Kobieta nie z tej epoki

W jej projektach jest wiele uczuć, emocji i sentymentu do tego, co minione. Wskrzesza ducha starych kamienic, a nawet współczesne wnętrze potrafi wypełnić nostalgiczną aurą w taki sposób, że po przejściu przez próg wkraczamy w inną epokę, w której czas płynie w spokojniejszym rytmie. No i to niezwykłe wyczucie koloru! Barwami gra niczym pianista wirtuoz na swoim instrumencie. Kto? Marta Chrapka!

Jej poczucie estetyki wzięło się z niezgody. Jakby od początku wiedziała, że się urodziła nie w tym miejscu i czasie. Przyszła na świat w 1982 roku w Puławach. – Ale to tylko dlatego, że moja mama czuła się tam, w domu rodzinnym, bezpiecznie – wspomina Marta Chrapka. – Tuż po porodzie wróciłyśmy do Warszawy, gdzie rodzice mieszkali już od jakiegoś czasu. Do mieszkania w bloku, na dziewiątym piętrze.

Nie czuła się tam dobrze. Jej rodzice mieli swobodne podejście do życia, zdystansowane, takie trochę hippisowskie. Nie mieli też sprecyzowanych potrzeb estetycznych, więc mieszkanie urządzone było bez pomysłu czy jakiejkolwiek konsekwencji.

– Te nasze domy zawsze takie były: jakieś wełniane dywany w kwiaty, boazeria na ścianach, trochę jak w chatach góralskich, skąd nomen omen wzięła się moja bezgraniczna miłość do chat góralskich i Witkacego, ale to już inny temat. Do tego lampy papierowe z IKEA, meble Kontiki i puste ściany. Coś wybitnego! – śmieje się.

Jej niezgoda narastała z wiekiem, kiedy poznawała inne domy, mieszkania, szczególnie te ze starego budownictwa, ludzi i rodziny z potrzebami estetycznymi, które ona sama od początku w sobie odnajdywała. – Wracałam od jednej czy drugiej koleżanki i wylewałam swoje żale. Złościłam się i płakałam, dając wyraz swojej niezgodzie na brzydotę naszego domu. Ale nie spotykałam się ze zrozumieniem – opowiada projektantka.

marta chrapka

Marta Chrapka. Urodzona estetka

Rodzice Marty skończyli geologię, choć nie z pasji, lecz dlatego, że w latach 70. nie było ciekawszych możliwości. Podeszli do studiów zdroworozsądkowo. Tata spędził wcześniej kilka lat w Libii, gdzie na kontrakcie przebywał dziadek Marty, lekarz. Marta zresztą też mieszkała tam kilka miesięcy, kiedy miała 7–8 lat.

Traktowała ten wyjazd jak długie wakacje. – Plaża, arbuzy i morze. To była sielanka, choć nie pozostawiła we mnie głębszych śladów, a już na pewno nie wpłynęła na moje poczucie estetyki – mówi. – Przeciwnie, to był mało inspirujący kraj. W odróżnieniu od np. pobytu w Maroku, po którym całkowicie odmieniło się moje myślenie o kolorze.

Ojciec Marty wrócił studiować do Polski, ale niedługo zajmował się geologią. Oboje rodzice wkrótce podjęli pracę w zupełnie innym charakterze, jednak w Marcie ich studia odbiły się drobnym echem: zamiłowaniem do minerałów. – W jakiś atawistyczny sposób siedzę w tych składach kamienia i grzebię w nich do dziś – mówi Marta Chrapka. Jednak nie dzieliła z nimi potrzeby estetycznego porządkowania przestrzeni, i to się nie zmieniło, choć rodzice pozwolili jej odrobinę sobą pokierować po tym, jak zdecydowali się na remont domu w Puławach, po dziadkach.

– Dziadkowie z obu stron byli bardziej podobni do mnie, w każdym razie osobista przestrzeń, to, jak wygląda ich dom, była dla nich ważna. Kiedy odeszli, a moi rodzice postanowili spędzać tam czas, co robią coraz częściej, chcieli skuć podłogi i pozbyć się tego, co było w tym domu piękne dzięki swojej patynie. Pozwolili mi jednak do pewnego stopnia pokierować remontem i dzięki temu podłogi i stare drzwi pozostały, oczywiście odrestaurowane. A teraz nawet sami mają ochotę kupić sobie ładny serwis. Nie zmienia to faktu, że w moim przekonaniu jedni z nas rodzą się z potrzebami estetycznymi, a drudzy nie.

