Klimat, który stwarza natura

Aga Kobus i Grzegorz Goworek ze Studio Organic traktują projektowanie wnętrz nie tylko jako dyscyplinę estetyczną lub funkcjonalną, ale jako sposób na poprawę psychicznego i fizycznego samopoczucia. Zaprojektowane przez nich przestrzenie przynoszą spokój dają miejsce na wrażliwość, czułość, niuanse.

Wasze myślenie o architekturze dotyczy człowieka, jest antropocentryczne. Mówicie: Jesteśmy uważnymi słuchaczami, empatycznymi rozmówcami, czułymi obserwatorami. Wasz dyskurs wyróżnia się wrażliwością.

Aga Kobus: To jak żyjemy i projektujemy, nie wynika z przyjętej filozofii, tylko z naszej konstrukcji psychofizycznej. Jestem zdiagnozowanym dyslektykiem. W moich czasach z tego powodu chodziło się na zajęcia wyrównawcze i poddawano nas różnym egzaminom, ale tak naprawdę nie chodzi o to, czy robię błędy, tylko o to, jak myślę. Istnieje w psychologii pojęcie „myślenia dyslektycznego”, które polega na czytaniu rzeczywistości przede wszystkim obrazami i w 3D. Ja tak patrzę na rzeczywistość – obrazami. Żeby zrozumieć liczby, czy nawet cały proces pracy z klientem – muszę zobaczyć całość, jak na filmie. Drugi filtr, przez jaki patrzę, polega na tym, że postrzegam słowa w połączeniu z emocjami, zapachami. Może dlatego nasz przekaz jest taki emocjonalny, bo ja po prostu tak widzę świat.

Taka wrażliwość wymaga specyficznego, pogłębionego kontaktu z klientami?

A.K: Bardzo trudno mi, kiedy przychodzi do nas odbiorca naszych usług, wyciągnąć ankietę i pytać: „Jakie ma pan potrzeby?” Oczywiście są osoby, które lubią mieć wszystko na papierze, ale dla mnie najważniejsza jest rozmowa, czytanie między wierszami i wejście w buty tej osoby. Emocje są dla mnie podstawą do projektowania.

Klienci Studio Organic muszą również być otwarci na tego rodzaju wrażliwość, a przynajmniej potrzebują i szukają takich rozwiązań.

G.G: Mam wrażenie, że są to osoby, które nie wybierają pracowni, myśląc tylko o budżecie, jakim dysponują. Ważna jest dla nich, nie tylko nasza oferta mówiąca o tym, co, w jakim terminie i za ile mogą od nas dostać. Tutaj liczy się chemia. Staramy się zawsze spotkać twarzą w twarz. Porozmawiać. Bardzo dużo można się o kliencie dowiedzieć na przykład, kiedy przychodzi do nas para. Fantastycznie jest obserwować dynamikę związku i szukać sposobów na to, żeby partnerzy spotkali się i zgodzili, co do jednej koncepcji.

Z nastroju rozmowy rodzi się pomysł na wnętrze?

A.K.: Każde spotkanie face to face jest inne. Niektórzy potrzebują po prostu porozmawiać, nawet nie tyle o projekcie, co o podróżach, o tym, jakie mają plany na przyszłość, a kwestia mieszkania czy domu swobodnie orbituje gdzieś w tle. Są też tacy, którzy najpierw chcą się dowiedzieć konkretów, obgadać formalności i dopiero potem zaczynamy luźną rozmowę. Potem, w dużej mierze, to właśnie z niej wynika, jakie to wnętrze będzie. Ważne jest dla mnie, aby to spotkanie nie było oddalone od rozpoczęcia procesu projektowania – nie robię wtedy żadnych notatek – mam wszystko w głowie. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak jest, ale moja umiejętność myślenia obrazami od razu podpowiada mi w głowie całościową koncepcję. Wtedy bardzo szybko muszę wszystko zapisać, żeby o niczym nie zapomnieć i naprawdę rzadko się zdarza, że te pomysły nie są trafione.

