Miśka Miller-Lovegrove. fot. Jan Lutyk

SZKOŁA NIE JEST WAŻNA. LICZĄ SIĘ KREATYWNOŚĆ, PASJA, TALENT

12.9.2012

BEZ KATEGORII

- Pasjonuje mnie wszystko, co potrafią stworzyć ludzie - z Miśką Miller-Lovegrove, polską kuratorką i architektką mieszkającą w Londynie rozmawia Marcin Mońka.
Wyjechała pani z Polski przed wprowadzeniem stanu wojennego. To była trudna decyzja?
- Po skończeniu studiów architektonicznych wyjechałam na roczny staż do Anglii, jednak stan wojenny sprawił, że przedłużyłam pobyt. Początkowo było mi trudno: wychowałam się w kulturze polskiej i brakowało mi jej na Wyspach. Jednocześnie musiałam rozpocząć nowe życie, w innym miejscu i środowisku, musiałam pogodzić się z faktem, że być może w ogóle już do Polski nie wrócę. Nie miałam już wówczas polskiego paszportu, byłam uchodźcą. Wszystko się zmieniło dopiero po 10 latach.

Jak wspomina pani pierwsze angielskie doświadczenia?
- W Anglii studiowałam, i aby się utrzymać, musiałam pracować. Podejmowałam pracę w wielu ciekawych biurach architektonicznych. Po czterech latach założyłam własną firmę, była to spółka z kolegą architektem. Po jakimś czasie spółka się rozpadła i zaczęłam pracować z moim obecnym mężem - Rossem Lovegrovem. I tak od 23 lat prowadzimy Lovegrove Studio.

W jakich okolicznościach się poznaliście?
- Dzięki znajomym, zawsze miałam ich wielu. Z Rossem poznaliśmy się na spotkaniu projektantów przemysłowych w Londynie, był już wówczas u progu dużej kariery. Pojawiłam się tam jako architekt i wszystko się szybko potoczyło. W pewnym sensie odkryłam dla siebie nową dziedzinę - design a Ross odkrył architekturę. Zaczęliśmy wymieniać nasze spostrzeżenia i doświadczenia. Wszystkie projekty są naznaczone jego ręką, są to jego pomysły. Choć oczywiście w studiu pracujemy zespołowo. Ross jednak ma silną wizję, jak produkt powinien wyglądać. I jest to zawsze jego indywidualny podpis.

A pod czym dziś podpisuje się Miśka Lovegrove?
- Pasjonuje mnie wszystko, co potrafią stworzyć ludzie. Stąd pomysł na wystawy, które regularnie przygotowujemy i których konsekwencją jest Fundacja Creative Project, zajmująca się promowaniem polskich twórców na świecie. Wystawy interesowały mnie od dawna, przygotowałam ich w życiu wiele. Ekspozycja jest taką szybką formą, pomysły mogą być zrealizowane błyskawicznie a zarazem w sposób niezobowiązujący. To nie jest tak jak z architekturą, gdzie trzeba zatroszczyć się o długie trwanie, skupić się maksymalnie na odpowiedzialności. Wystawa jest taką formą, w której można się trochę pobawić.

Łatwo jest się „przenieść” z architektury do wystawiennictwa?
- Ważne są kreatywność, pasja oraz talent. To, czy ktoś skończył taką czy inną szkołę oraz to, czy zajmuje się dużymi czy małymi formami, schodzi na dalszy plan. Ważne jest, aby stwarzać sobie możliwości. Ważne, aby móc poruszać się w wielu aktywnościach i w bardzo różnych tworzywach. Dlatego wszechstronność stała się tak ważna w chwili, gdy przygotowywałam wystawę "Young Creative Poland" w Mediolanie i to wyrażało jej charakter: pokazaliśmy tam więcej niż oczekuje się po wystawach projektowych. Były animacja, grafika, ceramika a także moda. Połączenie różnych dziedzin przyjęto z dużym zainteresowaniem. Wystawa była zrealizowana szybko, spontanicznie, była to żywa forma. Zaczęłam spotykać się z projektantami i dizajnerami, i polski świat wzornictwa stał się dla mnie wielkim odkryciem.