Magazyn Design Alive

NR 41 JESIEŃ 2022

ZAMAWIAM

NR 41 JESIEŃ 2022

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

NR 8/2022 HOME

Okrutny profesor

Lubiła szkołę podstawową, za to naukę w liceach – Prusa na Saskiej Kępie i Dąbrowskiego na Świętokrzyskiej – już nie. Uważała lata spędzone w szkole średniej za stracone. Wręcz traumatyczne. Dużo lepiej poczuła się na studiach. Nie dostała się co prawda na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, ale Europejska Akademia Sztuk z kierunkiem grafika okazała się strzałem w dziesiątkę. – Tam był zlepek ludzi, którzy nie do końca wiedzieli, co chcą w życiu robić, ale nie zmieniało to faktu, że byli ciekawi i inspirujący – mówi Marta. – Ja już wiedziałam, i to od dawna, nawet jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy, że kształtuje się powoli w Polsce ten zawód, że chcę projektować wnętrza.

Nawet fakt, że nie najlepiej szło jej z rysunkiem odręcznym, nie okazał się przeszkodą, a z pewnością jej samej nie zniechęcał. Choć znajomi stawali za jej plecami, kiedy malowała model, i wyśmiewali jej cienką, rysowaną ołówkiem HB kreskę, nawet mistrz Franciszek Starowieyski dostrzegł, że jest w niej to „coś”. – On wzbudzał zarówno strach, jak i ogromną fascynację. Był okrutny w swoich komentarzach, a jednym z nich potrafił spowodować, że koleżanka była na jego zajęciach raz, a na kolejne już nie wróciła. Przyszła i na mnie kolej. Byłam wtedy u niego na zajęciach ze starszym rocznikiem. Chwycił mój rysunek, cała zesztywniałam, spodziewając się niewybrednych komentarzy. Tymczasem Starowieyski powiedział, co do dziś doskonale pamiętam: „To jest oczywiście fatalnie narysowane, ale w odróżnieniu od innych masz swój styl”. I odetchnęłam. – Marta śmieje się na to wspomnienie.

Postanowiła ten swój styl rozwijać, w czym pomagały jej relacje z innymi studentami, często dziećmi malarzy i innych artystów mieszkających w domach i dworkach jak z filmów, do których zresztą często sięga, bardziej w poszukiwaniu aury niż konkretnej inspiracji. Powoli więc kształtował się jej zmysł estetyczny. Ugruntowywała się w przekonaniu, że piękno odnajduje w tym, co przeszłe, a nie współczesne.

– Zanim jeszcze jakakolwiek wiedza się we mnie zgromadziła, na pierwszy plan wyszło odczucie, w jakim miejscu dobrze się czuję. Zawsze okazywało się, że w starym. A potem uznałam, że tym konkretnie trzeba się zająć. Spróbować te stare wnętrza ratować przed krzywdą, jaką im się robi, zalepiając karton-gipsem czy zamalowując z użyciem absurdalnych połączeń kolorystycznych. – Marta postanowiła, by w ogóle nie brać się za współczesne budownictwo, tylko ratować to przedwojenne. Jednak droga do projektowania wnętrz z duszą miała jeszcze potrwać i przebiegać przez zupełnie niespodziewane rejony.

Klient oszust i nowa szansa

Marta wiedziała, co chce projektować, ale zlecenia nie spadały z nieba. Jeszcze na studiach – to był jej drugi projekt – dostała do zrobienia salon spa. – One wtedy wyrastały jak grzyby po deszczu, a ja udawałam, że doskonale wiem, jak je projektować. Choć nigdy nie zdarzyło mi się być tam nawet „na paznokciach”! – śmieje się. Ale udało się, a salon Shirley na rondzie Babka nadal funkcjonuje. Marta założyła studio SPA Projekt, bo zauważyła niszę. Nikt wówczas nie specjalizował się w projektowaniu centrów kosmetycznych.

Robiła to z bólem serca, który towarzyszył jej przez dwa lata, jednak musiała się z czegoś utrzymywać. Zlecenia same wpadały do skrzynki, nawet przez kolejne pięć lat, gdy zamknęła już to pierwsze studio. W odrzuceniu zawodowego kompromisu pomógł jej pewien dom. – Stary, na Saskiej Kępie i z mroczną przeszłością. Tutaj przez wiele lat mieszkała wybitna polska scenografka i malarka Teresa Roszkowska. I tu została zamordowana przez nieznanych sprawców. Wiele osób mówiło mi nawet, że jestem do niej podobna. Trochę straszna historia, co nie zmienia faktu, że dom był niezwykły, a przy tym wymagał wiele prac remontowych. Ale byłam w swoim żywiole i wokół tego domu zaczęło się toczyć moje życie. Wysoki czynsz i te remonty kazały mi się męczyć z projektami spa jeszcze przez jakiś czas, jednak w pewnym momencie nie wytrzymałam psychicznie.

