Legendarna projektantka zmarła w wieku 87 lat. fot. ARC

ZMARŁA TERESA KRUSZEWSKA

REDAKCJA

WARSZAWA 10.6.2014

DESIGN LUDZIE

Nie żyje Teresa Kruszewska - wybitna projektantka i pedagog, wychowawczyni kilku pokoleń twórców, przez lata związana z Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie.
Teresa Kruszewska (ur. 1927) pochodziła z Warszawy, tutaj zdawała maturę, uczyła się w Miejskiej Szkole Zdobniczej, a następnie w Akademii Sztuk Pięknych, którą ukończyła w 1952 roku, broniąc dyplom na Wydziale Architektury Wnętrz. Studiowała pod kierunkiem prof. Jana Kurzątkowskiego - wizjonera i eksperymentatora, wyprzedzającego o wiele lat "nowoczesność" przełomu lat 50. i 60. Odbyła też praktykę w pracowni najsłynniejszego fińskiego projektanta Alvara Aalto. Przez lata stworzyła kilkadziesiąt znakomitych projektów, jak kolekcje mebli  dla dzieci czy też szereg rozmaitych foteli dla polskich producentów. Z myślą o najmłodszych projektowała także zabawki. Jednymi z najbardziej znanych są krzesło Muszelka, fotel ogrodowy Tubus, czy fotel Tulipan. W ciągu kilkudziesięciu lat czynnej pracy projektowej była m.in. związana ze Spółdzielnią Artystów "Ład", prowadziła także Pracownię Projektowania Mebli na Wydziale Architektury Wnętrz ASP w Warszawie.

Poniżej publikujemy rozmowę z Teresą Kruszewską, która ukazała się na łamach magazynu "Design Alive" 4/2012.

Jak radziła sobie pani w PRL-u? Przecież wtedy niczego nie było. Sklepy świeciły pustkami...
- W tamtych czasach możliwości były, ale doprowadzenie do skutku projektu wymagało pracowitości i nadludzkiego wysiłku. Brakowało podstawowych materiałów. Musiałam walczyć o wszystko. Nawet o brystol. Jako asystentka biegałam do Ministerstwa Kultury składać prośby o drewno dla profesorów i dla siebie. Musiałam chytrze postępować z pracownikami ministerstwa. Oni nie rozumieli, dlaczego potrzebujemy akurat konkretnego gatunku i rodzaju drewna i to, co dostawaliśmy, zazwyczaj do niczego się nie nadawało. Robiłam coś z niczego, ale nie byle jak. Działałam tak, żeby to było artystyczne. Dzięki temu projekty pozostały w tradycji, w historii sztuki. Niestety fabryki nie chciały przyjmować moich bardziej nowatorskich projektów, ponieważ to wymagało odpowiedniego oprzyrządowania, nowej technologii i przyuczenia kadry pracowniczej. Ludzie kupowali wszystko, a mebli wciąż brakowało, dlatego fabrykom nie zależało na wdrażaniu nowych modeli. W pewnym momencie zrozumiałam, że tylko biorąc udział w konkursach i międzynarodowych plenerach, mogę doczekać się realizacji projektu. Pomysł na mebel należał do projektanta, a prototyp do fabryki. Po konkursie fabryka miała obowiązek wyprodukować zwycięskie projekty. To była jedna z niewielu możliwości na wdrożenie projektu do produkcji.

Jak zaczęła się pani przygoda z designem?
- Historia wzornictwa zaczęła się w Polsce przed wojną. Utworzono wydziały malarstwa, rzeźby i grafiki, a potem wydział architektury wnętrz. Profesorowie byli genialni. Polska pokazywała się na wystawach światowych, najpierw w Paryżu w 1925 roku, a potem także w Nowym Jorku w 1939 roku i zdobywała nagrody. Przedwojenne projekty były bardzo nowatorskie. Jestem zauroczona meblami twórców wydziału architektury wnętrz: Czajkowskiego, Jastrzębowskiego, Tichego. Sława tego wzornictwa wynika z nowoczesności i przełomowości jaką w tamtym czasie reprezentowało. Zaczęłam studiować w 1945 roku, skończyłam w 1950. W międzyczasie miałam rok przerwy, musiałam utrzymywać rodzinę. Dopiero w 1952 roku zrobiłam dyplom u profesora Kurzątkowskiego. To były bardzo ciężkie czasy. W zniszczonej Polsce powoli odnawiało się życie. Już na studiach zaczęłam pomagać profesorowi Kurzątkowskiemu, przekalkowywałam projekty konkursowe tak, żeby został duplikat, bo oryginał był wysłany. Kiedy w 1952 broniłam dyplomu, Wanda Telakowska, założycielka Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, zatrudniła mnie na etat. W tym samym czasie zapisałam się do Spółdzielni Artystów "Ład". Dostałam także pracę w Cepelii. Chwytałam się wszystkiego. Musiałam utrzymać siebie i rodzinę, a chciałam być też artystką. Przez cały czas pragnęłam wszechstronnego rozwoju. Byłam zachłanna na wiedzę z różnych dziedzin. Dzięki temu, że znałam angielski dostałam się także na staż do Rhode Island School of Design w USA. Można powiedzieć, że od początku byłam bardzo aktywna, udzielałam się społecznie i to dawało mi różne możliwości. Wiedziałam, że tworzę historię. Zdawałam też sobie sprawę z tego, że dostałam się we wspaniałe ręce profesora Kurzątkowskiego. Niestety, wojna zniszczyła to, co wcześniej zaczynało dobrze prosperować. "Ład", który powstał w 1926 roku, został przez Niemców zamknięty. Dopiero w 1945 roku zaczęła się odbudowa spółdzielni. Trzeba było wszystko stworzyć od początku i mogłam w tym uczestniczyć.

