DOROTA KABAŁA: ZAPLANOWAŁAM EWOLUCJĘ

TEKST: JULIA CIESZKO ZDJĘCIA: WE DESIGN FOR PHYSICAL CULTURE

WARSZAWA 26.7.2015

DESIGN LUDZIE

To nie jest obrazek z plażą i oceanem na tle zachodzącego słońca. To nie jest historia tylko o Dorocie Kabale, choć to właśnie ona nam ją opowiada. Bohaterów jest więcej: surfing, sport, Brazylia i projektowanie, a przede wszystkim życiowy stan idealny, w którym pasja spotyka się z pracą.
Od początku wiedziałam, czego nie chcę przekazać poprzez nasze wspólne spotkanie. Historia dziewczyny, która pojechała do Brazylii i nauczyła się robić deski surfingowe zakrawa o łatwo wpadający romantyczny banał. Nie będzie to rozmowa z osobą, która miała szczęście i pieniądze, by pojechać i zrobić coś spektakularnego, bo przecież w oczach przeciętnego Europejczyka, shaping deski blisko plaży z pewnością należy do takich wyjątkowych atrakcji. Nie było fajerwerków, nie wygrała w totka, nie zrobiła tego dla jednorazowego efektu promocji. Historia owszem jest wyjątkowa, ale przede wszystkim jednak zaplanowana. Osadzona racjonalnie w zawodowych i życiowych pomysłach Doroty.

Surfing to dla wielu sposób na życie, a nawet na jego przetrwanie. Przypadłość, która potrafi od rana do wieczora wypełnić każdą myśl. Warunki pogodowe, pływanie, treningi, wyjazdy. Cel: złapać najlepszą falę. Do tego jest jeszcze muzyka, moda, fotografia, film, gdzie surfing staje się głównym bohaterem. Co ciekawe, większość osób śledzących i podziwiających ten sport, wcale go nie uprawia. Chcą po prostu oddychać tym powietrzem, należeć do tej elitarnej grupy, ubierać się tak samo, tak samo żyć. Australia, Brazylia, Portugalia, Polska. Przemysł surfingowy fakturuje miliardy rocznie. Największe marki odzieżowe sprzedają więcej T-shirtów i strojów kąpielowych, tylko dlatego, że pozycjonują się poprzez ocean i fale. Wizerunek wolnego, żyjącego w zgodzie z naturą surfera wykorzystują w reklamach nawet firmy ubezpieczeniowe. Po prostu wielu z nas kręci surferskie życie hipisa. Co jest tak porywającego w tej dyscyplinie? To, że łączy się z plażą i wodą, widokiem raju z palmą, że z definicji wymaga pięknej pogody? Niekoniecznie. Bo co na to powiedziałaby silna ekipa z Polski, dla której grudniowy surfing we Władysławowie jest standardem. Jedni potwierdzą, że to wolność, styl życia, inni, że po prostu sport i adrenalina.

Dla Doroty Kabały surfing nie jest jednorazową fascynacją i modnym dodatkiem w czasie wolnym. To silne połączenie pasji i pracy, poszukiwana przez wielu z nas idealna symbioza. Dla dziewczyny, która od dziesiątego roku życia trenowała pływanie synchroniczne, woda i fale to naturalne środowisko – nasi wspólni znajomi na wyjazdach surfingowych nazwali ją "foką". Wprowadzenie sportu w życie zawodowe okazało się tylko kwestią czasu.

Warszawa. Z Dorotą spotykamy się na Starej Ochocie w jej biurze. Kamienica międzywojenna, typowa dla tej okolicy. Białe, wysokie ściany. Za krzesłem oparte deski: kite, deskorolka, snowboard. Praca wre. Dorota przygotowuje się do kolejnej wystawy polskiego designu.
Gdzie następne pływanie? – Maroko – odpowiada z uśmiechem. – Chcesz JĄ zobaczyć? – No jasne! – odpowiadam podekscytowana. Z opartego o ścianę pokrowca wyciąga białą deskę surfingową z charakterystyczną grafiką. Typ zbliżony do „funboard”, najczęściej nazywana Evolution.

– Te trzy czarne „X” symbolizują miejsca, które determinują tworzenie deski. Widzisz podpis? To nasz wspólny: shapera, który mnie uczył i mój – tłumaczy, delikatnie odwracając deskę na drugą stronę. – Pamiętam ten moment, kiedy przywiozłam ją do Polski. Owinięta kilkanaście razy w folię ważyła dwa razy więcej. Miałam obawy, że coś się z nią stanie. To prawie jak z dzieckiem.

Dorota lubi dobrze wykonane rzeczy. Pojechała do Brazylii nie tylko surfować i wrócić z własną deską, ale przede wszystkim zdobyć wiedzę na temat procesu jej wykonania, spotkać się z rzemieślnikami, którzy ręcznie je wykonują, podpatrzeć ich pracę. Nawet nauczyła się portugalskiego, by móc z nimi rozmawiać.