Pojawiła się nadzieja – klient idealny, w dodatku sąsiad. Piękny, stary dom, bardzo wymagający projekt. Marta zaangażowała się w niego całą sobą, poświęciła mu miesiące pracy, podobnie jak wiele innych osób zajmujących się remontem. Tymczasem klient okazał się oszustem. Nie otrzymali ani grosza. Powrotu do spa już jednak nie było. Marta postanowiła podejść do marzeń inaczej. Wzięła pożyczkę studencką i otworzyła mały sklepik z farbami, tapetami i innymi elementami wykończenia wnętrz – na Francuskiej, w samym centrum życia tej ulicy, gdzie spotykali się i plotkowali lokalni mieszkańcy. Jak się okazało, to była ta droga, która pozwoliła jej dojść tam, gdzie pragnęła.

Colombe, czyli hebel

Klienci przychodzili do niej po rady – jakie tkaniny, jakie kolory, jak je łączyć. A że dobrze im się rozmawiało, coraz częściej pytali o cały projekt. Potrzeby rosły, dlatego Marta otworzyła drugi sklep, na Hożej, i od razu biuro projektowe. Trzeba też było założyć nowe studio. Nazwę wymyśliła na kolanie, odwołując się do tego, co grało jej w duszy – do fascynacji tym, co francuskie. Colombe to po francusku „hebel”, a gołąb w logo równie dobrze kojarzyć się może z ptakami przesiadującymi na markizie jej sklepu na Hożej, co z ich wszechobecnością na rozległych placach i ulicach Paryża.

Coraz bardziej poświęcała się projektowaniu, natomiast sklep stawał się powoli kulą u nogi. Nie chciała bowiem zbywać klientów krótką informacją o produkcie, a nie mogła im już poświęcać tyle czasu co wcześniej. Przeprowadzka firmy do „domu marzeń”, jak go określiła, wiązała się ze zmianą modelu biznesowego. Sklepik zamienił się bardziej w showroom, który przeznaczono w głównej mierze dla klientów studia Colombe, a ten z Hożej zniknął.

– Ten dom to niezwykłe miejsce. Znałam go już wcześniej i miałam fart, że pojawił się pod wynajem. Mamy tu teraz swoją bazę. Jest mały domek ogrodnika, w którym urządziliśmy ekspozycję mebli kuchennych i pracownię kolorystyczną, a w głównej części domu  umieściliśmy tkaniny i oczywiście biuro. Pracujemy na sprawdzonych materiałach, a przy tym możemy zapewnić konkurencyjne ceny.

Marta zatrudniła projektantów, obecnie w biurze pracuje 10 osób. Nawiązała też trwałe relacje ze stolarzami i krawcowymi. Część z nich pracuje tylko dla niej, a część jest wynajmowana do konkretnych projektów, gdy właścicielka studia wie, że to oni będą w danym przypadku najlepsi. Colombe stało się niemal samowystarczalne – projektuje nie tylko wnętrza, ale także meble, dobierając wykończenia.

W końcu Marta Chrapka mogła się skupić na projektowaniu i budowaniu więzi z klientami. – To są takie relacje, których nie zbuduje się na pierwszym spotkaniu, bo wtedy wiadomo tylko, czy się lubimy, czy nie. Więcej czasu potrzeba, by klient mi zaufał, a to uważam za niezbędne. Nie chcę narzucać swoich idei, nawet jeśli uważam, że są dobre. Bo nie wiem, czy osoby, dla których to robię, będą podzielać moje odczucia. Najczęściej też, szczególnie przy trudnych projektach, odwołuję się do czegoś zewnętrznego, np. filmów czy książki. Do czegoś, co mnie zainspiruje. To jest taki maraton myśli, skojarzeń, który ma na celu wykreowanie odpowiedniego klimatu miejsca. Dlatego to zaufanie jest takie ważne – wyjaśnia projektantka.

marta chrapka

Co zamieszkali, to sprzedali

Marta poznała się z Krzyśkiem 10 lat temu. Stworzyli związek oparty na wzajemnym wspieraniu się, ale również inspirowaniu. Przy czym to on był zawsze bardziej zdroworozsądkowy. – Gdyby nie Krzysiek, to kto wie. Tak było w przypadku jednego z naszych własnych mieszkań, na ul. Willowej. Zaaranżowaliśmy je, a on zaczął mnie przekonywać, żeby zrobić sesję zdjęciową i puścić to w świat. Ja się opierałam, ale w końcu uległam. Sesja wypadła fenomenalnie, a zdjęcia pojawiły się w „Vogue” i wielu innych mediach!

