Ewa Voelkel-Krokowicz: – Nie muszę walczyć

– Większość stanowisk menadżerskich w mojej firmie zajmują kobiety, a w pracy z nimi nacisk kładzie się na współpracę, empatyczność, szczerość, otwartość, bezpośredniość i stawianie na cel, a nie na siebie – mówi w rozmowie z „Design Alive” Ewa Voelkel-Krokowicz, prezeska Concordii Design w Poznaniu, zwyciężczyni Design Alive Awards 2019 w kategorii Animator a w 2020 roku członkini kapituły konkursowej.

Czy to zawsze miał być biznes?

Ewa Voelkel-Krokowicz: – (śmiech) Kiedy byłam mała, uwielbiałam sport – zostało mi to do dzisiaj. Pewnie gdybym wtedy poświęciła na to więcej energii, dzisiaj osiągałabym sukcesy na zupełnie innym polu. Z wykształcenia jestem socjologiem; specjalizowałam się w socjologii kultury i zupełnie nie interesowałam się biznesem. Ale jak to w życiu bywa, nieustannie się kształtowałam: było w tym trochę szczęścia, trochę przypadku, trochę wykorzystanych sytuacji.

Humanistyczne wykształcenie okazało się pomocne w prowadzeniu firmy?

Coraz częściej praca to nie tylko miejsce, w którym zarabiamy pieniądze, ale także strefa, w której się rozwijamy i realizujemy. Wiele się czyta o osobach, które połączyły pasję z pracą. Coraz częściej spotykam takie osoby i staram się takimi otaczać w pracy. Ten humanistyczny pierwiastek we mnie jest bardzo przydatny. Kształtując Concordię, nie myślałam o tym, że to miejsce ma przynosić dochody; miało to być centrum designu, pierwsze prywatne w Polsce, z misją polegającą na edukowaniu, inspirowaniu, pokazywaniu różnych alternatywnych wariantów, żeby łączyć ludzi i inicjować współtworzenie. Od początku najważniejsi byli dla mnie ludzie – zarówno pracownicy, jak i klienci.

Oprócz Concordii w Pani życiu są obecne również inne inicjatywy…

Tak, jest jeszcze Vox Artis, jednak to rodzinna fundacja, gdzie jestem bardziej osobą wspierającą niż tworzącą. Założyli ją wiele lat temu moi rodzice, którzy w wyniku fascynacji sztuką zaczęli tworzyć własną kolekcję złożoną głównie z polskich dzieł współczesnych, a następnie zaczęli ingerować w tkankę miejską, czego efektem są między innymi „Abakany” Magdaleny Abakanowicz (zespół plenerowych rzeźb zlokalizowany na terenie Cytadeli w Poznaniu – przyp. red.] oraz „Totemy” Alicji Białej [umieszczone między wieżowcem Bałtyk a hotelem Sheraton – przyp. red.] symbolizujące kluczowe problemy związane z klimatem. „Totemy” są doskonałym przykładem urzeczywistnienia naszej wizji, zgodnie z którą zarówno artyści, jak i mieszkańcy będą mogli się ze sobą spotkać całkiem przypadkowo, niekoniecznie w muzeum. Ale tak jak wspomniałam, głównymi trzonami są tutaj ojciec i mama. To bardzo rodzinne działania, a nie bezpośrednio moje.

Jakie było największe wyzwanie w Pani karierze?