Z czego, pani zdaniem, wynika fenomen polskiego wzornictwa lat 50. i 60.?
- W latach 50. i 60. Finowie, Amerykanie i Niemcy mieli już wspaniałe wzornictwo. W Polsce trzeba było odnowić tradycje przedwojenne. Deficyt materiałów wzmagał kreatywność i - paradoksalnie - brak możliwości powodował, że projekty były tak innowacyjne i oryginalne. Myślę, że w tak ciężkich warunkach udało się osiągnąć bardzo dużo polskim projektantom. A teraz to wzornictwo zostało spopularyzowane dzięki wystawie "Chcemy być nowocześni" w warszawskim Muzeum Narodowym.

Tworzyła pani m.in. w sklejce. Dlaczego właśnie ten materiał zajmuje szczególne miejsce w pani projektach?
- Starałam się zrobić coś oryginalnego, dlatego szukałam nowych materiałów. Chciałam zadziwić świat. W Polsce sklejki w ogóle nie było w produkcji. Moje krzesełko Muszelka nie było ze sklejki polskiej. Co prawda, były już wtedy tworzywa sztuczne, ale do nas nie można było ich sprowadzać. Związek Radziecki zabronił. A sklejka była bardzo wdzięcznym materiałem, pozwalającym się formować, chociaż nie było to łatwe. Ponieważ nie było jeszcze odpowiednich maszyn, wszystko musiałam robić ręcznie i kosztowało mnie to ogromnie dużo wysiłku.

Jak wspomina pani pracę nad Muszelką, dziś jednym z najsłynniejszych pani projektów?
- Muszelka jest wynikiem pracy nad konkursem XXX-lecia "Ładu" w 1956 roku. Do konkursu zostałam zaproszona na równi z prof. Janem Kurzątkowskim i Czesławem Knothem. Ponieważ byłam sprytna i dobrze wychowana, najpierw zapytałam prof. Kurzatkowskiego, który był dziekanem, czy mogę wziąć udział w tym konkursie. Profesor się zgodził, więc musiałam się sprężyć i pokazać, że ja, ten młodzik, coś umiem. Mimo, że w konkursie otrzymałam nagrodę za inny projekt, to właśnie Muszelka zwróciła uwagę recenzentów. Wtedy pierwszy raz zaczęto mówić o moim meblu na forum publicznym. Udzielałam wywiadów i choć nie lubiłam tego szumu, wiedziałam, że warto. W ten sposób stałam się znana. Potem wiele innych projektów udało mi się zrealizować dzięki Muszelce.

Jaką rolę w projektowaniu pełni wyobraźnia? Bo trudno o niej nie wspomnieć, gdy oglądamy pani projekty stworzone zarówno dla dzieci jak i dorosłych.
- Każdy, kto chce studiować architekturę wnętrz musi mieć wyobraźnię przestrzenną. Dla projektanta są to jakby drugie oczy połączone z mózgiem. Kiedyś, jak leżałam chora na grypę, bawiłam się pudełeczkami po kremach mojej mamy i udało mi się zrobić z trzech elementów jedną formę. Tak wymyśliłam jedną z zabawek dla dzieci. Kiedy marzę o czymś, bardzo szybko widzę to w przestrzeni. Czasem zrywam się w nawet nocy i notuję pomysły. Mam 85 lat, ale to jeszcze nie powód, że nie mogę zrobić czegoś atrakcyjnego.
W moich pracach szczególne miejsce zajmuje myślenie konstrukcyjne. Kiedy myślałam o projekcie, korzystałam nieświadomie z propedeutyki geometrii wykreślnej. Potem profesorowie, którzy oceniali moje prace, odkrywali w nich właśnie to myślenie geometryczne, które dla mnie było intuicyjne. Ponieważ w PRL-u bardzo trudno było dostać jakiekolwiek materiały, można powiedzieć, że to właśnie ten brak dostępnych środków pomagał wyzwolić fantazję i energię, a także mobilizował do lepszej organizacji życia. Oprócz wyobraźni, bardzo przydała mi się także znajomość materiałów. Tego nie uczono na akademii i ja się wszystkiego uczyłam sama. Ktoś dawał mi jedną rzecz, ktoś inną, a ja obserwowałam. Ponieważ zbierałam wiadomości z każdej niemal dziedziny, to potem ta wiedza bardzo mi pomagała.

Do którego stworzonego przez siebie projektu ma pani szczególny stosunek?
- Marzę, żeby ktoś wyprodukował zestaw mebli wypoczynkowych, który zaprojektowałam w 1973 roku na Ogólnopolski Konkurs "Meble", organizowany przez Zjednoczenie Przemysłu Meblarskiego oraz Związek Artystów Plastyków w Poznaniu. W skład zestawu wchodzi fotel Tulipan, stołeczki, stoliki i barek. Zestaw jest tak pomyślany, że elementy wzajemnie się uzupełniają. Stołeczki można przechowywać jeden na drugim, a odpady stają się efektowną nogą dla stolika. Na początku nie wiedziałam, że zbędne części sklejki przydadzą mi się do innych mebli, dopiero w fazie prototypowania okazało się, że mogę je wykorzystać. Jestem wyjątkowo zadowolona z tego zestawu.

Jak pani myśli, co sprawia, że dany przedmiot staje się ponadczasowy?
- Sądzę, że to ludzie decydują o tym czy projekt jest dobry, czy zły. Jeśli cieszy się dużym zainteresowaniem, to jest nadzieja, że jest to projekt ponadczasowy i uniwersalny.
Rozmawiała: Eliza Ziemińska