EWELINA MĄKOSA I JAN GARNCAREK: – W CZASACH ZARAZY OTWIERAJĄ SIĘ NOWE MOŻLIWOŚCI

TEKST: TWO, ZDJĘCIA: ARCHIWUM RODZINNE

WARSZAWA 28.4.2020

ARCHITEKTURA COVID-19 DESIGN LUDZIE SZTUKA

– W dalszym ciągu napływają do nas zamówienia. Jest ich mniej z USA, ale za to więcej z Europy. Prawdopodobnie, to skutek zamknięcia włoskich fabryk. Architekci otwierają się na innych producentów, projektantów i artystów. To może być dobry czas dla tych branż również w Polsce – mówi w rozmowie z DA projektant Jan Garncarek, który od kilku lat prowadzi pracownię z partnerką Eweliną Mąkosą.

Artykuł powstał w ramach cyklu „#zostańwdomu, czyli design w czasach zarazy", w którym rozmawiamy z projektantami, architektami i ludźmi związanymi z branżą designu o tym, jak pandemia koronawirusa zmieniła ich życie i postrzeganie zawodu.

Ewelina Mąkosa jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 2012 roku uzyskała dyplom magistra sztuk na warszawskiej ASP na Wydziale Architektury Wnętrz. Na co dzień zajmuje się projektowaniem wnętrz oraz malarstwem. Wykształcenie oraz doświadczenie, które zdobyła na mediolańskiej uczelni Accademia di Belle Arti di Brera oraz w barcelońskim biurze projektowym Sara Folch Interior Design pozwala jej tworzyć spójne i oryginalne wnętrza skrojone pod indywidualne gusta inwestorów.

Jan Garncarek jest absolwentem Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, kształcił się również na włoskiej Politecnico di Milano. Doświadczenie zdobywał w pracy dla Towarzystwa Projektowego, po czym otworzył własną pracownię projektowo-produkcyjną. Przedmioty, które wytwarza wyróżnia artyzm – balansują między rzeźbą a produktem, wykonywane są ręcznie i w małych seriach. W 2017 roku razem z Eweliną Mąkosą założyli własną pracownię.

Jak epidemia wpłynęła na wasze życie i pracę?
Pandemia bardzo zmieniła tryb naszego życia. Do tej pory byliśmy w ciągłym ruchu. Jeszcze niedawno robiliśmy porządki wiosenne w naszym atelier w Berlinie i szykowaliśmy się na targi kolekcjonerskie w Brukseli. Cieszymy się, że zdążyły się odbyć. Po targach planowaliśmy spędzić kilka dni w Warszawie i pojechać z powrotem do Berlina, jednak tuż po naszym przylocie do Warszawy zaczęto zamykać granice, a dalsze podróżowanie przestało być bezpieczne. Dlatego okres kwarantanny spędzamy w domu rodzinnym. Jest to bardzo wygodne miejsce do pracy i okazja na uporządkowanie prywatnego życia. Uwielbialiśmy spędzać pierwsze ciepłe dni w roku nad jeziorem Tegel, ale cóż – i tak nie możemy narzekać. Teraz większość czasu przesiadujemy w ogrodzie. Gdy nie pracujemy, Ewelina sadzi kolejne rośliny, a ja buduję piec do pizzy, do którego zabierałem się ze słabym skutkiem od dłuższego czasu. Zawodowo nie zaobserwowaliśmy większych zmian. W dalszym ciągu realizujemy projekty i dostajemy nowe zamówienia. Nasze działanie już wcześniej opierała się w dużej mierze na pracy „zdalnej”. Musieliśmy trochę popracować nad zmianą aranżacji salonu w naszym domu, tak by zmieścić stół montażowy do lamp, i wygospodarować dużą przestrzeń malarską dla Eweliny. To miłe, że możemy teraz spędzać więcej czasu razem.

