Prof. Marcin Matczak jest radcą prawnym, doktorem habilitowanym nauk prawnych, specjalistą w zakresie teorii prawa. Profesor na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

PROF. MARCIN MATCZAK: – DZIŚ RATUNEK ZNOWU JEST W ROZUMIE

ROZMAWIA: DOROTA ŁASKI

WARSZAWA 11.8.2020

COVID-19 LUDZIE

– Chciałbym budzić się w Polsce, w której ludzie mają szacunek dla rozumu i różnorodności – mówi w rozmowie z „Design Alive” prof. Marcin Matczak. – Niestety, kiedyś świat był prostszy i dlatego np. łatwiej było być autorytetem.

Mamy kryzys myślenia?
Mamy, zresztą nie tylko w Polsce – to bardziej ogólnoświatowa tendencja. Zacznijmy od tego, jak rozumieć pojęcie kryzysu myślenia, dla mnie jest to klasyczne rozdzielenie rozumu od emocji, podręcznikowa granica pomiędzy pozytywizmem a romantyzmem. Gdy patrzymy wstecz, widzimy, że epoki zawsze układały się sinusoidalnie – przeplatają się czasy, gdzie wyznacznikiem wartości było czucie, intuicja oraz te, gdzie większą rolę odgrywa rozum i bardzo techniczne podejście do życia. Wydaje mi się, że po długim okresie modernizmu, oświecenia, które w dużej mierze oparte jest na przekonaniu, że człowiek rozumem zawojuje świat, coraz mocniej odczuwamy siłę postmodernizmu, kiedy to myślenie już nie jest w modzie. Wynika to też z tego, że w wielu sprawach rozum nas zawiódł, na przykład w aspekcie ochrony świata przed katastrofą ekologiczną – tak fantastycznie działaliśmy, że za chwilę nie będziemy mieli czym oddychać. Rozum i skuteczność techniczna doprowadziły do wojny – maszyna niemieckiego państwa nazistowskiego była oparta na doskonałości rozumowej, więc być może warto się od tego oderwać i pójść w kierunku spirytualizmu, uczucia i intuicji. Ten kryzys jest zresztą widoczny w wielu obszarach życia, bardzo wyraźnym tego przejawem są choćby grupy antyszczepionkowe, gdzie idea rozumu, tego, że musimy się szczepić, została zakwestionowana absolutnie bez argumentów merytorycznych, tylko na zasadzie czucia, emocji wynikających z bardzo wąsko pojmowanej troski o własne dziecko. Coraz więcej ruchów społecznych opiera swoje działania na odwoływaniu się do emocji zamiast przemawiania do rozumu.

Kiedy więc to się zaczęło? Nic nie pojawia się przecież znikąd…
Z filozofią i myśleniem o świecie jest trochę tak jak z projektantami mody, najpierw pewne idee pojawiają się w bardzo wąskim specjalistycznym gronie, a później, po jakimś czasie ludzie zaczynają te idee przejmować. Modernizm, który zaczął się mniej więcej od XVII wieku, w ciągu 300 lat doprowadził ludzi od jeżdżenia konno do wizyty na księżycu, ale ten sam rozum doprowadził również do wielkich tragedii takich jak obozy koncentracyjne i Holokaust. Po II wojnie światowej specjaliści, filozofowie postmodernistyczni, zaczęli atakować rozum mówiąc, że on nie jest wszystkim, że skupienie się na nim skutkuje utratą  empatii, problemami ze rozumieniem celu, do którego zmierzamy, z docenieniem moralności. II Wojna światowa, nazizm i Holocaust były ogromnym ciosem dla rozumu, Niemcy, którzy dali światu najwybitniejszych historycznie filozofów, którzy byli królami rozumu, nagle stali się katami ludzkości. Kolejne ruchy, rewolucja seksualna, powrót do wiary w emocje i intuicję, ewoluowały od lat 60. aż do dzisiaj. Ludzie zaczęli dostrzegać, że osoby mądre nie potrafią na przykład przewidzieć kryzysu ekonomicznego, więc zaczęto kwestionować wartość autorytetów.

