Zawsze bałem się kiczu

Tom Bensari z wykształcenia jest prawnikiem i przez wiele lat pełnił funkcję CEO w dużych korporacjach. Jak to się stało, że rzucił wszystko, otworzył warsztat stolarski i zajął się produkcją luksusowych mebli? Rozmawiamy z założycielem marki Bensari Ébénistes.

Tom Bensari jest artystą stolarzem. Na przekór masowej produkcji mebli stawia na naturalne, trwałe surowce i ogromny szacunek do rzemiosła. Jego meble to coś więcej niż przedmioty codziennego użytku – powstają, aby tworzyć więź z przyszłymi pokoleniami. Stolarstwa nauczył się sam. Metodą prób i błędów, doszedł do wniosku, że tradycyjne ręczne metody sprawdzają się najlepiej. Dziś wykonuje kilkanaście sztuk unikatowych mebli rocznie i sprzedaje je głównie za granicą. Oprócz tego dzieli się swoją wiedzą i uczy rzemiosła pasjonatów tradycyjnego stolarstwa.

Rzucenie ścieżki kariery zapewniającej stabilność finansową, na rzecz warsztatu stolarskiego nie jest chyba prostą decyzją?

Szczególnie przy piątce dzieci! Równolegle dojrzewała we mnie jednak chęć odejścia z korporacji i fascynacja rzemiosłem. Od zawsze jestem perfekcjonistą i bolało mnie to, że w dużej organizacji efekty mojej pracy są względne i często nie mają właściwie żadnego znaczenia. Czasem tworzy się przyszłościowy, wizjonerski projekt, ale nie można go wdrożyć, bo inna część firmy korporacji nie jest w stanie udźwignąć tematu. Trudno w takiej sytuacji osiągać pełną satysfakcję z pracy. Jest jeszcze coś, co nazywam kryzysem współczesnych pokoleń – nie czujemy swojej społecznej użyteczności. Kiedyś piekarz robił chleb dla lokalnej społeczności i cieszył się, że zaspakaja jej potrzeby. W dobie globalizacji droga niemal każdego produktu, od wytwórcy do klienta, jest zbyt długa i zawiła. Nie ma mowy o tej więzi, o osobistej relacji wytwórcy i odbiorcy. To wszystko spowodowało, że zrodziła się we mnie potrzeba stworzenia czegoś prawdziwego.

Jest Pan idealistą!

Zawsze byłem człowiekiem poszukującym. Nie potrafię usiedzieć w miejscu, a jednocześnie nie lubię zmian – droga, którą idę, jest więc trochę jak chichot losu. Moje podejście do życia dobrze obrazuje to, w jaki sposób projektowałem swój przydomowy ogród. Zawsze szukałem czegoś odmiennego od standardu i bałem się kiczu. Znalazłem architektkę krajobrazu i mówię: „Potrzebuję zaprojektować typowo angielski ogród”. Po kilku tygodniach pokazała mi wizualizację pełną rabatek i kolorów – fiolety, róże, czerwienie. A przecież nie tak się umawialiśmy! A miało nie być żadnych rabatek. To miał być ogród, w którym się żyje, odpoczywa, ogród, który dojrzewa i rozwija się z wiekiem, gdzie jak dziecko złamie gałąź, to nikt nie będzie krzyczał. Znalazłem drugą projektantkę – było dokładnie tak samo, stereotypowo, bez zrozumienia. Suma summarum, sam wszystko zaprojektowałem, załatwiłem od leśniczego samosiejki pospolitych drzew z lasu i odtworzyłem typowo naturalny polski biotop. I nie mam ani jednej tui! Przepraszam, jeśli kogoś obrażę, ale nienawidzę tych drzew. Ciarki mnie przechodzą, jak je widzę, szczególnie w zestawie razem z ogrodzeniami typu barok-beton. Obwiniam je o zniszczenie krajobrazu polskiej wsi.

Magazyn Design Alive

NR 48 LATO 2024

ZAMAWIAM

NR 48 LATO 2024

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

TRÓJMIASTO 2024 WYDANIE SPECJALNE

Na wszystkie sposoby ucieka Pan od masowości?

Zawsze. Oglądając meble w sklepach meblowych, nigdy nie rozumiałem zachwytów nad płytami, które się rozpadały, szufladami, które po dwóch latach pękały, fornirem, który odchodził. To spowodowało, że dwadzieścia lat temu zacząłem sam, w malutkim warsztaciku coś konstruować, aż powoli wylądowałem w garażu, który miał 60 metrów kwadratowych, gdzie urządziłem profesjonalny warsztat.

Prawnik, który został stolarzem

Tak zupełnie bez stolarskiego przygotowania?

Bardzo długo błądziłem, kupowałem dużo bezsensownego sprzętu. Dopiero po sześciu latach odkryłem, że to nie sprzęt jest istotny, tylko wiedza. Później umiejętności, a na końcu sprzęt. Na początku denerwowało mnie w mojej pracy, że nie potrafię skutecznie zrealizować zadanych sobie celów. Bo ja sobie zawsze wyznaczam jakieś cele, a później szukam metod na ich realizację. Pewnego dnia zrobiłem synowi praktyczne, obszerne biurko. Okazało się jednak, że jedna ścianka wystaje dwa milimetry. Pamiętam, jak chodziłem zdenerwowany – przez dwa tygodnie nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić. Radziłem się handlowców, którzy namawiali mnie do kupna różnych specjalistycznych maszyn.

Wtedy przyszła do mnie refleksja, że przecież kiedyś meble powstawały bez żadnych nowoczesnych technologii. Pojechałem do marketu budowlanego, kupiłem dłuto za 20 złotych i nagle zrobiłem coś, czego nie potrafiła żadna maszyna.

