Zofia Chylak. Portret kobiety w czerni

Jej rodzina to korowód niezwykle barwnych i twórczych postaci. Zofia Chylak już jako nastolatka czuła związaną z tym presję. W jakim kierunku kształtować siebie? Jest w końcu tyle możliwości. Ostatecznie postanowiła urzeczywistnić to, co dla kobiet w jej rodzinie nie było może pomysłem na karierę, ale zawsze było ważne: projektowanie mody. I pozostać w Polsce, choć świat się o nią upominał. Opłaciło się posłuchać siebie. Dziś marka Chylak to synonim sukcesu. Torebki Zofii można znaleźć w butikach od Warszawy, przez Berlin, po Mediolan i Paryż

Spotykamy się w czwartkowe południe w biurze na Mokotowskiej. Ubrana na czarno uśmiecha się nieśmiało. – Czerń to zawsze był mój ulubiony kolor – mówi. Zofia na co dzień mieszka na Saskiej Kępie. W mieszkaniu, w którym stara się otaczać pięknymi przedmiotami i dziesiątkami rodzinnych pamiątek. Do swojego butiku wpada co kilka dni, gdy tylko znajdzie na to czas. A ma go niewiele. Zapracowana młoda matka w zaledwie kilka lat osiągnęła bowiem gigantyczny sukces rynkowy. Zdarza się, że w internetowych kolejkach po jej torebki czeka 15 tysięcy chętnych!

Kiedy proszę Zofię, by dała mi dotknąć torebki stojącej na jej biurku, chwilę się waha. – Wiesz, ale to moja torebka, używam jej – mówi, lekko się wzdrygając. Myślałam, że to rekwizyt; nie chciałam być wścibska. Jak każda kobieta wiem, że zajrzenie do damskiej torebki oznacza wejście w czyjś intymny świat. Być może fascynujący, ale w gruncie rzeczy nie lubimy pokazywać, co w niej mamy. Zofia zdradza mi tylko, że czasem znajduje w swojej zupełnie niespodziewane rzeczy. Na przykład skarpetkę dwuipółletniej córeczki Cecylii.

Z lotu ptaka

Dziadek Zofii Gwidon Miklaszewski był znanym rysownikiem i humorystą. Mama Maria Miklaszewska – dziennikarką i pisarką. Napisała libretto i teksty piosenek do musicalu „Metro”. Starszy o 12 lat brat poszedł na Akademię Sztuk Pięknych; jest malarzem i wykładowcą. Ojciec – architekt i urbanista – pracował przy odbudowie Warszawy, która trwała jeszcze długie lata po II wojnie światowej. Mama zabierała ją na próby do musicalu, a tata pozwalał zaglądać do swojej pracowni, która zajmowała drugą połowę ich domu. Zosia lubiła ten odrębny świat, jako kilkulatka nie potrafiła jednak zrozumieć, czym ci poważni, pochyleni nad jakimiś gigantycznymi planami panowie się zajmowali.

– Dopiero kiedy pierwszy raz leciałam samolotem, z lotu ptaka zrozumiałam, co robi mój tata. Wcześniej, z perspektywy dziewczynki spacerującej po ulicach Warszawy, było to dla mnie niepojęte! – wspomina.

Ale największe piętno na Zofii odcisnęły kobiety: babcie, ciotki i mama, które dużą wagę przykładały do stroju. – Moja babcia nawet podczas wojny starała się zawsze dobrze wyglądać. Nie mam pojęcia, jak się jej to udawało, a jednak! – uśmiecha się z niedowierzaniem Zofia.

Na tle tych barwnych postaci Zosia uważała, że nie ma dobrej kreski ani talentu artystycznego; wychowywana jednak w bezpośredniej bliskości ze sztuką, zabierana na wszystkie możliwe wystawy, za zupełnie naturalne uznała studiowanie historii sztuki. Wcześniej, w warszawskim liceum Bednarska, odnalazła swoją drogę.