Dużą rolę w tym odegrał również Internet, który pokazał nam, że każdy może stać się autorytetem – specjalistą w dowolnej dziedzinie.
Rewolucja internetowa jest jednym z najbardziej istotnych wydarzeń w ostatnich dekadach, wielokrotnie zresztą w moich wykładach pokazuję, że współcześnie nastąpił mechanizm podobny do tego z XV-XVI wieku, kiedy prasa drukarska Gutenberga spowodowała, że wiedza do tej pory zarezerwowana tylko dla elity stała się powszechnie dostępna. Nagle wiedza rozpłynęła się po Europie, ludzie zaczęli czytać i natychmiast zaczęło się kwestionowanie autorytetów. Współcześnie obserwujemy podobną tendencję, choć tym razem nazywam to nie rewolucją Gutenberga, lecz rewolucją Zuckerberga. Internet dał ogromnej rzeszy ludzi dostęp do gigantycznego zasobu bezpłatnej wiedzy, ale na bardzo płytkim poziomie. Ten dostęp pozwala jednak na skrytykowanie autorytetów – mogę na przykład wyszukać opis mojej choroby i sposób jej leczenia i zadać trudne pytanie lekarzowi. Może dzięki temu wprawię go w zakłopotanie, może nawet okaże się, że ja wiem coś, czego on akurat nie wie, bo dotarłem do innego źródła. Mogę zakwestionować coś, co mówi prawnik, ponieważ przeczytam w internecie Konstytucję. Ta wiedza staje się narzędziem krytykowania autorytetów, ale też powoduje pewne zagubienie. Z jednej strony może być błogosławieństwem, a z drugiej strony przekleństwem: Internet zalewa nas informacjami o świecie i wywołuje dezorientację. Google pozwala szukać informacji, ale nie do końca pozwala je selekcjonować, nie określa co jest wartościowe, a co nie.

To zagubienie to coś, z czym szczególnie boryka się pokolenie aktualnej młodzieży i młodych dorosłych. Pana pokolenie miało jeszcze wiele autorytetów moralnych, młodym rzetelnych intelektualnych wzorców brakuje. Czy tak już będzie?
Na pewno świat mojej młodości był w pewnym sensie prostszy z jednego powodu – nie było tylu opcji. Kiedy zaczynałem szkołę średnią mogłem wybierać pomiędzy pójściem na studia do Wrocławia albo do Poznania. Współcześnie, młodzi Polacy świetnie znają języki obce, uczą się w dobrych szkołach, jesteśmy w Unii Europejskiej co ułatwia wyjazdy, obniża koszty i umożliwia studiowanie właściwie gdzie tylko się chce, nie tylko w Europie. Paradoksalnie ta ilość opcji może powodować trudność z wyborem i tak jest w każdym obszarze życia. Kiedyś wybór partnera życiowego był ograniczony do znajomych, obecnie dzięki Internetowi jest właściwie nieograniczony. Tak samo jest w kwestii wyboru sportu, który chce się uprawiać, ubrań, książek, muzyki. To klęska urodzaju. Mając tyle opcji tym bardziej potrzebujemy kogoś, kto pomoże wybrać. Świat był prostszy kiedyś i dlatego łatwiej było być autorytetem.

A może jednak autorytety nie są nam już potrzebne i zamiast próbować sprostać czyjejś wizji świata, lepiej samodzielnie szukać recepty na własne szczęście? Może to będzie właśnie wyznacznik nadchodzących pokoleń.
Nie do końca się z tym zgadzam. Jakiś czas temu miałem wykład dla szkoły średniej, na rozpoczęcie roku szkolnego, gdzie starałem się być taki fajny, młodzieżowy i opowiedzieć o autorytecie w nowoczesny sposób. Mniej więcej przez tę próbę fajności mi to nie wyszło. Założyłem, że młodzi ludzie siedzący przede mną są buntownikami, bo tak zawsze było, że młodość oznacza bunt i kwestionowanie autorytetów. Opowiedziałem im więc historię o tym, że najlepszym sposobem, by zakwestionować autorytet jest zostanie samemu autorytetem, wzorcem. Zakończyłem prelekcję z zadowoleniem, a na drugi dzień student jednego z warszawskich uniwersytetów napisał tekst do „Gazety Wyborczej” mówiąc, że to, co ja mówię jest bez sensu, bo młodzi ludzie nie chcą obalać autorytetów i nie potrzebują autorytetów rozumianych jako jednostki. Przesuwają się z mentalnego Zachodu na mentalny Wschód w rozumieniu filozoficznym: już nie pojedynczy człowiek, jednostka jest najważniejsza ,tylko grupa, która siłą swojej wspólnotowości może pewne ważne kwestie rozstrzygać. Miałem później okazję porozmawiać osobiście z tym studentem, bardzo mądrym człowiekiem, i zrozumiałem, że kiedy młodzi ludzie szukają odpowiedzi, nie radzą się jednej osoby, autorytetu, ale rozpuszczają wici po znajomych, szukają rozmaitych opinii, prowadzą wspólnotowe konsultowanie się. Posługując się przykładem znanego telewizyjnego show „Milionerzy”, zdecydowanie częściej decydują się nie na telefon do przyjaciela, lecz na pytanie do publiczności.

W jednym z artykułów napisanych dla nas prof. Tadeusz Sławek stwierdził, że chcemy obecnie (w czasie pandemicznym) powrotu do normalności, ale nie zadajemy sobie podstawowego pytania czym w ogóle jest ta normalność? Czym wg. Pana jest normalność (abstrahując od polityki)?
To jest słowo bardzo wieloznaczne i myślę, że nie jesteśmy w stanie teraz go rozumieć inaczej niż poprzez nawiązanie do nienormalności, którą wprowadziła pandemia. To czas zagrożenia podstawowych wartości takich jak nasze życie i zdrowie, co zmusza nas do wielu zachowań, których byśmy normalnie nie przejawiali. Normalnością jest wolność, brak ograniczeń. Ale takie poczucie zamknięcia i zagrożenia jest od wieków znaną ludzkości bardzo dobrą metodą na to, żeby docenić smak wolności, kiedy się później do niej wróci. Chcę na nowo być wolnym, i już się cieszę na tę wolność, ponieważ na pewno będę ją dużo bardziej doceniał po tym zamknięciu, do którego zmusiła nas pandemia.

Jaka jest pana polska marzeń?
To jest bardzo trudne pytanie. To na pewno Polska, w której nie muszę się bać – agresji innego człowieka wywołanej tym, że inaczej myślę, ale też tego, że znowu coś mnie zaskoczy i zaburzy moją codzienność. Chciałbym codziennie budzić się w Polsce, w której ludzie mają szacunek dla rozumu. I znowu paradoksalnie pandemia może nam to ułatwić, bo w tej sytuacji, w której jesteśmy, wszyscy zaczynamy rozumieć, że to nie piosenkarze, piłkarze  czy politycy nas uratują, lecz lekarze, naukowcy. Tym samym paradoksalnie zagrożenie powoduje, że znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy myślenie wyłącznie o emocjach już nie wystarczy, bo wiemy, że teraz ratunek znowu jest w rozumie. Na Polskę moich marzeń składa się szacunek dla rozumu i dla różnorodności. Możemy się za sobą nie zgadzać w wielu kwestiach, ale jednocześnie nie traktować tego jako wady, ale jako istotną wartość: różnorodność umożliwia nasz rozwój (w sensie ewolucyjnym i kulturowym) i poszerza pole do dyskusji nad problemami, które jako gatunek napotykamy w świecie. Polska bez nienawiści, bez niepokoju, Polska, w której rozum jest szanowany i Polska, w której odmienność nie jest powodem do nienawiści a do zaciekawienia. O tym marzę.