Jak wielkim?
- Poznałam fantastycznych ludzi: choćby grupy Beton i Kompott czy Oskara Ziętę. Zresztą Oskara zapamiętałam z indywidualnej wystawy w Mediolanie w 2009 roku. To zabawne, ale nie przypuszczałam wtedy nawet, że jest Polakiem, bo nie rozmawialiśmy ze sobą po polsku. Zrozumiałam, że zarówno Oskara jak i wielu innych twórców z Polski trzeba pokazywać. I tak zaczęliśmy, najpierw od Londynu, później w Mediolanie. A mój notes z nazwiskami i numerami telefonów zaczął pęcznieć. Szczególnie ważni są dla mnie projektanci, którzy zdobyli doświadczenie za granicą i postanowili powrócić do Polski, jak choćby Tomek Rygalik. Tutaj stał się twarzą polskiego projektowania i popularyzuje ten zawód. Tomek ma świetny zespół, ludzie chcą z nim pracować. Dzięki takim ludziom przełamuje się stereotypy.

A czy design ma narodowość? Specjalizuje się pani przecież w organizowaniu wystaw, które mają specyficzny, "polski" charakter...
- Zawsze bałam się takiego postrzegania. I mimo, że przygotowane przeze mnie wystawy miały mocno narodowy charakter, jestem przeciwna takiemu podejściu do designu. Uważam, że w tej chwili wszystko jest tak otwarte na siebie i tak mocno się przenika, że nie ma polskiego, włoskiego czy jakiegokolwiek innego designu. Ten czas się już skończył – choć oczywiście był taki okres, choćby w latach 50., kiedy narody chciały się odróżniać także we wzornictwie. Było to jednak związane z rzemiosłem, rzemiosło miało wówczas pewne cechy regionalne. Pięknie byłoby je zachować, jednak powoli i one odchodzą w niebyt. Są firmy, które próbują podtrzymać tradycje regionalne, choć są to zjawiska, na których nie można oprzeć całej swojej aktywności.

Rzemiosło jednak powraca. To chwilowy trend?
- Rzemiosło jest bardzo mocno związane z materiałem, jest ekologiczne, jego istota polega na mniejszej skali produkcji. Nie jest to jednak design, który może zastąpić produkcję przemysłową. Produkcja przemysłowa musi istnieć, większość obiektów które nas otaczają są produkowane w olbrzymich ilościach na całym świecie. Ludzi wciąż przybywa, więc ten proces będzie się wzmacniać. Jest jednak piękno w rzemiośle, inspirująca poetyka. A poza tym można wiele nauczyć się od rzemieślników - zresztą w warsztacie stolarskim zaczął poznawać świat projektowy i materiałowy Konstatntin Grcic, jeden z najsłynniejszych projektantów świata.

Obserwuje pani najważniejsze wydarzenia w światowym projektowaniu. W jaką stronę ono podąża?
- Dążymy do inteligentnego projektowania, które jest odpowiedzialne, używa właściwych materiałów, kładzie duży nacisk na ich przetwarzanie, pakowanie, możliwości przemieszczania.
I to rola dla dizajnera: dbajmy o to, by produkt był jak najlepszej jakości a przy tym troszczmy się, by był jak najmniejszym obciążeniem dla środowiska naturalnego. Starajmy się, by produkty były dostępne dla ludzi.

Rozmawiał: MARCIN MOŃKA

Miśka Miller-Lovegrove - absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. W 1980 roku wyjechała do Londynu, gdzie skończyła architekturę w Association School of Architecture. W latach 1988-1998 prowadziła własną pracownię Miska Miller Associates. Od 1998 r. jest partnerem w jednym z najbardziej znanych światowych biur projektowych Lovegrove Studio, gdzie współpracuje przy projektach architektonicznych. Była kuratorką kilku wystaw, organizowanych w ramach projektu Young Creative Poland, m.in. podczas London Design Festival w 2009 r., Salone del Mobile w Mediolanie w 2010 r. oraz na Fierze w trakcie Salone del Mobile w 2011 r. Zaprojektowała znakomicie przyjętą wystawę "Chcemy być nowocześni" w Muzeum Narodowym w Warszawie. Współtworzy Fundację Creative Project, która zajmuje się promowaniem polskiego designu w kraju i za granicą.