Na pewno Wrocław, czyli otworzenie drugiej Concordii. W ciągu ostatnich dwóch lat ten projekt pochłonął najwięcej mojej energii i czasu. To było ogromne wyzwanie, konieczność połączenia wielu bardzo różnych obszarów. Z jednej strony nowe miasto, które trzeba było oswoić, zagłębić się w nie, poznać ludzi, pewne ścieżki wytyczyć zupełnie na nowo. Z drugiej trzeba było zaplanować sposób dopasowania naszej działalności do tego miasta i zaprojektować ją tak, aby łączyć interesy różnych grup społecznych. Musieliśmy wziąć pod uwagę lokalizację, która jest zupełnie inna niż w Poznaniu, poznać jej charakterystykę, ludzi, którzy się tutaj pojawiają, ale też osoby, które chcielibyśmy tu przyciągnąć. Jeszcze na etapie planowania zrodziło się wiele pytań – było to trudne, ale fascynujące zarazem. Później sama budowa, etap nadzoru pracy architektów i generalnego wykonawcy w bardzo trudnych czasach, które spowodowały też wzrost kosztów. A teraz okres realizacji, który został bardzo mocno zakłócony przez Covid-19 i wymaga od nas ogromnej elastyczności w zakresie doboru samego zespołu, a także w kwestii wytycznych, zmian i zaleceń zmuszających nas do nieustannej reorganizacji planów. To jest taka niekończąca się historia. Ale wygląda na to, że Wrocław od strony biznesowej będzie bardzo satysfakcjonującym projektem, choć równocześnie bardzo wymagającym. Naszą misją jest stworzenie miejsca otwartego dla mieszkańców i turystów, inicjującego wiele wydarzeń, a z wiadomych względów jest to aktualnie bardzo dużym wyzwaniem.

Jaki więc jest odbiór mieszkańców? Wyspa Słodowa jest bardzo charakterystycznym miejscem na mapie Wrocławia…

Na pewno bardzo różny, ale dopiero czas przyniesie konkrety. Jesteśmy na bardzo wstępnym etapie zapoznawania się z tym odbiorem, z samymi mieszkańcami. Z powodu pandemii napotykamy wiele ograniczeń, a przez to nie możemy działać tak, jak zakładał początkowy plan. Jest wiele osób, które nas już odwiedziły. Concordia im się podoba i uważają, że to była dobra decyzja, żeby wybrać akurat taką, a nie inną lokalizację. Jest wielu najemców naszej przestrzeni biurowej, którzy są zadowoleni ze wsparcia konsultingowego, jakie im oferujemy, ale też z programu wsparcia młodego biznesu z różnych branż. Jest też sporo turystów, którzy bardzo pozytywnie odbierają naszą obecność i działalność. Ale oczywiście jest również grupa oponentów, bo jest to miejsce bardzo wyzwolone, ważne dla młodych, a nasz budynek im w jakimś stopniu tę wolność zaburza – nie wiem, czy w percepcji, czy pod względem architektury. Ale tylko czas pokaże, jak bardzo ten budynek wpisał się ze swoją ofertą w potrzeby Wrocławia i za wcześnie na analizy. Krytyka jest czymś naturalnym w każdej branży, nie oczekuję więc, że będziemy mieć samych sprzymierzeńców. Nasze założenia są szczere i uczciwe, i mam nadzieję, że znajdzie się spora grupa wrocławian, którzy bardzo polubią to miejsce. Taki jest nasz plan, który jest z nami od początku i który wciąż będziemy realizować mimo nowej rzeczywistości.

Ta nowa rzeczywistość wymagała od wielu osób i wielu firm całkowitego przearanżowania życia i pracy. Dla Pani był to czas motywujący czy raczej okres spowolnienia?

To był trudny czas, pochłaniający sporo energii. Trzy miesiące spędziłam na wsi w towarzystwie moich dzieci. Warunki dyktowały nam rechoczące za oknem żaby i przyroda, która akurat zaczynała się budzić na wiosnę. Ale był to bardzo wyczerpujący i stresujący okres. Trzeba było podjąć wiele decyzji, mimo że trudno było przewidzieć, która z nich będzie dobra, a która zła. Poza tym oczekiwano ode mnie zapewnienia poczucia bezpieczeństwa i stabilności wśród pracowników. Trudności w pracy, nauczanie domowe dzieci, które wymagały bardzo wiele mojej uwagi i wsparcia, a poza tym zwykłe prowadzenie domu – wszystko to sprawiało, że czułam się nieustannie wyczerpana. Ale też był to dla mnie taki pierwszy duży kryzys w życiu. Pokolenie moich rodziców przeszło już przez różne zawirowania, a dla mnie to była pierwsza taka sytuacja, kiedy styl zarządzana musiał ulec pewnej zmianie i dostosować się do nowych okoliczności.

