Prof. Mirosław Filiciak - dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych oraz dyrektor Instytutu Nauk Humanistycznych Uniwersytetu SWPS, współtwórca School of Ideas. Zajmuje się wpływem mediów cyfrowych na procesy społeczne. Od lat współpracuje z publicznymi instytucjami kultury, organizacjami pozarządowymi i biznesem.

PROF. MIROSŁAW FILICIAK: – NIE MOŻEMY GODZIĆ SIĘ NA PARALIŻ WYOBRAŹNI

PROF. MIROSŁAW FILICIAK

WARSZAWA 26.5.2020

COVID-19 OPINIE

Nie możemy godzić się na paraliż wyobraźni, założenie, że dobrze już było. Ponure diagnozy nie wystarczą, przyszłość trzeba próbować przeprojektować. A żeby zyskać dla tych wizji poparcie – stworzyć o nich przekonujące opowieści.

Obecna sytuacja to rodzaj wielkiego ćwiczenia urefleksyjniającego: zmieniając swoje codzienne rutyny dostrzegamy, co jest dla nas ważne. A równocześnie zauważamy, jak bardzo wyczerpały się dotychczasowe rozwiązania i że choć dobrze radzimy sobie jako części mniejszych społeczności, to jako społeczeństwo już zdecydowanie gorzej.

Czas pandemii to czas wielu udanych oddolnych zrywów, ale biorąc udział w sieciowych zrzutkach czy pomagając w robieniu zakupów sąsiadom nie możemy zapomnieć, że obecna sytuacja obciążona jest ogromnym ryzykiem dalszego pogłębiania podziałów społecznych. Bo przecież nie każdy może pracować zdalnie, nie każdy ma też przyzwoite warunki dla codziennego funkcjonowania w zamknięciu. Ci, którzy stają na pierwszym froncie zmagań z nowymi warunkami, to słabo opłacany personel medyczny i nauczyciele, ale też masa innych, kiepsko wynagradzanych i nie dających poczucia stabilności, ani nawet godności zawodów, których niezbędność zauważyć dziś łatwiej. Bo oczywiście ta sytuacja to nic nowego: podobnych ograniczeń doświadczają regularnie różne grupy, nie wspominając o problemach innych miejsc na świecie, których łatwo nam nie zauważać. Nawet, jeśli żyjemy w zglobalizowanym świecie, w którym te globalne relacje będziemy musieli ze względów bezpieczeństwa ponownie przemyśleć.

Obawiam się jednak, że „nowa normalność”, której budowa mogłaby być punktem wyjścia do niezbędnych zmian, da nam raczej więcej tego samego, co wcześniej: wobec nieuniknionych konsekwencji ekonomicznych, pójdzie w kierunku potęgowania niepewności, nieustannego „stanu wyjątkowego”, a równocześnie przesunie granice tego, na co jesteśmy w stanie się zgodzić. W relacji z pracodawcami, z państwem, ale nie tylko. Pracując projektowo ze studentami, m.in. w School of Ideas, mówimy jednak zawsze, że nie możemy godzić się na taki paraliż wyobraźni, założenie, że dobrze już było. Ponure diagnozy nie wystarczą, przyszłość trzeba próbować przeprojektować. A żeby zyskać dla tych wizji poparcie – stworzyć o nich przekonujące opowieści.

Jako osoba zajmująca się technologiami komunikowania, w obecnej sytuacji widzę oczywiście masę niebezpieczeństw. Technologie przychodzą na ratunek, ale też obnażają swoją niedoskonałość, bo okazuje się, że kolejne godziny przed ekranem obniżają poziom koncentracji, procesy grupowe tracą swoją dynamikę. Potrzebujemy bezpośredniego kontaktu z innymi ludźmi, a nieformalne formy bycia z innymi, niezbędne dla efektywnych działań, słabo przenoszą się na ekran. W skali makro głównym zagrożeniem jest chyba to, co Naomi Klein określiła niedawno mianem „Screen New Deal” – pogłębienie władzy cyberkorporacji takich jak Amazon, Google czy Facebook. Oferują one pomoc państwom, które coraz słabiej radzą sobie z zarządzaniem złożoną rzeczywistością, ale przez to umacniają swoją władzę. Karmią się też nowymi strumieniami danych, bo przecież ostatnie tygodnie to czas, w którym sieć zapośredniczyła kolejne obszary naszego życia. A przy tym pozostają nietransparentne, umiarkowanie kontrolowalne w kategoriach prawnych. Ponadto, choć sprawiają, że mieszkania będące scenerią kolejnych telekonferencji już nigdy nie będą przestrzeniami w pełni prywatnymi, wyjęte są spod presji społecznej. O tym, jak wykorzystywane są nasze dane nie dyskutujemy przecież tak żywiołowo, jak o działaniach rządu.

Sytuacja pandemii pokazuje też ograniczenia technologicznych fantazji takich, jak sztuczna inteligencja. Algorytmy trenowane są na danych opisujących to, co było i to, co wydarza się teraz. Świetnie odtwarzają stare, ale mają problem z przewidywaniem zmian i budową nowego. A przecież – jak boleśnie pokazały nam obecne wydarzenia - musimy umieć reagować w obliczu nieprzewidywalnego. Zastanawiając się równocześnie, co trzeba skorygować, bo model oparty na nieustannym wzroście i bezrefleksyjnym modelu technologii wyczerpał się choćby z powodów ekologicznych, co świetnie pokazuje w swojej nowej książce Edwin Bendyk. Nie jesteśmy jednak skazani na wybór czy hybrydę autorytarnego państwa i skrajnie neoliberalnej, eskalującej nierówności Doliny Krzemowej.

Jedną z inspiracji przy poszukiwaniu „trzeciej drogi” może być Tajwan. Na tej zamieszkanej przez blisko 24 miliony osób wyspie, gdzie gęstość zaludnienia jest przeszło pięciokrotnie większa niż w Polsce, z powodu koronawirusa do jak do tej pory zmarło… siedem osób. Jaron Lanier i E. Glen Wyl dowodzili niedawno w „Foreign Affairs”, że ten wynik nie jest przypadkiem, lecz efektem skutecznego połączenia nowych technologii i społeczeństwa obywatelskiego. Oddolne inicjatywy, których przecież nie brak i w Polsce, są skalowane za sprawą odpowiedniej infrastruktury (z platformy vTaiwan, umożliwiającej prowadzenie m.in. publicznych deliberacji, korzysta blisko połowa mieszkańców wyspy). Dzięki temu udało się racjonalnie zarządzać środkami ochrony zdrowia, ale też w przemyślany sposób mobilizować obywateli, dobrze poinformowanych o inicjatywach rządu i traktowanych przez władze po partnersku. Wcześniej tajwańska techno-społeczna machina skutecznie poradziła sobie z plagą fake newsów podczas kampanii prezydenckiej, z sukcesami reguluje kwestie środowiskowe, ale też ogranicza możliwości rozwoju usług, które pod płaszczykiem innowacji i hasłem „sharing economy” propagują toksyczne modele biznesowe.

Technologia nas nie zbawi, ale może być narzędziem do wprowadzenia niezbędnych zmian. Tym pilniejszych, że pandemia bez wątpienia odmieni oblicze edukacji, a modyfikowane obecnie sposoby komunikowania będą miały wpływ na to, jak uczyć będą się kolejne generacje. Oddolne zrywy nie muszą – jak u nas – łatać niedostatków w spontaniczny, cenny, ale i często dość przypadkowy sposób. Społeczną energię można wykorzystać lepiej. Chcąc czy nie chcąc, mamy na to kolejny dobry moment.