Twórczynie marki TAKK Agnieszka Kuczyńska i Katarzyna Orłowska. fot. Robert Ceranowicz

TAKK ZNACZY „DZIĘKUJĘ”

TEKST: JULIA CIESZKO, ZDJĘCIA: MICHAL MARTYCHOWIEC-ŚWIĘTY JERZY/CREATIVE COLLECTIVE I JACEK KOŁODZIEJSKI

WARSZAWA 16.3.2015

LUDZIE MODA STYL ŻYCIA

- Nareszcie zaczęliśmy w naszym kraju doceniać lokalny design, lokalną produkcję - trend, który za granicą kształtuje się już od dłuższego czasu. Konsument bardzo zwraca uwagę na to, gdzie dany obiekt został wyprodukowany i zaprojektowany, jaka jest jego historia. Po pierwszym zachłyśnięciu się sieciówkami, ludzie zaczęli oczekiwać oryginalności, lepszej jakości. Poza tym mając pieniądze, wolimy zapłacić trochę więcej niż pójść do popularnego sklepu, kupić, uprać raz i wyrzucić. W Polsce na szczęście jest jeszcze miejsce na wiele takich firm jak nasza - przekonuje Agnieszka Kuczyńska, projektantka i współzałożycielka marki TAKK.
TAKK postawiło na ponadczasowy design w modzie i dobrą modę w designie. Z połączenia umiejętności i pasji dwóch Pań inżynier nie mogła wyjść po prostu kolejna marka biżuteryjna. Pogoń za trendami zastąpiła lektura o kosmosie, a przepych formy - skandynawski minimalizm. Zaledwie trzy elementy biżuterii sprawiły, że klientki polubiły TAKK. Łańcuszek, kulka i obrączka dzięki właściwościom magnetycznym pozwalają tworzyć różnorodne formy. Ostatnia kolekcja to inspiracja układem komet i parabolą - bo silna idea i oryginalna koncepcja przetrwają dłużej niż jeden sezon. O architekturze, wzornictwie i polskiej modzie rozmawiamy z Agnieszką Kuczyńską, projektantką i współzałożycielką marki TAKK.

TAKK to marka działająca na styku designu i mody. To taka idealna równowaga?
- Wywodzę się ze świata architektury i designu. Właśnie ten kierunek jest dla mnie jak najbardziej naturalny. Podchodzę do projektu bardziej jak do obiektu wzornictwa przemysłowego niż do przedmiotu biżuteryjnego. Jest to jednak oczywiście działanie dotykające wielu płaszczyzn. Funkcjonujemy w środowisku modowym - nasze produkty to akcesoria, więc wszystko musi w pewnym sensie spełniać kryteria utylitarności. Zarówno ja, jak i Kasia Orłowska, współzałożycielka TAKK, mamy tytuł inżyniera. Zawsze miałyśmy bardziej techniczne podejście do życia i pracy - interesowała nas nauka. Poza tym mój narzeczony jest fizykiem z wykształcenia i to również wpływa na moje zainteresowania w tych dziedzinach - wiele się od niego dowiedziałam. To fascynujące, jak nauki ścisłe, które nas inspirują mogą być pięknie wizualizowane. Zjawiska fizyczne, chemiczne, matematyczne - natura jest ich niezwykłym odzwierciedleniem, motywem przewodnim wszystkich naszych projektów.

Czy w takim razie w ogóle śledzicie trendy?
- Trendy zawsze warto podglądać. Ja jednak wiem, że robię rzeczy, które nie znudzą mi się za pięć lat. Chciałabym również, by nie nudziły się klientowi. Nadrzędną wartością TAKK jest właśnie ponadczasowość produktów.

Jak same określacie swoją biżuterię?
- Nasze klientki to nie są z pewnością kobiety, które lubią bizantyjski przepych. Wolą prostotę, mają swój styl, wiedzą czego oczekiwać od mody i chcą wyrazić się mocno poprzez akcesoria i dodatki. Choć termin "skandynawski minimalizm" jest ostatnio dość mocno nadużywany (śmiech), to jednak właśnie ten klimat jest nam bardzo bliski. Wybrałyśmy nazwę TAKK, co w językach skandynawskich oznacza dziękuję. Mamy duże związki emocjonalne z tym regionem - obie tam mieszkałyśmy i niewątpliwie ten etap pozostawił ślad w naszym życiu. Poza tym estetycznie jest mi bliżej do Szwecji niż do Włoch. Praca w Warszawie jest o tyle dobra, że pozwala człowiekowi stać w środku, czerpać zarówno z estetyki Północy, jak i Południa.

Wasza magnetyczna biżuteria w kolekcji MMXIV może być dowolnie spersonalizowana. Pierścionek, kulka i łańcuszek tworzą wiele kombinacji. Klient może projektować?
- Oczywiście chciałybyśmy, by było to częścią naszych kolekcji, by klientki wyrażały się poprzez swoją kreatywność i nasz produkt. Jednak o ocenę pytamy odbiorcę. Dzięki temu wiemy, że taka zupełnie otwarta forma kolekcji trafia do bardzo wąskiej grupy klientów związanej zawodowo z designem. Reszta jest onieśmielona różnorodnością formy. Odzew na rynku jest taki, by jednak biżuteria miała swoją konkretną, zamkniętą propozycję. Oczywiście nie porzucamy tego kierunku. Planujemy przejść w inne dziedziny wzornictwa i mimo wszystko chciałybyśmy bazować na modułowych rozwiązaniach, różnych aplikacjach tego samego elementu.