Dwa miasta, troje dzieci – to wszystko wydaje się trudne do połączenia. Jest Pani osobą, która lubi mieć wszystko sama pod kontrolą, czy deleguje Pani obowiązki?

Mam świetny zespół – bez niego by się nie udało. Każda z tych osób odpowiada za określony obszar, a później wymieniamy się efektami pracy i spostrzeżeniami: nadzoruję ten proces, zarządzam na poziomie strategicznym gdy dokonujemy kluczowych, dużych zmian. Później pozwalam ludziom działać samodzielnie. Czerpią ze mnie tyle, ile potrzebują. Nie byłabym w stanie prowadzić wszystkich działań w Concordii sama i nie mam takiego zamiaru. Daję impuls do działań, do większych zmian, ale nie wskazuję ludziom palcem, co i jak mają robić: mój zespół jest bardzo samodzielny.

Świat biznesu wciąż kojarzy się z męską dominacją. Czuje Pani potrzebę walki o przestrzeń dla kobiet? Czy kobieta w biznesie musi być feministką?

Nie walczę, ale też nie mam poczucia, że muszę to robić. Możliwe, że to dlatego, że prowadzę firmę rodzinną, co oznacza nieco inną charakterystykę pracy. To nie jest wielka korporacja: nie pracuję w strukturach, które są odgórnie narzucone, nie ma szklanych sufitów, które trzeba przebijać, by móc iść dalej. Nie mam też poczucia, by moja branża była zdominowana przez mężczyzn. Bardzo starannie dobieram osoby, z którymi pracuję, i selektywnie wybieram konferencje w których biorę udział jako prelegent lub uczestnik. Nawet jeśli wśród moich współpracowników jest wielu mężczyzn, stawiam raczej na współpracę i staram się czerpać wartość z różnorodności doświadczeń. Widzę to raczej jako efekt synergii, a nie pokaz siły. Moi współpracownicy, tak jak i ja sama, mamy swoje słabe i mocne strony niezależnie od płci, stawiamy więc na te mocne i staramy się wzajemnie uzupełniać. Nie zmienia to jednak faktu, że większość stanowisk menadżerskich w mojej firmie zajmują kobiety, i to też pewnie wynika z charakterystyki pracy z kobietami, gdzie nacisk kładzie się na współpracę, empatyczność, szczerość, otwartość, bezpośredniość i stawianie na cel, a nie na siebie. Właśnie to w dużej mierze charakteryzuje pracę z kobietami. Ale również wszyscy mężczyźni, którzy są tutaj wokół czy w obszarach administracji, doradztwa finansowego, sprzedaży czy w restauracji, są bardzo otwarci i chętni do współpracy, poszukiwania rozwiązań. Mam raczej pozytywne doświadczenia w tym zakresie.

Każdy miewa również spadki energii. Jak Pani sobie radzi w takich chwilach?

Jestem mamą trójki dzieci, więc często po prostu muszę się wyłączyć. W takich sytuacjach, kiedy już zupełnie nie mam energii i wszystko zatraca sens, moi trzej synowie potrzebują zupełnie innej uwagi, innej wersji „mnie” niż tej z pracy. W związku z tym muszę się przełączyć z biznesowego świata – wymagającego skupienia i intensywnego myślenia – na świat dzieci. Moi synowie są jeszcze stosunkowo mali – najmłodszy ma osiem lat. W takich momentach jest dużo wspólnych gier, rysowania, rowerów, dużo ruchu. Mam też psa, z którym biegam, co dodaje mi skrzydeł i motywuje do spędzania czasu na łonie przyrody. Myślę, że nauczyłam się dawać sobie przyzwolenie, żeby mieć momenty słabości, nie ratować świata na siłę. A ponieważ mam też dwóch starszych synów, którzy coraz więcej rozumieją, mogę wrócić do domu, powiedzieć im, że miałam ciężki dzień, i okazuje się, że oni też mogą być fajnym wsparciem – przynieść herbatę, coś przygotować lub po prostu zająć się sobą. Rodzina jest więc silnym fundamentem. Poza tym nabieram dystansu i sił dzięki przyzwoleniu sobie na momenty słabości i bliski kontakt z przyrodą.

