Filip Springer (ur. 1982) – pisarz i fotograf. Autor wielu cykli reporterskich oraz książek. Nominowany do najważniejszych nagród literackich w Polsce. Laureat Design Alive Awards 2013. Zdjęcie: Lechosław Kwiatkowski

FILIP SPRINGER: CZAS GROMADZENIA AMUNICJI

FILIP SPRINGER

WARSZAWA 17.5.2020

COVID-19 OPINIE

Nagle zobaczyliśmy, że się da. Da się zatrzymać całą tę machinę, ściągnąć samoloty z nieba, wstrzymać produkcję, ograniczyć konsumpcję. Jak jest dobry powód, który zagraża stabilności państw (wirus), to nagle wszystko jest możliwe. Przy okazji da się też zamknąć ulice dla samochodów i zrobić z nich deptaki albo otwarte kawiarnie. To co się dzieje dziś, daje nadzieję, że w czasie katastrofy klimatycznej umowa społeczna między nami ma szanse przetrwać. Musimy tylko przestać czytać serwisy informacyjne.

Pandemię i związany z nią kryzys gospodarczy traktuję jako delikatną przygrywkę do prawdziwych problemów, które zaczną się, gdy katastrofa klimatyczna nabierze tempa.

Gdy piszę te słowa przedstawiciele rządu ogłaszają zniesienie kolejnych obostrzeń i odmrażanie gospodarki. Nie sądzę by ich decyzje były uzasadnione czymkolwiek poza argumentami politycznymi, jestem jednak pewien, że wkrótce poczujemy to, na co wiele i wielu z nas czeka od kilku dobrych tygodni. Że „najgorsze mamy za sobą”. Nie będzie miało znaczenia, że na Śląsku w tym czasie będą umierać kolejni ludzie, nie będzie też specjalnie istotne co wydarzy się jesienią, gdy prognozowana jest druga fala zachorowań.

Pozwolimy sobie na to uczucie chwilowej ulgi, bo ona nam się po prostu należy. Wycierpieliśmy.

A przecież najgorsze dopiero przed nami. Niemal każda symulacja konsekwencji zmian klimatu prowadzi nas do obrazów, przy których tym z czasów pandemii wydaje się brakować nasycenia barw i kontrastu. Nawet tutaj, w Europie, rzeczy przybiorą ponury obrót. O krajach globalnego południa, w których w międzyczasie na skutek rosnących temperatur po prostu nie da się żyć, już nawet nie wspominam. Pandemia pokazała, że ofiary z tych obszarów świata nauczyliśmy się wymazywać z obrazka, żeby nie psuć sobie poczucia własnej krzywdy. To również ważna lekcja. Od lat zastanawiam się jak nasza kultura tak chętnie odwołująca się do korzeni humanizmu poradzi sobie z faktem, że wkrótce będzie musiała przemilczeć nie tysiące, albo setki tysięcy, ale raczej dziesiątki, albo setki milionów ofiar zmian klimatu. Do tych próbujących przedrzeć się do nas przez Morze Śródziemne trzeba będzie strzelać, wywracanie ich łódek już będzie nieefektywne. Co to z nami zrobi? Obojętność świata na holocaust to był przecież przy tym, co nas czeka mały pikuś. Jak będziemy czytać i pisać wiersze w tym świecie, który nadejdzie?

W tym kontekście pandemia wydaje się całkiem przydatna. Pozwala bowiem gromadzić argumenty użyteczne także w debacie o zmianach klimatu i rozwiązaniach niezbędnych do tego, by przyszłość nas wszystkich nie była po prostu beznadziejnie zła. Nie żebym wierzył, że wyjdziemy z tej całej historii jakoś fundamentalnie mądrzejsi. Zgadzam się całkowicie z prof. Tadeuszem Sławkiem, że to lekcja, której pewnie nie odrobimy. Ale jestem też pewien, że po pandemii znajdziemy się w świecie, w którym da się chociaż rozmawiać o sprawach, które przed nią były nie do pomyślenia. Że debata przesunie się w ich stronę.

Nagle bowiem zobaczyliśmy, że się da. Da się zatrzymać całą tę machinę, ściągnąć samoloty z nieba, wstrzymać produkcję, ograniczyć konsumpcję. Jak jest dobry powód, który zagraża stabilności państw (wirus), to nagle wszystko jest możliwe. Przy okazji da się też zamknąć ulice dla samochodów i zrobić z nich deptaki albo otwarte kawiarnie, da się inwestować w zieloną infrastrukturę i rozwiązania prorowerowe. No może nie w Polsce, ale się da (u nas zaczniemy o tym myśleć za jakieś 10 lat).

Teraz rządzącym i korporacjom o wiele trudniej będzie powiedzieć, że coś jest niemożliwe. Bo przecież raz już się dało, już tam byliśmy. Owszem, bolało, ale nikt nie mówi, że teraz nie ma boleć. Musi poboleć, żebyśmy mogli przetrwać. Ludzie zaangażowani w ruchy klimatycznie doświadczają tego samego co wszyscy, a jednocześnie widzą, że dzieją się rzeczy i procesy, o których przez lata słyszeli, że są nierealne. Ci ludzie gromadzą teraz amunicję do czekających ich dyskusji.

Ale to nie koniec. Pandemia weryfikuje też nasze potrzeby. Do tej pory dużo mówiliśmy o wspólnocie i o zaufaniu do państwa. Ale rzadko kiedy mogliśmy doświadczyć realnej potrzeby wspólnoty i tej pewności, że państwo postępuje choć w minimalnym stopniu kierując się troską o swoich obywateli. Nie potrzebowaliśmy tego, ogarnialiśmy swoje życia sami. W czasie pandemii wielu z nas zrozumiało, że ta wspólnota – najbliższa, lokalna, sąsiedzka – jest nam niezbędna. Że bez niej czujemy się gorzej, mniej pewni, bardziej samotni. To samo dotyczy państwa. Gdy musi ono interweniować i zdecydowanym krokiem wkroczyć w nasze codzienne życie (a zgadzamy się chyba, że też od tego ono czasem jest) to chcemy mieć pewność, że kieruje się ono naszym dobrem, a nie partykularnym, politycznym interesem. Ten drugi egzamin Polska oblała, ale to chyba akurat nikogo nie dziwi. Natomiast wiele nauczyliśmy się w tej pierwszej kwestii – wspólnoty. Oczywiście klikalność zdobywają głównie złe newsy, wszyscy bulwersujemy się tymi bezdusznymi ludźmi, którzy niszczą mieszkającym w sąsiedztwie lekarkom i pielęgniarzom samochody, drzwi albo życie. Ale ich jest mniejszość. Polacy wydali setki milionów złotych na ratowanie przygniecionej pandemią służby zdrowia. Troszczyli się i troszczą o swoich starszych sąsiadów. Organizują się, by życie w czasie pandemii było bardziej znośne. To ważne ćwiczenia z solidarności przed czasem, w którym będziemy musieli dzielić się prądem, żywnością albo wodą. To co się dzieje dziś, daje nadzieję, że w czasie katastrofy klimatycznej umowa społeczna między nami ma szanse przetrwać. Musimy tylko przestać czytać serwisy informacyjne.