Kontakt z klientem, wspólnie spędzony czas i rozmowy, często nie do końca na temat wnętrz, są dla nas najistotniejsze.

Mówicie o sobie, że projektujecie miejsca, stworzone, by doświadczać przestrzeni w pełni, być w niezakłóconym kontakcie z naturą i samym sobą. Zastanawiam się, w jaki sposób architekt pomaga pozostać w kontakcie z samym sobą? Jakich środków można użyć, aby wykreować taki potencjał miejsca?

G.G.: Jednym z kluczowych elementów jest światło. To, jak nim pokierujemy, będzie wpływało na rytm okołodobowy mieszkańców. Istnieją truizmy, mówiące o tym, gdzie powinna być sypialnia, a gdzie salon, ale zawsze można to trochę obejść, wpuszczając światło ze wszystkich stron. Projektując wnętrze tak, aby komunikacja odbywała się w nim po okręgu, czyli albo koncentrując główne funkcje w środku, albo w amfiladzie. Przestaje wtedy mieć znaczenie czy pomieszczenia są bardziej lub mniej doświetlone, bo i tak czerpią światło z otwartej przestrzeni.

A.K.: Dużo można też uzyskać za pomocą światła sztucznego. Mamy dziś mnóstwo możliwości, w moim odczuciu są to wręcz kosmiczne technologie sterowania barwą światła! Lampy mogą świecić rano w określonej barwie, pobudzając nas do działania. Stopniowo, w ciągu dnia mogą zmieniać natężenie, pomagając nam się zrelaksować. Używając programowania domowej elektryczności, możemy rozpoczynać swój cykl okołodobowy o określonej godzinie. Światło samo się zapali, rozsuną się zasłony, które w mieście powinny być blackoutowe i nie przepuszczać światła w nocy. Technologia daje nam możliwość zaprogramowania rankiem chłodnej barwy światła, która powoduje określone procesy hormonalne w naszym organizmie. Potem można stopniowo ją zmieniać, aby pod koniec dnia, odciąć się od świata zewnętrznego i stymulować organizm bardzo ciepłą, kojącą temperaturą światła.

Studio Organic

Światło ma też moc kształtowania przestrzeni pod kątem wizualnym, może wydobywać kolory, faktury, wszystkie te subtelności, którymi umiejętnie gracie we wnętrzach. W jaki sposób uzyskujecie taką otulającą, homogeniczną estetykę?

A.K.: Poruszamy się w palecie naturalnych kolorów, używając farb, które mają bardzo duże nasycenie barwnika. Oczywiście, klient nie zawsze może sobie na to pozwolić, ale mamy przekonanie, że im więcej zainwestujemy w tkankę, która nie jest mobilna – w ściany, podłogę, tym mniej musimy później dokładać elementów. Na zdjęciach nie do końca udaje się uchwycić klimat, który tworzymy. Nie udało nam się dotąd zrobić takiej sesji, żebym patrząc na nią czuła dokładnie to, co będąc w danej przestrzeni. Zawsze wydaje mi się, że zdjęcia pozwalają tam zajrzeć, jedynie przez dziurkę od klucza. 

W waszych projektach ważną rolę gra zieleń.

A.K.: Staramy się stosować dużo roślin. Cieszę się, kiedy mamy możliwość zaaranżowania tarasu wokół domu, bo zieleń na zewnątrz wspiera ciekawe efekty pracy ze światłem, tworząc na przykład na ścianie światłocienie liści poruszających się na wietrze. Uwielbiam takie obrazy, które nie powstają ręką człowieka, tylko zmieniają się razem ze wzrostem roślin i porami dnia, roku. Do środka mieszkań, też wstawiamy rośliny, jednak doświadczenie mamy takie, że będą one faktycznie cieszyć oko, tylko jeśli ktoś jest w stanie pozwolić sobie na ich profesjonalną pielęgnację. Klimat, który stwarza natura, nie daje się uzyskać za pomocą żadnego innego narzędzia. 