– Pamiętam, jak na trasie Poznań – Warszawa, w pociągu umawiałam się na spotkanie z shaperem spod São Paulo. Byłam pod Kutnem i rozmawiałam z gościem z małego miasta w Brazylii. To było tak absurdalnie proste, że aż nierealne!

Różnica między ręcznie wykonaną deską a tą wyprodukowaną seryjnie, nawet w procesie masowej personalizacji, jest zasadnicza. Z jednej strony to rodzaj doświadczenia i emocji – masz sprzęt, który powstał specjalnie dla ciebie. Jak podkreśla Dorota, jest to wyjątkowa relacja z produktem i jego kontekstem. Rzemieślnik, lokalny lider, duchowość. Z drugiej, istnieje jeszcze bardziej praktyczna przyczyna. Wiele osób pływa na sprzęcie niedostosowanym do swoich umiejętności i ciała, ignorując pierwszy, niezwykle ważny, etap wyboru, czyli poznania siebie na wodzie, trafnej oceny własnych umiejętności. – Byłam tego przykładem. Gdy stanęłam na wykonanej przez siebie desce, nie mogłam uwierzyć w rezultat. Zaczęłam naprawdę surfować. Spersonalizowany sprzęt z fabryki oczywiście jest dobrym rozwiązaniem. Pod warunkiem, że naprawdę wiesz, czego potrzebujesz. Właśnie dlatego chcemy robić deski dla innych, pomagać w wyborze i wspólnie z klientem stworzyć unikatowe, funkcjonalne rozwiązania.

Dorota przeszła przez wszystkie etapy rzemieślniczej pracy: dobór parametrów deski, definiowanie jej formy, wykończenie powierzchni – wszystkiego nauczył ją brazylijski shaper. To była relacja uczeń i mistrz. On pokazywał. Ona bardzo szybko łapała. Zawsze miała zdolności manualne, zarówno te wrodzone, jak i wyćwiczone, łatwość w ocenie symetrii, „oko” projektanta. Wszystko to pomogło jej w rzemieślniczej pracy. Zdobyła know how.

– Przez te dwa miesiące spędzone w Brazylii po prostu się uczyłam. Codziennie rano jechałam na plażę, często na stopa. Dwie sesje surfingu po kilka godzin. Odpoczynek, sok ze świeżych owoców i spanie. Wraz z zachodem słońca zabierałam się za deskę w warsztacie. Zapisywałam, podpatrywałam, naśladowałam. Zamknięte pomieszczenie, ostre światło jarzeniówki, a ja prawie jak w transie, cała w białym pyle, chodziłam dokoła deski. Najpierw jest szlifowanie, wyznaczanie, usunięcie zbędnych części materiału. Kolejne etapy to finalizowanie kształtu i wyrównanie.

Fascynacja surfingiem u Doroty nie kończy się tylko na pływaniu i projektowaniu. Zależy jej również na tym, by odczarować, ekskluzywne myślenie o tej dyscyplinie, bo w swej naturze jest to sport demokratyczny, nie wyklucza, nie wynika ze stanu posiadania. To nie tylko subkultura, poszukiwanie dobrej zabawy, spotkania z ludźmi i wspólne wyjazdy. Brazylia jest tego najlepszym przykładem. W kraju, w którym są prawie trzy miliony surferów i trzy tysiące kilometrów wybrzeża, surfing stał się powszechny. Kluby sportowe otwiera się nawet w biednych fawelach.

– To nie jest sport dla bogatych, to nie tam jeżdżą gwiazdy. Ludzie uprawiają go po pracy, wskakując w stare koszulki. Niezwykle ważne było dla mnie, by nauczyć się robienia deski w kraju, w którym uprawianie surfingu jest elementem jego kultury. To trochę jak narty na Słowacji, wszyscy jeżdżą i nikt z tego nie robi sensacji, jest to zwyczajna część życia.

Ciekawa byłam, kiedy w jej głowie powstał ten ambitny plan? – Zawsze chciałam zrobić własną deskę surfingową. Pod względem stosunku formy do funkcji, jest to najczystszy produkt, jaki znam. Wszystkie elementy są uzasadnione, wszystkie wymiary determinują działanie. A przy tym jest piękna. Żałuję, że inne otaczające nas przedmioty nie są tak idealne. Poza tym deska surfingowa to coś więcej niż używany przez ciebie sprzęt sportowy. To jest bardziej emocjonalna więź, którą można porównać do związku, jaki łączy dżokeja z koniem.
Na pytanie o jej pierwszą beczkę, czyli wpłynięcie pod dużą falę, reaguje rozbawiona: – Żeby była jasność. Ja nie surfuję dobrze. Bardzo szybko się uczę, ale jestem na początku swojej drogi. Owszem, mój instruktor żałuje, że nie filmował mnie od początku –miałby film promujący szkołę i mój progres.