– Najpierw chciałam być operatorem filmowym – zaznacza. – Jako dziecko obserwowałam trochę środowisko filmowe i fascynowało mnie ono. Było takie twórcze, kolorowe. Uwielbiałam też kino; chciałam być tego częścią. Rodzice zdawali się to akceptować. Zaczęłam od fotografowania ludzi, a tata zrobił mi w domu ciemnię. Pewnego dnia dopadły mnie jednak wątpliwości. Zrozumiałam, że moda jest mi bliższa od filmu. W głowie powstał nowy pomysł na życie – projektowanie ubrań.

Moda miała dla niej także znaczenie terapeutyczne. – Byłam nieprzeciętnie nieśmiałym dzieckiem. Wycofanym i milczącym. Uciekałam od kontaktów z ludźmi – przyznaje. – Na pewnym etapie zaczęłam myśleć o ubraniu jako o zbroi. Że jak ją sobie wymyślę, doda mi pewności siebie. I rzeczywiście tak się stało. Chowanie się za jakąś kreacją wybawiło mnie od tej nieśmiałości. Dzisiaj mam z nią dużo mniejszy problem.

Równocześnie ze studiami Zofia robiła kursy krawieckie. – Poszłam nawet na kurs haftu historycznego. Wspaniałe przeżycie, za którym tęsknię, bo pamiętam, ile czasu zajmowało nam haftowanie jednego płatka czy listka. I miałam na to czas! Dzisiaj byłoby to niemożliwe.

Najpierw poznawali historię danego haftu, a potem skrupulatnie go odtwarzali. Zofia Chylak w końcu poczuła, że „te ręce” potrafią jednak coś zrobić!

Zofia Chylak

W pokoiku na Brooklynie

Nie chciała wyjeżdżać. Za to zawsze chciała wracać. Staż w Nowym Jorku zasugerował jej Filip Niedenthal (do niedawna redaktor naczelny „Vogue Polska”, a wcześniej – „Esquire” i „Harper’s Bazaar”).

– Po studiach zastanawiałam się przez chwilę, czy nie kontynuować nauki gdzieś za granicą. Doszłam jednak do wniosku, że bardziej mnie ciągnie do działania, do zdobywania praktycznej wiedzy. Już podczas studiów zetknęłam się z biznesem modowym: pracowałam przez dwa lata u Ani Kuczyńskiej i myślałam, że może to wystarczy. Filip przekonał mnie, że przydałaby mi się inna perspektywa. Miał rację.

Nowy Jork ją oszołomił, ale i stresował. Była jedyną stażystką, która projektowała przy pomocy ołówka i kawałka papieru, i jedyną, która nie ukończyła szkoły mody. Miała poczucie, że musi ciężej pracować, tymczasem właśnie to, że była po historii sztuki, i to, jak podchodziła do procesu projektowania, okazało się atutem. Została zauważona. Dostała propozycję, by zostać.

Zofię ciągnęło jednak z powrotem, ale była zdeterminowana, by wrócić z gotowym planem. W swoim pokoiku na Brooklynie postanowiła odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest w Polsce nisza, którą mogłaby zapełnić dzięki swojemu autorskiemu projektowi. Zapisała na kartce pytania. Odpowiedzi podpowiedziały jej znajomość rynku mody oraz odziedziczona po przodkiniach intuicja.

– Już wtedy gdzieś w głowie pojawił mi się pomysł, by zająć się projektowaniem torebek, ale że zaczynałam od zera, bez możliwości zainwestowania we własną kolekcję, postanowiłam projektować i szyć ubrania. To nie wymagało z mojej strony żadnej inwestycji.

Mimo że była młoda i miała jeszcze czas, nawet przez myśl jej nie przeszło, by pracować u kogoś. Uznała, że ma dobry plan, który pozwoli jej zarobić na zrealizowanie docelowej wizji. Nie potrafiła sobie zresztą wyobrazić sytuacji, w której pracowałaby od – do. Nie znała tych schematów. Wychowywała się w domu, w którym granica między życiem zawodowym a prywatnym zawsze była płynna. Marka Chylak pojawiła się w internecie w 2014 roku. Stronę i jej funkcjonalność zaprojektował mąż Zofii Adam.