Jak wygląda wasz dzień?
Każdy dzień jest inny, mamy sporo zaplanowanych zadań i pomysłów na spędzanie wolnego czasu. Rano przeważnie zaczynamy od przejażdżki rowerowej. Nasz dom położony jest na obrzeżach Warszawy i możemy swobodnie podróżować bez obawy, że będziemy narażeni na kontakt z innymi ludźmi. Podróże bywają inspirujące. Ostatnio znaleźliśmy opuszczoną przedwojenną chatę. Ewelina ciągle fotografuję ten obiekt, szykując materiał pod nową wystawę. Po rowerowym rozruchu każde z nas zajmuje się swoimi obowiązkami. W pierwszej kolejności odpowiadamy na e-maile i opracowujemy projekty przy komputerach. Ewelina kończy projekt mieszkania w New Castle, ja pracuję nad nowymi lampami. Popołudniami skupiamy się na pracach bardziej manualnych. Ona zajmuje się pracą artystyczną, ja zasiadam za stołem montażowym. Bywa też tak, że cały dzień spędzamy w ogrodzie. Pogoda umożliwia przeniesienie części warsztatu na zewnątrz. Ostatnio w ramach pomocy sąsiedzkiej, miałem przyjemność spawać osłony antybakteryjne do lokalnego sklepu i kawiarni. Sytuacja sprzyja sąsiedzkim inicjatywom. Wszyscy wokół są aktywni i wzajemnie pomocni. Pora obiadowa jest również przyjemnym etapem naszego dnia. Wyszukujemy nowe przepisy i doskonalimy się kulinarnie. Ewelina ostatnio przechodzi samą siebie (zaczynam się tego trochę bać). Niekiedy wymieniamy się z sąsiadami naszymi wypiekami. Wieczory mamy dość spokojne, to dobry czas na prace koncepcyjną. Często szkicujemy nowe pomysły i spokojnie je przegadujemy. Pracujemy do późna, ale nie rezygnujemy z dobrej książki czy filmu – no i muzyce w aktywnym tle naszej codzienności.

Czy pandemia sprawiła, że myślicie nad zmianą kierunku działania?
Początkowo obawialiśmy się, że rynek dóbr ekskluzywnych może ulec pogorszeniu a nawet zatrzymaniu. Najbardziej dotknęła nas informacja o kordonie sanitarnym wokół Nowego Jorku. Galerie, z którymi tam współpracujemy składały najwięcej zamówień. Oczywiście przygotowaliśmy sobie kilka planów awaryjnych, które okazały się nie być konieczne. W dalszym ciągu napływają do nas zamówienia. Jest ich mniej z USA, ale za to więcej z Europy. Prawdopodobnie, to skutek zamknięcia włoskich fabryk. Jest sporo otwartych inwestycji wymagających przemyślanego wyposażania wnętrz. Ekskluzywny włoski design zawsze przodował w tej dziedzinie. Teraz architekci otwierają się na innych producentów, projektantów i artystów. To może być dobry czas dla tych branż również w Polsce. Ciężko jest cokolwiek przewidzieć, a wieszczenia nikt rozsądny się nie podejmie.

Co ta epidemia spowodowała i spowoduje według was?
Mam dość mieszane uczucia. Mamy dużo szczęścia, że sytuacja nie dotknęła nas zawodowo. Nie wszyscy przecież mogą tak powiedzieć. Myślę, że początkowy marazm już minął i ludzie zaczynają aktywnie działać i dostosowywać się do nowych warunków. Rozmawiamy z naszymi znajomymi działającymi w różnych branżach i wszyscy oni mają już jakieś pomysły. Świat nie znosi próżni – zwłaszcza ten artystyczny i ten zawodowy. Nie mamy wprawdzie dużego spektrum obserwacji, ale w naszym otoczeniu wszyscy jakoś sobie radzą. Pomoc rządowa kierowana do przedsiębiorców okazała się znikoma (jeśli nie iluzoryczna). Ludzie zaczęli organizować się między sobą np. poprzez odraczanie płatności albo obniżanie czynszu. Dużo branż przenosi się do sieci. Prawdopodobnie większość już tam zostanie. Tam pojawia się sporo różnych i ciekawych inicjatyw. Korzystamy nie tylko z usług gastronomicznych, ale również kulturowych, jak „oprowadzania po muzeach” czy koncerty online. Dużo starszych osób przekonuje się do korzystania z tego rodzaju usług. Nawet mój tata zaczął prowadzić wykłady przez Internet. Chociaż, jak mi napomknął, brakuje mu bezpośredniego kontaktu ze studentami. Zastanawia się, czy „żywe słowo akademickie” w wersji online ciągle pozostaje żywe.

Więcej na: www.ewelinamakosa.com i www.jangarncarek.com