Mieszkanie na Willowej sprzedali. Podobnie jak to na ul. Rozbrat, bo zawsze któremuś z nich coś nie pasowało – hałas, autobusy, klimat – ale też dlatego, że mieli niezwykle intratne propozycje, których nie dało się zignorować. Potem trwały kolejne poszukiwania miejsca dla siebie, a w tym czasie tułanie się po wynajmowanych lokalach, które tak ich zmęczyło, że ponownie kupili mieszkanie. Tym razem na Saskiej Kępie, z ogródkiem, 700 metrów od domu, w którym mieściło się studio Colombe.

– Remont rozpoczął się od strachu, że nie dam rady. Sufity na wysokości 2,70 metra i aura z lat 50., która mnie przytłaczała, do tego budowlane niedoróbki. To wszystko mnie zniechęciło i znowu pomyślałam: okej, wyremontujemy i sprzedamy. I nawet się do niego nie wprowadzimy.

Ale stało się inaczej. Marta postanowiła odpuścić i remontować bez ciśnienia, w dodatku wykorzystując resztki, czyli wszystko, co zalegało w garażu. – To mieszkanie naprawdę zrobiliśmy z odpadów budowlanych. Tu pół rolki tapety zostało, to ciach, na ścianę, jakieś nietrafione zakupy sanitarne, zdekompletowane toalety, trochę takich, a trochę innych kafli. Pierwszy raz zresztą projektowałam łazienkę pod kątem wanny. Mimo tego braku chęci i mówienia „dobra, najwyżej sprzedamy” okazało się, że powstało bezpretensjonalne miejsce, w którym wszyscy dobrze się czują. Łącznie z nami!

Jeden z filmów, do którego Marta wielokrotnie wraca, to „Dwa księżyce” Andrzeja Barańskiego z 1992 roku, oparty na opowiadaniach Marii Kuncewiczowej. Akcja rozgrywa się w przedwojennym Kazimierzu nad Wisłą. Poznajemy dwa światy: ludzi szlachetnie urodzonych i mieszkających w eleganckich dworkach oraz chłopów i Żydów. Jedną z ciekawszych postaci jest Michał, niewidomy młody mężczyzna z chłopskiej rodziny, którego fascynują barwy – zdaje się je rozpoznawać poprzez dotykanie przedmiotów. Martę urzeka w tym filmie rekonstrukcja przedwojennych wnętrz.

– W tym oglądaniu nie chodzi o to, że sobie podejrzę jakąś szafkę, jak jest zrobiona, tylko raczej o to, że przy niektórych starych filmach można swobodnie wejść w aurę czasu i przestrzeni, zanurzyć się w klimat miejsca i zainspirować się nim. W „Dwóch księżycach” urzekła mnie wybitnie zrobiona scenografia, pokazana w ciepłym, naturalnym świetle. A sam Kazimierz też jest bliski mojemu sercu.

Ten film rzeczywiście ogląda się z poczuciem nostalgii. Z tęsknotą za tym, co minione, wzmocnioną przez kolory i scenerię. Marta Chrapka projektuje za pomocą tych barw i emocji.

marta chrapka

Marta Chrapka

Ma 40 lat, mieszka na warszawskiej Saskiej Kępie, w miejscu, które odpowiada jej zainteresowaniu starą architekturą. Tam również znajduje się obecnie jej studio Colombe wraz z showroomem, gdzie można obejrzeć próbki materiałów, na których pracuje razem ze swoim zespołem. Na koncie ma wiele uznanych projektów w Polsce i coraz bardziej otwiera się na współpracę z zagranicznymi klientami. Czeka ją projekt starego segmentu w Londynie, pomyślnie rozwija też agencję w Stanach Zjednoczonych. Nie planuje powiększenia firmy w Polsce, ponieważ uważa, że osiągnęła optimum. Do dziś najchętniej aranżuje wnętrza starych domów i kamienic.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Wysmakowane wnętrza w przedwojennym apartamencie w sercu Warszawy

Rozbrat 98

Warszawa | 8 czerwca 2020

Przedwojenny apartament w sercu Warszawy

Dom w Radości. Przytulność w stylu mid-century

Dom w Radości

Warszawa | 25 maja 2020

Przytulność w stylu mid-century proj. Colombe Design