Kiedyś funkcjonował też system nauki uczeń – mistrz.

I taki uczeń musiał praktykować przez kilka lat, a czasem nawet jechać za granicę i uczyć się tam u innych fachowców, zanim w ogóle dopuszczono go do tego, żeby rozpocząć kurs mistrzowski. To było bardzo mądre. Przywoził z zagranicy nowe rozwiązania, inny sposób myślenia. Ważna była też transmisja pokoleniowa. Rzemieślnicy przekazywali swoje umiejętności z pokolenia na pokolenie, bo ich fach cieszył się szacunkiem, był powodem do dumy. Kolejna rzecz, która zdegradowała nasze myślenie o rzemiośle i jakości to gwarancje trwałości, oferowane przez globalne firmy. Wpojono nam przekonanie, że to jest normalne, że przedmiot nie wytrzyma nawet roku. Już nawet z tym nie dyskutujemy – to jest niewiarygodne!

Gdzie sprzedaje Pan swoje meble?

W Polsce najmniej – głównie do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Już za chwilę markę Bensari Ébénistes będzie reprezentować prestiżowa amerykańska Galeria Studiotwentyseven. Podpisałem już umowę na ekskluzywną sprzedaż na cały świat, poza Polską. To duży sukces i promocja dla moich prac.

Stałem się rozpoznawalny na świecie w dużej mierze dzięki Instagramowi. Ciekawostka jest taka, że nie wydałem na promocję ani złotówki. Instagram sam mnie wypromował. Po prostu konsekwentnie wrzucałem zdjęcia swoich projektów.

Jak Pan myśli, co sprawia, że meble od Bensari Ébénistes są dla odbiorców atrakcyjne?

Jestem zarazem projektantem i wytwórcą. To trochę działanie pod prąd, bo dziś projektant to często najczęściej ktoś zupełnie inny niż wytwórca – nie rozumie przedmiotu, materiału, nie ma kontroli nad procesem, a w świecie najwyższej jakości przedmiotów, to jest duży problem. Na takich ludzi jak ja jest więc zapotrzebowanie. Dla moich odbiorców metka jest mniej ważna, rozumieją, że piękno jest odwrotnie proporcjonalne do ilości dostępnych egzemplarzy.

Jestem w stanie wykonać w warsztacie jedynie kilkanaście sztuk mebli rocznie, czas produkcji waha się od czterech do ośmiu tygodni. To dlatego, że wszystko robię sam, ręcznie, od początku do końca, czasami zlecam jedynie drobne elementy.

Notabene, niedawno był u mnie w warsztacie znany pisarz, chciał zapisać się na jeden z kursów. O jednym z mebli powiedział, że jest piękny. To niestandardowa refleksja, bo wszyscy zwykle mówią, że trzeba mieć świetną maszynę, żeby robić takie rzeczy. Spuentował to, mówiąc: „Czy gdybym miał lepszy komputer, to pisałbym lepsze książki?”.

Tom Bensari     

Jak określiłby Pan styl swoich mebli?

Odwołuję się do modernizmu międzywojennego, a nawet powiedziałbym do humanizmu modernistycznego – do tych pięknych lat, kiedy jeszcze nie zerwano całkowicie z ornamentyką i nie podporządkowano się technologii produkcyjnej. Szczególnie inspiruje mnie styl Art déco, który nie zrywał z dorobkiem pokoleniowym i szukał lekkości w proporcjach. Cenię modernizm za to, że w swoim dążeniu do funkcjonalności nie zerwał całkowicie z tradycją poprzednich stylów i epok.

Dla modernizmu funkcjonalność nie oznaczała jedynie użyteczności przedmiotu, miała być również odpowiedzią na społeczne potrzeby człowieka. Modernizm rozumiał i szanował zakorzenienie człowieka w jego tradycji kulturowej.

Ciekawym tego przykładem jest moje biurko Manhattan, chyba najbardziej docenione w mojej kolekcji. Ideą dla jego stworzenia było zerwanie z wizerunkiem korporacyjnego biurka executive – potężnego, ciężkiego, dystansującego rozmówcę. Chciałem nadać mu modernistycznej lekkości, a jednocześnie, poprzez użycie fornirów, osadzić je w stylistyce bogato zdobionych mebli. Wydaje mi się, że udało mi się osiągnąć lekkość dzięki dobrym proporcjom.

Czuje się Pan spełniony?

Tak, mogę powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem spełnionym. Szczęśliwym i spełnionym. Wcześniej, pracując jako CEO w korporacji, nie byłem w stanie wytłumaczyć dzieciom, co tak naprawdę robię. Teraz często mi towarzyszą w warsztacie i są ze mnie dumne – ich tata jest uznanym stolarzem, właścicielem marki Bensari Ébénistes, artystą amerykańskiej Galerii Studiotwentyseven. I zarabia na meblach, chociaż wszyscy mówili, że jest to niemożliwe.

Tomisław (Tom) Bensari

Ur. 1972 r., polski projektant i ebenista, założyciel i główny wykonawca marki Bensari Ébénistes. Prawnik z wykształcenia, wieloletni CEO największych polskich firm z branży dystrybucji farmaceutycznej. Pasjonat rzemiosła, tradycyjnych technik i narzędzi, w ramach marki Bensari Workshop organizuje warsztaty z tradycyjnego stolarstwa. Prywatnie mąż i ojciec piątki dzieci.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Moim językiem jest szkło

Moim językiem jest szkło

Wrocław | 18 października 2023

Artystka i projektantka Agnieszka Bar opowiada nam o pracy i szklanych obiektach

Za kulisami rzemiosła

Za kulisami rzemiosła

Warszawa | 9 lutego 2023

Odwiedzamy warsztaty twórców, których warto znać. Piękne filmowe opowieści!