Jesteście dobre w swoich zawodach. Przychodzi rok 2012 i nagle pojawia się pomysł na nową markę. To jest potrzeba rozwoju w innych niż dotychczas kierunkach?
- Tak, rzeczywiście. Jest to dość polska przypadłość, która bardzo mi się podoba - zwłaszcza po długim czasie spędzonym za granicą. Ludziom nadal się chce! Istnieje cały czas intensywna potrzeba rozwoju i robienia nowych rzeczy. Widać energię na rynku. Z tyłu głowy zawsze miałam pomysł na własną markę. W trakcie studiów architektury w Mediolanie zapisałam się na projektowanie wzornictwa przemysłowego - kursy z akcesoriów mody. Ten kierunek mnie fascynował, ale traktowałam go jak hobby. Choć wydawało mi się, że nie będę tego zgłębiać, to jednak po powrocie do Polski bardzo chciałam wprowadzić w życie swoje własne projekty. Poza tym, to był najlepszy moment na markę modową. Cały czas istnieje przestrzeń dla takich ludzi jak my. Rynek nie jest jeszcze nasycony - zmienia się, kształtuje, stabilizuje. Prowadzenie firmy, produkcji to naprawdę wyzwanie - całkowicie inne od samego procesu projektowego. Dotychczas zajmowałam się wnętrzami, projektowałam zawsze dla kogoś. Teraz mam rzecz skończoną, od początku do końca - produkt. To nie jest oczywiście prosta sprawa, ale jednocześnie świetne doświadczenie!

Co stało się na polskim rynku, że wasze odważne spojrzenie na modę tak się podoba? Byłyście gotowe z marką nowoczesnej biżuterii bo klient był gotowy?
- Z pewnością wszystko zbiegło się w czasie. Zaczęłyśmy 2,5 roku temu. Wtedy startował pierwszy Hush - impreza modowa, która bardzo rozwija rynek, i która pozwoliła pokazać się nowym markom. Nareszcie zaczęliśmy w naszym kraju doceniać lokalny design, lokalną produkcję - trend, który za granicą kształtuje się już od dłuższego czasu. Konsument bardzo zwraca uwagę na to, gdzie dany obiekt został wyprodukowany i zaprojektowany, jaka jest jego historia. Po pierwszym zachłyśnięciu się sieciówkami, ludzie zaczęli oczekiwać oryginalności, lepszej jakości. Poza tym mając pieniądze, wolimy zapłacić trochę więcej niż pójść do popularnego sklepu, kupić, uprać raz i wyrzucić. W Polsce na szczęście jest jeszcze miejsce na wiele takich firm jak nasza.

Co cenisz w polskiej modzie, designie, architekturze?
- Jestem fanką Ani Kuczyńskiej, Zuzi Kuczyńskiej. Nie jesteśmy rodziną. To przypadek (śmiech). Uważam, że mają bardzo spójne marki, rewelacyjną jakość i świetne pomysły na to, jak to sprzedawać. Lubię również Justynę Chrabelską, Zosię Chylak - czyli projekty proste, oszczędne w formie. Poza tym cenię Oskara Ziętę. Ostatnio współpracowałyśmy przy targach Hush - jego meble są komplementarne do naszej propozycji. Lubię również Beza Projekt, Lorens i Lorens - bo mają dobre pomysły. 307Kilo, Moko Architects, WWAA.  Podziwiam wszystkich polskich projektantów tworzących marki za to, że mają siłę i pchają do przodu. Większość z nich odwala kawał ciężkiej roboty, próbując przebić się i utrzymać na rynku.

Spotykamy się w waszym studio w Warszawie. To miasto pomaga? Inspiruje?
- Jest naprawdę bardzo duża różnica nastroju miasta w porównaniu z tym, co dzieje się na zachodzie Europy. Skandynawia to oczywiście permanentna chęć rozwoju, ale jest to proces bardzo wolny, stabilny, wynikający z potrzeby twórczej - nie jakaś wielka rewolucja. Z kolei na południu Europy odczuwa się stagnację, pesymizm na rynku, ludzie okrzepli. W Polsce nadal się chce. Z etapu sieci i centrów handlowych rynek rozrasta się w niekontrolowanym procesie - wracamy do działań indywidualnych. Oczywiście my w Polsce robimy to za pomocą innych narzędzi i możliwości finansowych. Można nawet zastosować porównanie - gdy w Europie coś wykonywało się nowoczesną wiertarką, u nas robimy to samo młotkiem i dłutkiem.

O kolejnej kolekcji mówicie, że to kontynuacja rozwiązań techniczno inżynieryjnych, ale i inspiracja kosmosem. To dość nietypowe podejście do biżuterii.
- Nasza ostatnia kolekcja nazwana została Czerwony Karzeł - Red Dwarf i jest nawiązaniem do gwiazd mających masę, rozmiar i jasność niższe niż Słońce. Inspirujemy się układem komet - parabolą. Zdecydowałyśmy się odwrócić kamień, który standardowo w biżuterii jest na zewnątrz. Schowałyśmy go do środka, podobnie jak dzieje się to z gwiazdą w orbicie. Poza tym wybór materiału - srebra - nie jest przypadkowy. Minerał ten powstaje również w procesie wytwarzania gwiazd. Kamienie - agat, onyks nawiązują do tej ziemistości, nie są klasyczne, symbolizują surową bryłę gwiazdy. Poza tym dobrze prezentują się w zestawie - można łączyć wiele elementów razem.

Rozmawiała: Julia Cieszko