Czy Studio Organic projektuje wnętrza w stylu Japandi – przytulniejszej wersji minimalizmu?

A.K.: Mam wrażenie, że kolejne nazwy, sukcesywnie pojawiających się nowych stylów są kreowane na potrzeby marketingu. Ostatnio jest więc „cocooning” – czyli wnętrza skierowane dla introwertyków, osób, które chcą się odciąć od bodźców zewnętrznych.
 
Interpretacja tego stylu zbliżona jest zarówno do stylu Japandi, jak i skandynawskiego Hygge. Wszystkie są nam bliskie, bo bazują na ukojeniu zmysłów, sensualności, miękkich materiałach, fakturach, stonowanej kolorystyce. 
 
Można powiedzieć, że tworzycie wnętrza luksusowe, nie tylko ze względu na cenę użytych materiałów. Wydaje się, że dzisiaj najwyższym luksusem jest właśnie kontakt z naturą, czy po prostu posiadanie domu z tarasem. 

G.G.: Luksusem jest też skopiowanie sobie z natury warunków, do jakich nie mamy dostępu. A także odcięcie się od odgłosów miasta, sztucznego, zewnętrznego światła w nocy, powrót do naturalnego trybu i rytmu.

Stworzyliście koncepcję „organic shelter”, o co w niej chodzi?

G.G.: W pracy projektanta używa się barier, które są w stanie odseparować nas od zewnętrznego zgiełku.  Stąd idea, która powstała już na początku naszej drogi projektowej, naturalnego azylu miejskiego. Mam wrażenie, że duże rozrzeźbienie przestrzeni, w jakiej się przebywa, ma działanie rozpraszające. I my, także prywatnie, wolimy rezygnować z tych rozpraszaczy, wybieramy minimalistyczną przestrzeń z bardzo oszczędnym użyciem dodatków.

A.K: Moim marzeniem jest mieszkać w miejscu, w którym nie trzeba się odgradzać od bodźców, tylko można w naturalny sposób synchronizować się z otoczeniem.

Nie potrzebowałabym żadnych innych estetycznych podniet, bo natura dałaby mi wszystko. To marzenie jest zresztą zbudowane na doświadczeniu. Jest w Polsce takie magiczne miejsce – stary, powojskowy ośrodek wypoczynkowy ma półwyspie Jawor, nad Zalewem Solińskim. Grzesiek jest karateką, kiedyś organizował obozy dziecięce, na które wyjeżdżaliśmy razem. I właśnie tam, w otoczeniu pięknej wody w kolorze szmaragdowym i dzikiej natury, byłam kreatywna jak nigdy wcześniej. Zobaczyłam, jaki mam potencjał, jak potrafię oddzielić to, co jest mi naprawdę potrzebne, od tego czym chcę jedynie zagłuszyć deficyty. Na tej kanwie zbudowało się nasze pragnienie, aby zbudować swoje miejsce do życia w takim miejscu. Na razie budujemy enklawy miejskie, ale tamta myśl jest dla nas punktem odniesienia.

Studio Organic

Studio Organic

Tworzą je Aga Kobus i Grzegorz Goworek. Własne studio prowadzą na warszawskiej Ochocie od 2006 roku. Uprawiają projektowanie, którego fundamentem jest zawsze żywa, szczera relacja z drugim człowiekiem. Interpretują cudze losy, pragnienia, marzenia, zwyczaje i style życia na język architektury. W bryle budynku, sposobach aranżacji przestrzeni, stylu wnętrz czule opisują historię czyjegoś życia.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Dom odporny na wstrząsy

Dom odporny na wstrząsy

Ichinomiya | 12 stycznia 2022

Japońscy architekci w projekcie domu, który przetrwa nawet trzęsienie ziemi