Wspomniała Pani o dystansie. Czy udaje się Pani zostawiać pracę w pracy?

Nie sądzę, żeby to było całkowicie możliwe w sytuacji, gdy prowadzi się własną działalność i ma się liczne zobowiązania. Ponieważ mam ogromne poczucie odpowiedzialności za pracowników, realizowane projekty, procesy dla naszych klientów, gości restauracyjnych, strategię miejsca i marki jaką jest Concordia, praca przenika moje życie i nieustannie o niej myślę. Kiedy odnoszę sukcesy, przynoszę tę radość do domu, a czasem wracam zamyślona lub muszę podjąć jakieś ważne decyzje, co też ma wpływ na całą rodzinę. Raz w mniejszym, a raz w większym stopniu, ale jestem tylko człowiekiem, który odczuwa różne emocje. Moją metodą jest zrzucenie z siebie wszystkich rzeczy po powrocie do domu. Przechodzę wtedy prawdziwą metamorfozę – zmywam makijaż, zdejmuję biżuterię, zmieniam ubrania i przemieniam się w tą Ewę, która jest już w domu. Ale i tak głowa wciąż pracuje i trudno jest mi się tak kompletnie wyłączyć.

Jakie czekają Panią wyzwania? Czy szuka już Pani kolejnego miasta na trzecią Concordię?

Na razie nie mamy żadnych planów. Rozwijamy się w tym miejscu, w którym jesteśmy, w dziedzinie konsultingu, doradztwa i Labu, który powstaje – platformy dla rozwoju innowacji w biznesie. Aktualnie ten temat bardzo mnie fascynuje – pandemia zmusza wiele firm do zmiany modelu biznesowego, wymaga redefiniowania wszystkiego, co do tej pory było pewne i znane. Te firmy potrzebują kogoś, kto przeprowadzi je przez te zmiany, i obecnie mamy już wiele bardzo ciekawych projektów „na tapecie”. Póki co nie myślę o kolejnej Concordii – cały czas skupiam się raczej na ciągłym tworzeniu pewnego poziomu jakości i sprawiania, by była to rozpoznawalna, znana i dobrze kojarzona marka.

***

Najnowszym „dzieckiem” Ewy Voelkel-Krokowicz jest Concordia Design na Wyspie Słodowej we Wrocławiu – nowoczesne centrum kreatywności i biznesu z inkubatorem dla młodych firm i start-upów, przestrzenią co-workingową i otwartą strefą kulinarną Słodowa. Projekt architektoniczny przygotowało holenderskie biuro MVRDV, jedna z najlepszych pracowni architektonicznych w Europie. Inwestorem Concordii Design we Wrocławiu jest spółka Pro Design, właściciel Concordii Design w Poznaniu – pierwszego prywatnego centrum designu w Polsce. Inwestycja na Wyspie Słodowej kosztowała ponad 46 mln zł, z czego blisko 16 mln stanowi dofinansowanie z Unii Europejskiej.

Więcej na: www.concordiadesign.pl

Powiązane artykuły:

Nadzieja. Niezwykły koncept gastronomiczny z doskonałym designem

Nadzieja

Poznań | 29 września 2020

Niezwykły koncept gastronomiczny z doskonałym designem

Słodowa. Gastronomiczna twarz Concordii Design

Słodowa

Wrocław | 21 września 2020

Gastronomiczna twarz Concordii Design

Najciekawsze nowe miejsca w Polsce, które koniecznie musicie odwiedzić

Miejsca ze smakiem

Warszawa | 16 września 2020

Najciekawsze nowe miejsca w Polsce, które koniecznie musicie odwiedzić

„NeedBook. Wnętrza 2020”, czyli nasze domy w czasie epidemii

NeedBook

Poznań | 15 czerwca 2020

„NeedBook. Wnętrza 2020”, czyli nasze domy w czasie epidemii