A może jakiś projekt zapadł szczególnie w pamięć?

Praca projektanta wnętrz wymaga gotowości do sprawnego reagowania na nieprzewidziane okoliczności – takie jak błędy czy opóźnienia w dostawach albo różnego rodzaju niespodzianki techniczne. W przypadku obiektów zabytkowych, o długiej i skomplikowanej historii, niekiedy chodzi o mrożące krew w żyłach kwestie konstrukcyjne. Tego typu sytuacja miała miejsce podczas realizacji showroomu przy ul. Mokotowskiej w Warszawie, w pięknej zabytkowej kamienicy Rodryga Mroczkowskiego – od charakterystycznych postaci atlantów znanej jako „Krakowiacy i Górale”. Po odkryciu sufitów zastaliśmy belki stropowe w tragicznym stanie, o włos od katastrofy budowlanej. To rzecz jasna wymagało ekspresowej reakcji, wezwania konstruktora i wymiany zniszczonych elementów. A potem trzeba było tak przeorganizować prace, aby nadrobić przymusową przerwę. Udało się!

Największe wyzwanie w dotychczasowej karierze to…

Poszerzenie zakresu działalności pracowni o obiekty użytku publicznego. Przez wiele lat, poza drobnymi wyjątkami, w mojej pracowni projektowaliśmy przestrzenie mieszkalne. W pewnym momencie jednak zaczęliśmy otrzymywać zlecenia dotyczące biur czy wnętrz komercyjnych. Część tych tematów pochodziła od moich stałych klientów, którzy zapragnęli mieć w swoich biurach ten sam standard, co w domu. Kolejne napływały po prostu dlatego, że inwestorowi spodobała się estetyka, w której się poruszamy – i stąd brało się zlecenie np. na projekt całej siedziby dużej międzynarodowej firmy.

Mówię o tym, bo to zupełnie inny rodzaj projektowania – jak zawsze za sprawą kontekstu. Gabinet właściciela czy prezesa może, a nawet powinien mieć rys personalny. Pozostałe przestrzenie muszą się natomiast cechować pewną uniwersalnością, tak by niosły określony przekaz, ale dobrze służyły wielu różniącym się od siebie osobom, pracownikom czy gościom. W obiektach użyteczności publicznej istotne znaczenie mają również konkretne, wyśrubowane normy bezpieczeństwa uzależnione od konkretnej funkcji danej przestrzeni. Wszystko to sprawia, że w tego rodzaju projekty angażuję nieporównanie większe zespoły niż przy wnętrzach mieszkalnych, a formuła pracy musi być znacznie bardziej sformalizowana.

Patrząc wstecz na swoje początki, ale też z myślą o młodszych koleżankach i kolegach z branży – co według Pana powinno się znaleźć w „niezbędniku architekta wnętrz”?

Do osiągnięcia sukcesu są dziś niezbędne i własny styl, i pokora. Niezwykle ważna jest też świadomość, że nawet najpiękniejsza wizja wygenerowana w 3D pozostanie w komputerze, jeżeli nie będzie możliwa do zrealizowania. W grę wchodzą tu kwestie materiałowe czy wykonawcze, ale również budżetowe – nie każdy inwestor i nie w każdym przypadku powie, że „koszt nie gra roli”. A ja wciąż widzę coraz bardziej imponujące instagramowe kreacje, w których dość łatwo jest zweryfikować oderwanie od realiów choćby czysto technicznych. Tu rodzi się pytanie, czy autor to projektant wnętrz, czy raczej artysta cyfrowy.

Miasto, projekt, a może współpraca – jakie są Pana zawodowe marzenia?

Wątki profesjonalne i prywatne od dawna łączą się w moim marzeniu, aby uratować choć jeden – skoro nie da się wszystkich – podupadły dworek, pałac, zamek. Polska architektura jest straszliwie doświadczona wojenną historią naszego kraju. Serce mi się kraje, gdy widzę, ile zaniedbanych, nieraz wręcz rozpadających się zabytków wciąż mamy dookoła. Ogromne wrażenie robi zwłaszcza „Polska Dolina Loary” na Dolnym Śląsku, bardzo dużo pereł czeka na troskliwych opiekunów także na Śląsku Opolskim. W żadnej części Polski nie brakuje jednak zabytków, którymi należałoby się pilnie zająć. Mam nadzieję, że uda mi się przyłożyć do tego rękę.

A największy cel do zrealizowania w najbliższym roku?

Kończymy właśnie prace nad projektem sklepu z kosmetykami. To nowa marka i nowy koncept, które wprowadzi na rynek jeden z moich stałych klientów. Myślę więc, że największym wyzwaniem najbliższego roku będzie wspólna realizacja ambitnych planów rozwoju tej marki i tworzenie jej kolejnych punktów w całym kraju. Jestem pewien, że to wielkie wyzwanie przełoży się na ogromną satysfakcję. Już teraz cieszę się, że moja pracownia ma udział w przyszłym sukcesie.

Piotr Łucyan

Urodził się w grudniu 1979 roku. Właściciel oraz główny projektant pracowni ArtUp Interiors w Warszawie i Londynie. W 2003 roku ukończył studia na Wydziale Prawa na Uniwersytecie Warszawskim, natomiast w 2019 roku na Wydziale Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W między czasie studiował także Historię Sztuki. Swobodnie łączy światy zaawansowanej funkcjonalności i nowoczesnej estetyki z pogłębioną wiedzą z historii sztuki. Osobiście kreuje, a przy wsparciu zespołu także sprawnie realizuje wnętrza apartamentów, rezydencji i obiektów komercyjnych w Polsce oraz za granicą. Prywatnie Piotr Łucyan jest entuzjastą i kolekcjonerem sztuki najnowszej, z którą chętnie zaznajamia bliżej także swych klientów.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły: