Czy jest recepta na dobre architektonicznie miasto? Jacek Wielebski w rozmowie z Ewą Trzcionką

POLSKI PEJZAŻ MIEJSKI. ROZMOWA Z JACKIEM WIELEBSKIM

ROZMAWIA EWA TRZCIONKA

GDYNIA 15.9.2019

LUDZIE MIEJSCA

Walczyliśmy już o wolność, potem o dostatnie życie, a teraz czas na walkę o potrzeby wyższe – mówi Jacek Wielebski, trójmiejski aktywista i działacz, który wraz z pozostałymi członkami stowarzyszenia Traffic Design edukuje i realnie poprawia jakość przestrzeni publicznej. Rok temu za tę działalność zgarnął zarówno nagrodę główną Design Alive Awards, jak i wyróżnienie czytelników w kategorii Animator
Jacek Wielebski wygląda na zbuntowanego młodzieńca, który jeszcze szuka swojej drogi – bluza z kapturem, założona nonszalancko czapka z daszkiem. Nic bardziej mylnego, bo kiedy zaczynamy śledzić jego działania, robi się bardzo poważnie, stanowczo i skutecznie. Wraz ze stowarzyszeniem Traffic Design Wielebski przez ostatnie lata wyraźnie wpływa na zmiany w przestrzeni publicznej – głównie Gdyni, gdzie na co dzień mieszka, ale też innych miast. Jak sam o sobie mówi, nie sprawdza się w krzewieniu teorii, a raczej w działaniach, które podnoszą jakość miejskiego pejzażu i jakość życia mieszkańców i ich świadomość w zakresie dobra wspólnego, jakim jest krajobraz miejski. Z zaciekawieniem śledziliśmy kolejne festiwale i biennale organizowane przez Traffic Design, kiedy w Gdyni zaczęły pojawiać się dobrze wkomponowane w miasto murale, potem estetyczne kute szyldy zastąpiły te byle jakie nad wejściami do pracowni gdyńskich rzemieślników, później pojawiły się tzw. numery policyjne i uchwyty na flagi. Najbardziej jednak zachwyciła nas odnowiona elewacja bloku przy ul. Lelewela, który dzięki staraniom stowarzyszenia zyskał nową, piękną fasadę – zamiast pastelowych kolorów na budynku pojawiła się neutralna złamana biel oraz rytmiczny układ ciemnych pasów przywołujący dawny architektoniczny układ budynku z wielkiej płyty

Jacek_Wielebski_designalive_DesignAlive - 13

Jesteś grafikiem, ilustratorem, ale nie tylko. Stworzyłeś dla siebie dodatkową funkcję – pilnujesz ładu w przestrzeni publicznej? Dlaczego to robisz?

Nie do końca chodzi o ład. Ja porządek lubię, ale też się go boję. Jarają mnie minimalistyczne rozwiązania i często po nie sięgam. Ale nie do końca chodzi o to, żeby wprowadzać ład na wzór Szwajcarii czy Niemiec. W polskim rozpierdolu i wizualnym syfie jest jednak coś pięknego. Polski pejzaż umie zaskakiwać i pozytywnie, i negatywnie. Fajnie jest być zaskakiwanym. Przestrzeń, która jest zbyt uporządkowana, staje się nudna. Może zachwycać pięknem, harmonią, ale to może się znudzić. Gdybym miał taką moc sprawczą kreowania charakteru miasta, to nie dążyłbym do modelu totalitarnego. Podam przykład: walczymy z pastelozą, proponujemy inne rozwiązania zamiast niej, natomiast jest na Grabówku budynek, przedwojenna kamienica – prosty, duży budynek, który w latach 90. został pomalowany w bardzo intensywne kolory ułożone w skosy, trójkąty i inne podziały antyarchitektoniczne, do tego ta feeria barw: błękity, fiolety, pomarańcze. Zastawiałem się, co z tym budynkiem zrobić, bo widać, że czeka na odnowienie. Pomyślałem, że może nie warto odnawiać go minimalistycznie: na biało. Dziś przecież budynek nosi już kolejną warstwę i może powinienem zlecić projekt elewacji tego budynku jakiemuś malarzowi pokroju Tarasewicza, który byłby w stanie wydobyć z tych rytmów jakiś porządek, ale zastosować również pełen przekrój kolorów. Bo tamta kolorowa warstwa też jest już historyczna. Poza tym jest w nas pragnienie koloru.

Czy doszedłeś do tego, jakie były pobudki tej naszej nadekspresji lat 90.?

W moim odczuciu przyczyną było zmęczenie źle interpretowaną szarzyzną PRL-u. Nie chodziło tu o szarzyznę dosłowną, ale metaforyczną. Jednak w efekcie przełożyło się to na kolory sensu stricto. Ludzie mieli dość pejzażu smutnego i narzuconego, na który składały się źle ułożone chodniki, kiepskie autobusy i żule na przystankach, do tego kiepskiej jakości materiały i… życie. Więc po ’89 roku zachciało nam się zerwać z monotonią i chcieliśmy odróżnić nasz blok od pozostałych: jedni pomalowali tak, drudzy inaczej; jedni zrobili boniowanie, a tamci dali daszek kopertowy.

Czyli to efekt szalonej wolności i poczucia własności, której nam było brak przez długi czas?

To nie było poczucie. To była rzeczywista wolność i własność. Wtedy Dziki Zachód nałożył się na estetykę wielkiej płyty i to stworzyło efekt piorunujący. Do tego przywieźliśmy sobie z Niemiec sajdingi i suche tynki w kornik.

Jacek_Wielebski_designalive_DesignAlive - 7

Jaki jest dziś polski pejzaż miejski?

W Polsce pejzaż jest zróżnicowany. Rozwiązując problemy, staram się szukać przyczyny i robię to lokalnie. Inspiracja również nadchodzi lokalnie, bo nie interesuje mnie na przykład niemiecki porządek. Oczywiście imponuje mi dbałość innych krajów o zabytki i świadomość pejzażu. Natomiast obserwuję, że od momentu, kiedy działamy, to w Polsce ta świadomość niezwykle wzrosła. Podnosimy poprzeczkę wizualną miast. Ale skoro kiedyś, jako społeczeństwo, mieliśmy kaprys pomalować sobie kraj na kolorowo, to znaczy, że mieliśmy taką potrzebę, i to chciałbym zrozumieć. Nie chcę niczego narzucać. Przykładowo blok na ul. Lelewela pomalowaliśmy za pełną zgodą jego mieszkańców. I wiem, że osoby żyjące w sąsiednich, takich samych blokach, zachcieli mieć tak samo.

I jak się z tym czujesz? Sukces?

Cieszę się, bo to przeczy tezie Springera [Filip Springer – autor książek, między innymi o architekturze w czasach postmodernizmu – przyp. aut.] i powszechnej opinii branżystów, że Polacy są ciemnym ludem, któremu najlepiej coś narzucić. I jakkolwiek uważam, że mamy fatalne estetyczne kształcenie, to nie oznacza to, że inaczej nie da się do ludzi dotrzeć i dać dobry przykład.

Masz świadomość, że przez takie działania, poprzez dobry przykład, kształcisz społeczeństwo?

Zdecydowanie. Obraliśmy taką drogę. Osobiście nie odnajduję się w roli osoby prowadzącej warsztaty, tłumaczącej bezpośrednio. Wolę zrobić coś, co tłumaczy ludziom pewne rzeczy bez mojego udziału.

Wspomniałeś, jak ewolucja świadomości przebiega w głowach statystycznych Polaków, a jak działo się to w Twojej głowie? Jak ewoluują działania w stowarzyszeniu Traffic Design?

Przechodzimy ewolucję bardzo zbliżoną do tej, jaka stała się udziałem naszych obserwatorów i społeczeństwa. Jednak przez sam fakt bycia skupionym na tym temacie pewnie przechodzimy ją szybciej i bardziej kompletnie. Ale droga jest podobna. Oczywiście, naszą ambicją jest wyznaczanie trendów, a nie podążanie za nimi. Osiem lat temu byliśmy zajarani możliwością realizowania sztuki w mieście, w wielkim formacie. Wtedy panował u nas jeszcze chaos organizacyjny, nie mieliśmy ani wiedzy, ani doświadczenia. Nasz progres bazuje na kontestowaniu własnych działań i własnych realizacji. To czasem trudne do przełknięcia prawdy, że niektóre realizacje bardziej zaszkodziły, niż pomogły. Mamy stałą potrzebę otwartej dyskusji o tym, co zrobiliśmy źle, a co dobrze. Przykładem takiej dyskusji jest mural ABCDEF niemieckiego malarza. Według mnie to dzieło bardzo dobre, pozytywnie przyjęte przez gdyńskiego konserwatora, jednak bardzo źle odbierane przez społeczeństwo.

Dlaczego?

Jest abstrakcyjny, w nurcie ignoranckim, nie jest wycyzelowany, tylko drapieżny i aestetyczny. Paradoksalnie świetnie „siedzi” na modernistycznym budynku przy ul. Abrahama. Jest tam neutralny.

A jaki z tego wniosek?

Że jeśli jestem przekonany do pewnych prac, to jestem w stanie ich bronić pomimo krytyki. Niektórych prac jednak nie chcę bronić, bo musiałbym kłamać przed samym sobą.

Czy dzieło nie powinno bronić się samo?

Są rzeczy demokratycznie uznane za wielkie i genialne, ale są takie, które są dobre, ale trzeba ich bronić, bo dopiero z czasem znajdzie się dla nich uzasadnienie. Ale są i takie, których bronić się nie powinno. Dlatego niektóre takie prace zamalowaliśmy, wyciągając wnioski i analizując, dlaczego taki mural źle „siedział”.

Jacek_Wielebski_designalive_DesignAlive - 3

Zaczęliście od mocnych artystycznych ingerencji w przestrzeń publiczną, która należy do społeczeństwa. Z czego to wynikało?

Wywodzimy się ze środowiska graffiti. Wtedy pasjonowałem się estetyką zabazgranych gęsto ścian. Zaczynaliśmy w dzielnicy zapomnianej przez Pana Boga, zwanej, teraz już oficjalnie, Fyrtel. Kiedyś nie widziałem różnicy między zamalowaniem ściany spójnym muralem a anarchistycznym „narzutem” na budynek. Dzisiaj jest inaczej. Bo kiedy za publiczne pieniądze, całkowicie legalnie realizujemy taki mural, to estetyczna poprzeczka musi zawisnąć nie tyle wyżej, co zupełnie gdzieś indziej. Z czasem zaczęliśmy szukać całkiem innych wartości w architekturze i w pejzażu. Doszliśmy do wniosku, że to nie może być anarchia. Nie możemy jechać na rympał.

Teraz wkraczacie w bardziej uporządkowane dzielnice. Jakie wtedy są priorytety?

Zrezygnowaliśmy już z jako takiego muralizmu. Dostrzegliśmy dużo więcej ciekawych form, które mogą budować i dokładać się do miejskiego pejzażu. Miasto to zbiór elementów przetworzonych. Tu, w Gdyni, poza elementami nabrzeża, gdzie są klify i park krajobrazowy, mało mamy elementów pierwotnych, naturalnych. W mieście nawet natura jest zaprojektowana: trawniki, krzaki, szpalery drzew, parki. W Gdyni czuć to wyjątkowo, bo jest tu nawet ingerencja geologiczna – linia brzegowa została rozrzeźbiona podczas budowy portu i nabrzeża. Więc w meta spojrzeniu na urbanistyczną strukturę miasta, w Gdyni widać dużą ingerencję człowieka. Ale mamy tu też skalę mikro, drobne elementy: kratki ściekowe, kafle na budynkach, chodnikowe płyty – to wszystko składa się na wrażenie wywierane przez miasto. Zaczęliśmy więc działać w obszarze takich elementów, które tworzą to odczucie, ale są wyjątkowo nieestetyczne i byle jakie lub wcale ich nie ma. Chodzi o to, że wszystko można zaprojektować dobrze albo źle. Nawet rura spustowa musi zostać zaprojektowana w sensie technicznym, ale niech będzie też zaprojektowana pod kątem estetycznym. Dlatego zwracamy dziś uwagę na te elementy, które w czasie modernizmu były obdarzone uwagą. Próbujemy poprawiać takie rzeczy jak: uchwyty na flagi, numery policyjne, szyldy, klamki, kraty, markizy. Czasem są one przecież jedyną dekoracją budynków, które od czasu modernizmu są pozbawione ornamentów.

Pomysły są świetne, ale jak je wdrożyć w dzisiejszych czasach? Przecież to przestrzenie w większości komercyjne, prywatne, deweloperskie.

Działamy w przestrzeni niekomercyjnej. Nie opieramy się na rynkowych sytuacjach. Gdyby tak było, to…

…mielibyście mnóstwo pieniędzy…

Mielibyśmy dużo kasy i robilibyśmy rzeczy, którymi się nie chwalimy (śmiech). Ale jest inaczej i staramy się wytworzyć pewną potrzebę, na którą przychodzi powoli czas. Znamy hierarchię potrzeb: najpierw człowiek musi być bezpieczny, potem najedzony, potem jest jeszcze kilka innych poziomów, a dopiero potem jest czas na zaspokajanie potrzeb związanych z kulturą. Kultura nie jest ludzkim atawizmem. Polska wiele zawdzięcza kulturze – na przykład jej spójność społeczna wynika z języka, folkloru, muzyki ludowej, literatury i innych elementów konsolidujących ludzi. Natomiast kiedy mamy do wyboru: mieć piękne albo ciepłe mieszkanie, to wybierzemy to drugie, bo jeszcze nie stać nas na piękne mieszkanie, które wymaga docieplenia i nadmiernego ogrzewania. Powoli możemy uznać, że w Polsce żyje się bezpiecznie i dostatnio i zaczynamy potrzebować piękna. Możemy teraz zacząć o nie walczyć. Walczyliśmy już o wolność, potem o dostatnie życie, a teraz czas na walkę o potrzeby wyższe.

Wiele pieniędzy, w tym unijnych, jest wydawanych na budowanie nowego i renowację starego. Zdarza się nadal, że na aspekty estetyczne, czytaj: projekt, wydaje się niewspółmiernie mało środków…

Paradoksalnie nasze interwencje nie zwiększają zwykle kosztów wykonawstwa. Przykładowo: pomalowanie elewacji, docieplenie, wymiana daszków i rynien w średniej wielkości bloku to pół bańki. A koszt projektanta to przy tym jakiś ułamek! Wystarczy założyć w projekcie takiego przedsięwzięcia, że prócz architektonicznego planu trzeba również zaprojektować: kolorystykę fasady, wzór, typografię z napisem ulicy, numeru czy spółdzielni. Niech to będzie rasowe, dobrze złożone, czytelne, odpowiadające proporcjom budynku i spójne w obszarze danego osiedla. I taki projekt grafik może zrobić za półtora–dwa tysiące. Górnej granicy, wiadomo, nie ma.

Ale mówiąc uczciwie, jaka kwota powinna być zadowalająca dla dobrego grafika?

Niech nawet będzie to pięć tysięcy, bo przecież trzeba się przejść kilka razy na wizję lokalną, zobaczyć blok z różnych perspektyw, o różnych porach dnia, spotkać się z mieszkańcami. To daje zaledwie jeden procent wartości całej inwestycji. A efekt oddziałuje nie tylko na mieszkańców, ale na wielu beneficjentów pejzażu.

Jacek_Wielebski_designalive_DesignAlive - 15

Co jeszcze szczególnie Cię mierzi w przestrzeni publicznej prócz pastelozy?

Na akademii, podczas mojego kształcenia na kierunku graficznym, ani razu nie padło słowo „szyld”. Były zadania, by zrobić logo, wizytówkę, papier firmowy, ale nie dowiedziałem się niczego o szyldzie! A on przecież kształtuje naszą miejską rzeczywistość. Powstały w pewnym momencie gotowce kasetonów, z których my, graficy, mogliśmy korzystać. Teraz mamy świetne znaki graficzne, mamy się czym chwalić, polscy projektanci pracują dla polskich i zagranicznych klientów. Ale patrząc na miasto, jest kiepsko. Jest na razie trochę fajnych szyldów w gastronomii, autorskich butikach, galeriach. Powróciła moda na neony – coś drgnęło, ale nadal jest to nikły procencik. Mamy świetną typografię, grafikę i kiepskie szyldy. I wracamy właściwie do Twojego pytania o to, dlaczego to robię. Bo tu jest mnóstwo miejsca dla kompetencji projektanta i grafika. Bo są technolodzy, którzy mają sporą wiedzę o tym, jak to zrobić: dobrze, trwale i tanio, a brakuje projektanta, którego obecność niekoniecznie zwiększy koszty produkcji, lecz nada smaku, wyrafinowania, a nawet konkurencyjności.

Przed spotkaniem ukułam sobie takie stwierdzenie, że prócz tego, że jesteś projektantem graficznym, jesteś też działaczem – i to mi się potwierdza. Masz tego świadomość?

Tak, jestem aktywistą, działaczem i nie ma w tym nic wstydliwego (śmiech).

Czy kolejnym krokiem nie powinien być start w wyborach, żeby łatwiej było wdrażać pomysły?

Nie. Polityka zabija aktywizm. Nie mam w sobie niechęci do polityków, bo znam kilku, a wśród nich jest też paru szczerych i spoko. Jednak jest to specyficzna działka. Wymaga poszukiwania kompromisów. To często walka i przepychanka. Trochę jak sport i, o ile gra się czysto i trzyma się etyki i etykiety wyniesionej z domu lub nabytej, to nie ma w tym nic złego. Ale żeby realizować swoje postulaty, łatwiej jest mi to robić z obecnej pozycji. Bo wiem, że życie urzędnika nie jest łatwe. Polityk to jest zawód. A dobry polityk wie, że nie jest alfą i omegą, więc szuka doradców i umiejętnie korzysta z eksperckiego zaplecza. Lepiej widzę siebie w takiej właśnie roli. Nie mam ochoty bawić się w przepychanie uchwał, bo wytraciłbym moją energię.

W Gdyni jesteś angażowany jako ekspert?

Czuję się angażowany i ten nasz udział jako stowarzyszenia rośnie wraz ze wzrostem naszych kompetencji i świadomości. Jednak nie działamy tylko w Gdyni. Również w Gdańsku, Warszawie. Nie zawsze systemowo, ale zawsze służę radą w zakresie swoich umiejętności. Często na przykład konsultuję i wystawiam rekomendacje do uchwał krajobrazowych.

Kto zgłasza się do Was z prośbą o takie konsultacje? Robicie to odpłatnie?

Urzędnicy, twórcy uchwał. Robimy to nieodpłatnie w ramach działalności statutowej. To nasz cel i w tym mamy interes, by dążyć do poprawy jakości przestrzeni publicznej. Jeśli taka uchwała nie zostanie po drodze zbombardowana czy podcięta, a po wprowadzeniu będzie egzekwowana, to będzie to w przyszłości wpływać pozytywnie na estetykę. Ale to już dalej jest polityka i nie mam na to wpływu.

Ale czy to nie jest frustrujące, że dopóki nie wytworzymy kultury politycznej, to trudno nam będzie wprowadzać zmiany?

Nie wiem, czy nasza ewolucja społeczna jest równomierna, czy dotyczy również polityki; mam wątpliwości, ale jednak jestem optymistą. Czuję, że na to, co robimy, jest coraz więcej miejsca, bo to się pokrywa z potrzebami przynajmniej części społeczeństwa. Nie jesteśmy tylko po to, by robić dobrze sobie i garstce naszych akolitów.

Jako członek stowarzyszenia nauczyłeś się szukania rozwiązań, dyskusji i kompromisów. Czy zostawiłeś sobie rysowanie jako bastion Twoich radykalnych poglądów?

W tej działce jestem absolutnie bezkompromisowy. To działalność stricte artystyczna i oddzielam ją od reszty. Jestem projektantem, kuratorem i działaczem – to jest Jacek Wielebski, a moje drugie „ja” realizujące się pod pseudonimem to street artowiec, artysta i ilustrator. Poruszam tematy trudne i podejrzewam, że mógłbym czasami kogoś urazić. Dlatego nie wypowiadam się publicznie jako artysta. Stoję za swoimi obrazkami, które można zobaczyć na mieście albo w internetach. Natomiast nie łączę tych dwóch moich spraw, bo jedna mogłaby szkodzić drugiej.

Jacek_Wielebski_designalive_DesignAlive - 16

Jakie tematy poruszasz pod pseudonimem?

Jestem sekularystą: uważam, że światy prawa i polityki oraz metafizyki i religii, niezależnie jakiej, powinny funkcjonować oddzielnie. I to z dobrym skutkiem dla obu stron. W moich pracach dotykam też spraw swobód obywatelskich. Mam w głowie ideał państwa, gdzie każdy może żyć według swojej etyki, każdy jest wolny do momentu, kiedy nie dotyka wolności i praw drugiej osoby. Na przykład: jeśli chcę palić marihuanę, robię to, i chciałbym mieć możliwość pozyskania jej z legalnego, sprawdzonego źródła. Jeśli sprawa dotyczy niechcianej ciąży, to robię to, na co moje sumienie mi pozwala, i chciałbym mieć dostęp do legalnego i bezpiecznego rozwiązania. Więc czasami, jako artysta, posuwam się daleko. Często też środki, jakich używam do wypowiedzenia moich tez, są wulgarne, poniżej pasa i mogą obrażać. Jako artysta daję sobie dowolność, żeby poczuciem smaku w artystycznej sferze dysponować dowolnie – przesada czasem jest jednym ze środków wyrazu. Ale czasami też pozbywam się tego napięcia i robię rzeczy „o niczym”. Są wtedy czystą estetyką.

Ile osób zna to Twoje drugie „ja”?

Niewielu. Ty wiesz, ale wolę, by tego nie rozpowszechniać, bo to może zaszkodzić działalności stowarzyszeniowej, a ona nie jest tylko moja. A chcę, byśmy dalej byli skuteczni w tym, co robimy. I wiem, że moja działalność artystyczna jest w dużym stopniu sposobem na odreagowanie pewnych sytuacji, które mnie mierzwią i bolą.

Co Cię mierzwi?

Prezydent, który podskakuje na kościelnych uroczystościach, i cały rząd śpiewający Abba, Ojcze. To jest komiczne, a jednocześnie smutne i szkodliwe.

Czy Twoja stanowczość, jako cecha charakteru, pomaga Ci w statutowej działalności stowarzyszenia?

Zawsze łatwiej się robi rzeczy, do których jest się przekonanym. Współczuję tym, którzy mają inaczej, i mam nadzieję, że pokolenie Y jest już w stanie protestować przeciwko sprawom, z którymi się nie zgadza. Jestem jeszcze z pokolenia X, ale już czuję się jak Y. Takim jednym z pierwszych.

A jak radzisz sobie z porażką?

Jakoś żyję. Nie jestem zafiksowanym fanatykiem. Z porażek trzeba się podnosić i uczyć. Rzadko kiedy porażki są totalne. Czasem coś nie udaje się teraz, ale to nie znaczy, że nie uda się później. Czym w ogóle jest porażka w moim zawodzie? Jak się staram, staram i staram, a nie sprzedam projektu? Albo jak rozstaję się z klientem w złej relacji, albo jeżeli go zawiodłem? To chyba zdarza się każdemu projektantowi. To jest porażka? Wiesz, raczej nie przywiązuję do tego dużej wagi.

A taka sytuacja, że jesteś święcie przekonany co do projektu, a okazuje się, że to wtopa, i nie została przyjęta tak, jak się spodziewałeś. Tak jak na przykład ten mural na Abrahama, który źle zadziałał w przestrzeni publicznej.

Ale ja tego nie kwalifikuję w kategorii porażki. On źle zafunkcjonował w przestrzeni społecznej, a nie publicznej. Bo istnieje jeszcze taki mechanizm: są w mieście rzeczy, którymi będzie się jarał procent społeczeństwa, a reszta się do niego z czasem przyzwyczai. Każda rzecz w końcu się przegryzie. Tak jest z wieloma dobrymi albo nawet wybitnymi realizacjami.

Tak jak było z wieżą Eiffla?

Właśnie tak. Te kontrowersyjne projekty stają się ikonami. A są takie, które podobają się wszystkim, i z czasem wtapiają się w przestrzeń tak bardzo, że przestajemy je postrzegać jako wartościowe. Tak jak na przykład neony z lat PRL-u. Były piękne i powszechne, i z czasem zaczęły niszczeć jako jedne z wielu. Wiele usunięto bezpowrotnie. Czasem chciałbym odtworzyć coś, co zniknęło. Może kiedyś uda się mi odtworzyć płaskorzeźbę w portalu na poczcie w Gdyni albo zegar, który został stamtąd zdjęty niewiadomo dlaczego.

Czyli masz pomysły na dalsze działanie, a zapał jest?

Chyba tak. Ale to jest męczące – tak jak każde działanie, które zmierza do wyważenia drzwi. Nasza praca jest mocowaniem się ze światem, tłumaczeniem, że coś jest fajne, ważne i potrzebne. A często dzieje się to nie tyle przy oporze, ale przy obojętności.

Czy to jest syzyfowa praca?

Nie, to raczej praca u podstaw, która mimo zmęczenia daje satysfakcję, jeśli faktycznie uda się coś dobrego zrobić. Jak zbierzemy dobre recenzje, to nie jestem obojętny na pochwały i nagrody, bo to utwierdza mnie po prostu w zasadności działania. Jak jesteśmy zrypani po realizacji jakiegoś wielkiego projektu, to dzięki temu szybko rzucamy się do kolejnego.

Jakie masz najbliższe plany?

Zawsze mam w głowie kilka projektów: chciałbym zacząć działać w mniejszych miejscowościach: Kościerzynie, Bytowie, Kartuzach. Widzę tam duży potencjał i dużo miejsca do naszej aktywności. Jeszcze nie wiem, czy oni tam tego potrzebują, ale tak jak w wielu branżach, tak i w tej, trzeba zacząć od uświadamiania potrzeb. Dopóki nie wiemy, że można lepiej, to tego nie potrzebujemy.

Co chcesz zaproponować ludziom? Piękno w przestrzeni publicznej?

Ja chcę je przywrócić, bo ono istnieje i ludzie to czują. Bo przecież z jakichś powodów ludzie chętniej pojawiają się w Gdańsku na Starym Mieście, niż w dzielnicach w stylu Żabianki. Turyści przyjeżdżają podziwiać ten detal, te piękne zdobienia. Czyli ludzie mają potrzebę zachwytu i otaczania się pięknem. Uważam, że nasza robota może podnosić standardy i za ileś lat ludzie będą zwiedzali również inne części miasta. I nie chodzi o to, że będą oglądali nasze realizacje, choć to zawsze schlebia, ale o to, by nauczyć ludzi, że jest sens w zrobieniu na przykład bramy do oficyny – tak że będzie ona mówić: „Tu jest pięknie, zrób sobie ze mną zdjęcie! Przyjedź do Tuchomia, do Gdyni czy gdzieś indziej, bo tu jest ładnie!”. Ludzie wolą zjeść obiad przy ładnej ulicy albo nad pięknym jeziorem, niż w okolicy z widokiem na nic albo na syf. Ludzie lubią piękno, lubią ładne widoki.

Jesteś misjonarzem piękna?

(śmiech) Ostatnio słyszałem w kontekście wymiany szyldów w Gdyni, że jestem policjantem, potem, że papieżem, a teraz jeszcze misjonarzem (śmiech)… Kolekcjonuję te wszystkie obelgi.

To chyba nie są jednak obelgi. I faktycznie Ci schlebiają. Pozostając w retoryce, zapytam: Jeździsz z misją tam, gdzie zaistnieje potrzeba, krzewisz prawdę o pięknie na zamiejscowych placówkach?

To nie tak. Mi się nie chce jeździć i robić tych rzeczy w Krakowie. Z chęcią to zrobię, jak mi ktoś za to zapłaci. Działam w Gdyni, bo tu żyję. Mówię o Kartuzach, Tuchomiu, Bytowie, bo to są miejsca, w których się regularnie pojawiam. To jest moje najbliższe otoczenie, to miejsca, które znam. Mam poczucie, że mogę i chcę zmieniać swój świat i to jest fajne.

Czujesz, że masz kompetencje tylko do tych miejsc?

Wydaje mi się, że posiadłem doświadczenie i kompetencje do przestrzeni publicznych ogólnie. Oczywiście nadal się uczę. Ale nie czuję potrzeby, by jechać na przykład do Poznania i tam działać. Nie inspiruję się tym miejscem na co dzień, choć jak tam jestem, to podziwiam i kontestuję. Tylko potem wracam i działam u siebie. To, że robimy coś w Warszawie, nie jest wynikiem mojej chęci, tylko chęci kogoś, komu nasza robota w Gdyni się spodobała i nas stąd ściągnął. Fajnie jest zrobić coś w innym otoczeniu, innym pejzażu. To odświeża i poszerza horyzonty i daje satysfakcję, że nie jesteśmy już tylko tacy lokalni, tylko bardziej… ogólnopolscy?

Masz jeszcze wątpliwości, że jesteście ogólnopolscy? Przecież jako jedyny w historii naszych nagród dostałeś dwie statuetki w jednym roku [nagroda główna i wyróżnienie w kategorii Animator Design Alive Awards 2017 – przyp. aut.]. To chyba o czymś świadczy!

Miło mi… Ta nagroda publiczności to pewnie dlatego, że działamy w przestrzeni publicznej i mamy dużo „lajków”. Jest dużo więcej „hajpu” w zrobieniu czegoś w przestrzeni publicznej, bo to jest demokratyczne. To odpowiadanie na potrzeby większej liczby ludzi, niż zrobienie pięknego wnętrza BMW. I mimo że z designerskiego punktu widzenia w BMW może działać dużo bardziej kompetentny i kreatywny projektant, to jednak liczba osób, która dozna wnętrza luksusowego samochodu, jest mniejsza niż tych, którzy zachwycą się odnowionym elementem miasta. Bo miasto jest dla wszystkich, wszyscy mogą się nim cieszyć, a wnętrze BMW jest przestrzenią prywatną. Poza tym docenienie naszych działań nie wymaga kompetencji czy jakichś wyjątkowych umiejętności poznawczych, tak jak docenienie lampy za 12 tysięcy złotych. To nam pewnie daje przewagę. Czasem sam patrzę z niedowierzaniem, co udało się zrobić. Nieraz kosmetyczna zmiana stwarza zupełnie nowy obiekt i zupełnie inny jest jego odbiór. Aby to docenić, nie trzeba być super wyrafinowanym znawcą. Na szczęście coraz więcej ludzi widzi ten śmietnik w przestrzeni publicznej: że banery sięgają trzeciego piętra, że kute balustrady są pozasłaniane banerami. Nie trzeba być wykształconym estetą, żeby stwierdzić, że to jest badziew. Wystarczy być uważnym i refleksyjnym. A jeszcze lepiej się to widzi, gdy dochodzi efekt zestawienia ‚przed” i „po”.

Czy masz swoje milowe momenty, kiedy udaje Ci się podsumować to, co do tej pory zrobiłeś?

Wydajemy w tym roku album i myślę, że to będzie taki moment. Więc przymierzamy się do podsumowania, choć ja tego nie lubię. Podsumowania zamykają pewien etap, a tego się boję, że coś się zakończy albo że będzie przynajmniej takie wrażenie. Tak było, gdy wydaliśmy książkę Polski street art i ona jakby zaksięgowała, że street art już się wydarzył. Tę nową publikację chcemy jednak zrobić, bo jej potrzebujemy. Chcemy, by była świadectwem tego, co już udało nam się dokonać.

Jesteś dumny?

Jestem! Gdybym nie był, to już dawno bym z tego zrezygnował. Jestem dumny, gdy ludzie przyjeżdżają do Gdyni i mówią, że widać naszą robotę. Mi już ciężko to oceniać i dostrzegać. Przecież zrobiliśmy w mieście może ze dwieście obiektów, a to jest tylko ułamek i zastanawia mnie, czy mimo tego widać efekt, czy odbiór miasta jest lepszy. Wiem, że żyjemy w bańce świadomych ludzi i ja w większości rozmawiam z osobami, które zwracają więcej uwagi na takie rzeczy, ale z tymi spoza bańki również rozmawiam i oni mają podobne odczucia.

Tak jak mieszkańcy wspomnianych bloków na Lelewela, których fasady przeprojektowaliście?

To był szał! To trafiło na ogromną potrzebę społeczną, z której nawet nie zdawałem sobie sprawy.

Jest jakiś ciąg dalszy tej historii?

Jest. Zrobiliśmy już kilka kolejnych elewacji. Spółdzielnia mieszkaniowa, z którą zrobiliśmy ten pierwszy projekt, w tym momencie zleca mi projekty wszystkich remontowanych fasad.

Nie nudzi Ci się?

Ja to lubię. Już sam neutralny prosty kolor dużo daje. A do tego nie trzeba być wybitnym. Mam teraz inną ambicję. Bo zrobić coś poprawnie jest łatwo: wystarczy przemalować na jasnoszaro albo biało i będzie ok – każdy blok to zdzierży, nawet jakiś jasny beżyk czy kremik. Ale teraz chcę zrobić jakiś blok, w którym użyję koloru. Który pójdzie w stronę barwną, a jednocześnie będzie zjadliwy dla osób, które chciałyby, żeby bloki były białe. To jest teraz dla mnie wyzwanie: co zrobić, żeby blok miał czerwony kolor, miał jakiś wzorek, a żeby pogodzić to z potrzebą minimalistów?

Zrobiłem projekt osiedla w Sopocie, w którym użyłem ceglaną czerwień, ale pomysł ugrzązł. Chciałbym, żeby został zrealizowany – pokazałby, jak można odmienić nie budynki, tylko pejzaż. W tym roku podczas festiwalu zrobiliśmy wystawę wraz ze studiem Arsigmatic, które specjalizuje się w komercyjnych wizualizacjach architektury. Na co dzień pokazują, jak pięknie będzie wyglądał Twój nowy dom. Wykorzystaliśmy więc ich warsztat, żeby uświadomić, jak pięknie może wyglądać zmiana niektórych budynków. Wykonali wizualizacje z pięknym niebem, ze spacerującymi ludźmi, z dziećmi z piłką, szczęśliwymi dziadkami. Żeby pokazać taką sielankę, trochę utopię wokół białego bloku. Ale ten zabieg potrzebny nam był, żeby zmultiplikować ilość wrażeń i zadziałać z tą samą mocą, z jaką działają deweloperzy. I myślimy, że to jest uczciwe, bo my też coś sprzedajemy. Sprzedajemy idee i chcemy to zareklamować po to, by przekonać ludzi, że istnieje coś lepszego niż brzoskwinkowo-jajeczkowy kolor.

Czyli komercyjne narzędzie sprzedaje kulturę.

Chcemy w ten sposób zwiększać zasięg. To jest tak jak z politykami, którzy wysyłają dwa rodzaje informacji. Jeden do swojego elektoratu, a drugi do nieprzekonanych i do tych, którzy mają w dupie wybory. Musimy działać podobnie. Wiemy, że nasze postulaty są popierane przez większość osób z branży, tę niewielką banieczkę, ale chcemy dotrzeć do tych, którzy są obojętni. Chcemy pokazać, jak mogłoby być pięknie. Popatrz tam (Jacek wskazuje na budynek). Większość widzi po prostu blok. A ja chcę pokazać, że to nie tylko blok; że tam jest fajna brama i łączniczek, że ma tektoniczną fasadę złożoną z trzech form, że balkoniki są ułożone w szachownicę, że rytmy są bezwzględne, a modernizm wyczuwalny. Że widać piękny filar, tak zwaną V-kę pod nawisem. Takich przypadków ciekawej, pięknej architektury jest w Gdyni wiele. Ale nawet gdy nie ma w sobie zupełnie nic ciekawego, to nie znaczy, że może psuć pejzaż. Różnymi zabiegami możemy obniżać jej szkodliwość. I to jest naszym celem.

Fajna robota, co?

Fajna, fajna. Widzę kilka budynków, których przemalowanie zmieniłoby pejzaż całego kwartału czy skrzyżowania. Przykład: w Gdyni powstał bardzo dobry pomysł stworzenia parku centralnego. Jest ogromna działka, gdzie jest kiepskiej jakości boisko, budy, syf, ogólnie multifunkcja, która nie działa. Powstał plan, by, na kształt Central Parku w Nowym Jorku, zrobić miejsce z zaprojektowaną zielenią, alejami, z podziemnym parkingiem. Ale w tle tego miejsca jest osiedle ośmiu albo dziesięciu 11-piętrowych wieżowców. One mają swoją fajną, tektoniczną i przekoszoną bryłę. Między blokami są alejki z ładnymi wejściami do klatek, z V-kami i eleganckimi wiatrołapami. W ogóle jest w tym budownictwie dużo dobrej myśli… a przy tym są odmalowane najgorzej na świecie! Mają tak dowalone kolory, że to jest masakra. Do tego antyarchitektoniczne podziały, które robią z tych budynków postmodernistyczne gówno! Okropnie to wygląda. No więc teraz powstaje wizualizacja tego planowanego parku, jest na niej budynek Urzędu Miasta – perły modernizmu, kolejny – Instytutu Oceanografii – nowoczesny, ale dobrze wpisujący się, z fajną fasadą. No i te ładne budynki widać, ale te kolorowe wieżowce są już tylko zamarkowane jako szare bryły. Dlaczego? Bo gdyby pokazali tę pastelozę, to odbiór całego parku nie byłby dobry. To tak samo, jakby najlepszą carbonarę ktoś jebną na talerz jak w celi więziennej – nie jadłoby się jej tak smacznie, jak wtedy, gdy byłaby podana idealnie na środku głębokiego talerza ze szczyptą parmezanu i jeszcze listkiem bazylii na górze. Kwestia podania robi robotę. Więc dlatego wycięli stamtąd te bloki, by jak najlepiej pokazać wizję parku. I nie chodzi tu o kłamstwo, bo przecież wizualizacja dotyczy parku. Tylko pominięto kwestię pejzażu. Bo gdyby było go widać, to z pewnością obniżyłby rangę tego, co zaprojektowano. A w realu niestety budynki będą, jakie są…
Więc teraz powstaje pytanie, czy miastu nie jest na rękę, by je odmalować w dobrej kolorystyce. To zrobiłoby piękny skyline. Piękny i poważny, bo architektura powinna być poważna. Niestety postmoderniści zrobili z architektury dowcip… W dowcipie architektonicznym jest sens, o ile to jest taki przecinek w całej pierzei. Jak wentyl, w którym są też pewne wartości. Ale kiedy takich dowcipów jest więcej, to robi się rechot, a to nie jest formuła na życie. Bo to nie jest już śmieszne, jak ktoś puszcza bąka przez cały film. Tak samo jest w architekturze: dominanty nie mogą być na każdym rogu, bo przestają dominować. Atraktory muszą mieć kiedy wybrzmieć.

Czy jest recepta na dobre architektonicznie miasto?
Tu chodzi o dobry balans. Żeby nie przesadzić w żadną stronę. Byłem w Mińsku, gdzie w architekturze wszystko jest niemal tak jak kiedyś – przeskalowane, wielkie i totalitarne, i nic się tam nie wyłamuje. To architektura dla mnie przytłaczająca przez swą mega konsekwencję. I moim zdaniem jest to nieludzkie, a może niepolskie? Lubię, jak w pewnych miejscach pojawia się niekonsekwencja architektoniczna, bo ona tworzy niepowtarzalne fragmenty. Nawet błędy historyczne to miejsca, gdzie tworzą się konteksty, zmuszają do szukania rozwiązań niebanalnych, nietypowych. Ale w tym wszystkim musi być balans; żeby w mieście coś mogło zaciekawić lub zszokować, musi istnieć wokół poprawna cisza. To nie jest łatwe i nie znam wszystkich odpowiedzi, ale miasto jest jak zupa. Nie możesz przesolić ani rozgotować. Trzeba dobrze dobierać proporcje… To nie jest łatwe.