Dorota, trzymając kawałek materiału, z którego powstała jej deska, naśladuje ruch szlifowania. – Wiesz, to jest pamięć mięśni. Tego nie zapominasz. Dźwięk ocierania papierem ściernym o piankę wzbudza we mnie ekstatyczną radość. Chciałabym móc to zrobić jeszcze wiele razy.

Ciekawe, że mały skrawek tworzywa sztucznego staje się pretekstem do dalszej rozmowy o restarcie zawodowym, zmianach, Brazylii i sposobie na życie. Gdy w 2012 roku zakończyła pracę w swoim poprzednim studio projektowym, zatrzymała się na moment i zastanowiła, czego tak naprawdę chce? Nie od razu przyszła odwaga do stworzenie własnej marki.

– Jest takie miejsce nad jeziorem na Mazurach. Zawsze tam przychodzę, siadam i myślę, gdy pojawia się pytanie: „Co dalej?" Poszłam z notatnikiem i postanowiłam nie wracać dopóki czegoś nie zaplanuję. Wypisałam elementy, z których składa się moje życie: co mam w swoim portfolio, jakimi kompetencjami i kontaktami dysponuję. Gdzieś w środku zawsze chciałam projektować sprzęt sportowy. Dlaczego nie spróbować właśnie teraz?

Zanim powstało We design for physical culture, które w swoim dorobku ma już współpracę z takimi liderami rynku jak Nobile, Dorota miała dwa życia: projektowe i sportowe. Pół dnia spędzała w dresie i adidasach, a drugie pół w białej koszuli na wernisażach, z których i tak uciekała na basen. Przemyślała więc, podsumowała i pozwoliła na to, by pasja połączyła się z życiem zawodowym. Sport powoduje, że potrafi wygenerować największą motywację z możliwych. Wraca przed komputer z przyjemnością, a jej entuzjazm utrzymuje się przez cały czas trwania projektu. Praca przestała być tylko obowiązkiem.
– Mam studio, które zajmuje się projektowaniem dla sportu i wszystko, co robię odnoszę właśnie do tego. Nie wierzę w projektowanie sprzętu bez uprawiania danej dyscypliny. Jeżeli chcę, by nasze studio pracowało dla jakiejś dziedziny, wiem, że muszę jej spróbować. Jakiś czas temu były też biegówki, a nawet parkour.

Surfing okazał się jednak sportem, który najbardziej ją pochłonął. Uzasadnia wszystkie treningi i poranny basen o siódmej rano. Dorota jest typem sportowca pod każdym względem. Jeśli coś robi, to ma to mieć sens. Dyscyplina, wytrwałość, logiczny plan. Tak było i z surfingiem. Choć spróbowała po raz pierwszy pięć lat temu w Nowej Zelandii, to jednak decyzję o tym, że zajmie się tym na poważnie podjęła dopiero, gdy pozwoliła jej na to praca.

– Wszystkie moje zainteresowania, które dotychczas wpychały się w wolne chwile, wakacje, nagle znalazły uzasadnienie. Stały się wsparciem dla mojego zawodu. Surfing przestał być tylko zabawą. Stał się drogą to tego, by dobrze projektować.

Egzotyczne wakacje, suszące się bikini i zdjęcia brazylijskiej plaży to nie był scenariusz, który przyjęła Dorota. – Teraz, gdy siedzę na mojej desce i czekam na falę, widzę cały ten proces. Widzę warsztat shapera, siebie z papierem ściernym i myślę: „No dobra, zrobiłam deskę”. A przecież jeszcze dwa lata temu sądziłam, że gdy tego dokonam, świat będzie inny. Myliłam się, stało się to po prostu częścią mojego życia.

– Rozmawiasz teraz ze mną, ale tak naprawdę to chciałabyś być gdzieś indziej? – Na razie czuję, że bycie w Warszawie ma sens. Często podróżuję, ale zachowuję równowagę, by nie żyć od wyjazdu do wyjazdu. Zmierzam do tego, by mieć przyjemność z życia non stop, by czuć, że jestem w moim miejscu bez względu na położenie geograficzne.

***
Dorota Kabała – specjalizuje się w projektowaniu dla branż sportowych oraz samych sportowców. Współwłaścicielka studio We design for physical culture pracującego dla producentów sprzętu sportowego oraz instytucji wspierających rozwój sportu i rekreacji, m.in. Stadionu Narodowego i Nobile. Projektant i kurator wystaw "The Spirit of Poland" w Brazylii. Współtwórczyni marek Knockoutdesign i Shinoi. Wykładowczyni School of Form na wydziale Industrial Design.