– Dobrze to przemyśleliśmy – opowiada. – Fakt, że ostatecznie zdecydowałam się na projektowanie torebek i akcesoriów, wynikał też ze względów praktycznych. Wiedziałam, że to produkty idealnie nadające się do sprzedaży online. Nie trzeba ich przymierzać i nie zmieniają kształtu w zależności od tego, kto je założy, jak dzieje się w przypadku ubrań. 

Pierwsza kolekcja to trudno już dzisiaj dostępne torebki, ale przełom nastąpił przy drugiej. – Już właściwie zamykałam tę drugą kolekcję, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł na niewielki, skórzany worek. I okazało się, że to właśnie on spodobał się najbardziej. Worki mamy do dzisiaj w ofercie i wciąż świetnie się sprzedają.

Zofia Chylak

Po co komu w kwarantannie nowa torebka?

Najpierw paczki pakowała sama – przy 20 sztukach dziennie odczuwała radość. Z czasem jednak zespół zaczął się rozwijać.

– Osoba, która wówczas pakowała paczki do wysyłki, nadal z nami pracuje, choć już oczywiście na innym stanowisku – opowiada Zofia. – Ten nasz dzisiejszy zespół jest bardzo kobiecy i muszę powiedzieć, że wszystkie mamy wpływ na to, co się dzieje i jak rozwijamy markę. Budujemy ją przy wspólnym stole.

Dzisiaj pakowanych jest nawet kilkaset paczek dziennie. Pytana o przepis na sukces, nie ma prostej odpowiedzi. – Myślę, że to mieszanka wielu rzeczy, ale najważniejszy był pomysł. Miałam szczęście wpisać się w pewną niszę na polskim rynku. Nie było torebek luksusowych, które cenowo pozostawałyby w zasięgu ręki. Pięknie wykonanych, ze szlachetnych materiałów, z rzemieślniczym zacięciem, ale nie w cenie 4000 zł za sztukę. Nie ukrywam też, że po prostu ciężko pracowałam. I miałam dużo szczęścia! – uważa projektantka. Jak wtedy, kiedy w 2018 roku zdjęcie z jej torebką trafiło na Instagram i narobiło szumu: zrobiła je i zamieściła na swoim profilu szwedzka specjalistka od PR, która odwiedziła salon Chylak w Warszawie. Na zdjęcie zwróciła uwagę zaprzyjaźniona z nią dziennikarka pracująca w amerykańskiej edycji „Vogue’a”, która następnego dnia poprosiła Zofię o wywiad. A jeszcze kolejnego zadzwonili z Net-a-Porter! To pierwszy na świecie sklep internetowy sprzedający topowe marki modowe z całego świata.

Mimo tego, że Chylak jest obecnie marką znaną na całym świecie, Zofia jest przekonana, że gdyby została w Nowym Jorku, jej kariera nie potoczyłaby się w takim tempie.

– Z perspektywy czasu myślę, że udało mi się właśnie dlatego, że postawiłam na Polskę. Od początku robiłam to świadomie. Wiele osób zniechęcało mnie, by podkreślać polskość produktów. Nie kojarzymy się z dobrze zaprojektowanymi torebkami, nie mamy ugruntowanej pozycji w świecie mody. Intuicja podpowiadała mi jednak, żeby spróbować.

Decyzja, by torebki sygnowane były Made in Poland, sprawiła, że gdy jej kolekcje trafiły do świata mody, masowo zaczęli je kupować Polacy mieszkający za granicą. Szczęśliwi, że mogą się pochwalić polskim produktem takiej jakości. Co jednak najważniejsze, torebki Chylak nadal najlepiej sprzedają się właśnie w Polsce.

– To wciąż nasz największy rynek – mówi Zofia. – Co ciekawe, nawet w okresie pandemii, kiedy w Net-a-Porter zamknęli na trzy miesiące magazyny i siłą rzeczy pozamykane zostały salony modowe, w Polsce ta sprzedaż nie spadła. Zachodziłam nawet w głowę, po co komu w kwarantannie nowa torebka?

Biznes kręcił się także dlatego, że Zofia Chylak pozostała wierna swoim pierwotnym założeniom. – Od początku zaplanowałam, że firma będzie moja i nie wpuszczę do niej inwestorów. Od początku też nie nastawiałam się na masową produkcję. Ważniejsze miały być jakość i elitarność wynikające nie z ceny, a sposobu myślenia o biznesie i zrównoważonym procesie produkcji. Pieczołowicie dobrane materiały i perfekcyjne wykonanie, które kontrolujemy trzystopniowo. Więcej i szybciej przy takim podejściu się nie da, a nie zamierzamy przenosić produkcji do Chin.

Także to podejście wpłynęło na ogromną popularność, jaką cieszą się jej torebki. Z powodu rzemieślniczego podejścia do procesu produkcji i wielopoziomowej kontroli torebki powstają w swoim tempie, a nie w odpowiedzi na popyt rynkowy. Wchodząc na stronę www.chylak.com, przy niektórych produktach można zobaczyć informację „Lista oczekujących”. Żeby tę torebkę mieć, trzeba poczekać. A wówczas apetyt rośnie. Torebka Chylak staje się przedmiotem pożądania.

Zofia Chylak

***

Zofię kształtowały pokolenia kobiet z jej rodziny, silnie osadzonej mentalnie w Polsce. To poczucie więzi wpłynęło na jej tożsamość. Dlatego zawsze będzie tu wracać i dlatego tak oczywiste było dla niej nieukrywanie polskiej marki pod włoską nazwą. Przychodzi mi w tym momencie na myśl książka Oriany Fallaci. Nietypowa dla tej – włoskiej nomen omen – pisarki, bo zupełnie niepolityczna. To „Kapelusz cały w czereśniach”. Jej podróż w przeszłość związana ze skrupulatnym poznawaniem historii prababć, babć i ciotek. I kapeluszy, które nosiły. Fallaci szukała odpowiedzi na pytanie, kim jest. Wydaje się, że Zofia nie musi ich szukać. Wyrazisty portret tej kobiety ma cechy przodkiń, które wpłynęły na jej gusta i osobowość. Wyrobiły smak i zamiłowanie do mody. Do czerni. I do przeszłości, która pozostaje dla niej nieustającym źródłem inspiracji.

 

Coś więcej niż ładny dodatek

Chylak to marka specjalizująca się w skórzanych torebkach i akcesoriach. Powstała w 2014 roku. Torebki szyte są w Polsce, z największą dbałością o jakość wykonania i detale. Skóry i dodatki produkowane są we Włoszech. Kolekcje są oferowane w limitowanych seriach, każda sztuka posiada ręcznie wybity złoty stempel z numerem. Twórczynią marki jest Zofia Chylak. Projektowania uczyła się w Proenza Schouler w Nowym Jorku oraz w atelier Nicolasa Caito – uznawanego za najlepszego nowojorskiego konstruktora. Z wykształcenia historyk sztuki, specjalizuje się w badaniach nad symboliką stroju w sztuce północnego renesansu. Znajomość historii stroju zawsze stanowiła inspirację w jej pracy. – Projektując torebkę, nie można myśleć wyłącznie o jej wyglądzie. To coś więcej niż tylko ładny dodatek, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Stanowi przedmiot użytkowy, który musi spełniać konkretne wymagania. Zależy mi na tym, żeby te funkcje połączyć, żeby każda torebka była zarówno praktyczna, jak i ładna, ponadczasowa i modna jednocześnie – mówi właścicielka marki Chylak.

Zofia Chylak. Wielki podbój

Zofia Chylak (34 lata) w zaledwie kilka lat stworzyła brand rozpoznawalny od Warszawy po Paryż. W dodatku jak mało kto pokazuje Polskę na świecie. Na każdej torebce widnieje napis „Made in Poland”, mimo że wiele osób jej to odradzało – mówiąc, że Polska nie kojarzy się z modą, a tym bardziej z projektowaniem i produkcją torebek. Może i się nie kojarzył, ale ona to zmieniła. I dziś czeka się na nie pokornie w internetowej kolejce. Czy to w Warszawie, czy w Paryżu.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły: