DOM KWADRANTOWY. O NIEZWYKŁYM BUDYNKU PODĄŻAJĄCYM ZA SŁOŃCEM OPOWIADAJĄ NAM JEGO ARCHITEKCI I WŁAŚCICIELE

TEKST ELIZA ZIEMIŃSKA-ŻAK, ZDJĘCIA: OLO STUDIO/JULIUSZ SOKOŁOWSKI, JAROSŁAW SYREK

WARSZAWA 11.6.2020

ARCHITEKTURA DESIGN MIEJSCA STYL ŻYCIA

Staję przed monolityczną bryłą. Przecież już ją widziałam na zdjęciach, a jednak jestem zaskoczona. Wygląda inaczej, tak jak zapowiadał architekt Robert Konieczny: – Tylko jedź tam w słoneczną pogodę – radził. I tak się stało: nade mną pełne słońce pierwszych letnich dni. Przede mną idealnie gładka, biała, pusta ściana. Budynek tak idealny, że aż wstrzymuje oddech. Dom Kwadrantowy.

Chociaż jest powściągliwy, bardzo prosty i pozbawiony tradycyjnych detali wykończeniowych, wyróżnia się spośród innych, przecież nie aż tak archaicznych budynków wokół. Jest inny, wręcz nierealny. Na myśl automatycznie przychodzi mi motyw z „Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka – idealny, monolityczny prostopadłościan, zawieszony w bezładnej przestrzeni. Zastanawiam się, skąd pochodzi odczucie zachwytu, gdy staje się wobec takiej architektury? Emmanuel Kant powiedziałby, że człowieka oszałamia to, co niepoliczalne i nie do ogarnięcia: doskonałość, wielkość, nieskończoność, bezmiar. W tym przypadku mamy do czynienia z ogromną geometryczną bryłą, która jednocześnie jest lekka i niemal efemeryczna na tle błękitu. Domy obok nikną – nie widzimy już nic innego, bo oko wędruje po idealnych liniach elewacji, znajdując przyjemność w doskonale ukształtowanych powierzchniach.

Dom Kwadrantowy to owoc kilkuletniej pracy i trudnych wyborów polegających raczej na odrzucaniu możliwości niż na podejmowaniu kolejnych. To manifestacja konsekwencji i bezkompromisowości. Cała koncepcja budynku z ruchomym tarasem podążającym za słońcem to dzieło katowickiej pracowni KWK Promes, prowadzonej przez nagradzanego w świecie architekta Roberta Koniecznego. Za zaaranżowanie w tej posągowej bieli przestrzeni wygodnej do zamieszkiwania odpowiadał architekt wnętrz Adam Pulwicki wraz ze swoją autorską pracownią Pulva. Złożony proces powstania domu nie dobiegłby końca bez świadomych, przyszłych mieszkańców, którzy podążali za propozycjami swoich projektantów, obdarzając ich zaufaniem, jednocześnie dobrze znając swoje upodobania i potrzeby. W ten sposób, z trzech punktów widzenia, powstał dom niezwykły.

Właścicielami domu są Anna i Sławomir. Bardzo lubię spotykać domowników tak wyjątkowych przestrzeni, dlatego trochę niecierpliwie naciskam dzwonek przy drzwiach, które nie mają nawet klamki. Po chwili otwierają się. Zza ogromnej płaszczyzny białego skrzydła wygląda drobna, uśmiechnięta kobieta. Wchodzimy do środka. Drzwi za mną zamykają się automatycznie. Po oślepiającym blasku jasnej elewacji oko dopiero przyzwyczaja się do panującego za drzwiami mroku. Gospodyni prowadzi mnie przez hol, mijam zaparkowany za szybami samochód – garaż jest wręcz częścią korytarza. Z ciemności znów zanurzam się w jasność – jestem w sercu domu. Ogromna przeszklona przestrzeń salonu, jadalni i kuchni skąpana jest w naturalnym, rozproszonym świetle. Proste, minimalistyczne wnętrze, dopracowane z pietyzmem detale i proporcje. Przez otwarte okna – które może lepiej byłoby określić jako otwarte ściany – wpada pachnące świeżo skoszoną trawą powietrze. Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to: „Jestem na wakacjach!”.

Doktorat z nadzoru budowlanego
Opowiada Anna, współwłaścicielka domu:


Jak to się wszystko zaczęło?
Sławek biega. Biegał też po tej okolicy. W ten sposób znaleźliśmy działkę. Wiedzieliśmy też, jaka architektura nam się podoba. Choć to nietypowe przy budowie domu, najpierw pracowaliśmy nad wnętrzem. Zawsze projektowaliśmy z Adamem, więc i tym razem zwróciliśmy się do niego. Określiliśmy, co chcemy mieć w środku, i przygotowaliśmy program funkcjonalny z krótkim opisem naszych założeń, który daliśmy Robertowi. Forma i układ domu to dzieło KWK Promes, chociaż od początku wiedzieliśmy, że dom ma otwierać się na ogród. Planowaliśmy oddzielić się od sąsiadów i od drogi, a z kolei mąż chciał, żeby dom dostosowywał się do słońca. Wyobrażaliśmy sobie okna w podcieniach, patio czy też jakieś nowoczesne pergole albo markizy. Jednak kiedy zobaczyliśmy pomysł Roberta, to dosłownie opadły nam szczęki.

Czy Kwadrantowy to bardziej rewolucja, czy ewolucja?
Zawsze dążyliśmy do prostoty. Nasze mieszkania zwykle były proste, może tylko nie aż tak minimalistyczne. W pierwszym Adam zaprojektował układ ścian, łazienkę, kuchnię. To było jakieś 20 lat temu. Chociaż to były inne czasy, charakter wnętrza był podobny, choć nie dysponowaliśmy wtedy dużymi funduszami. Tutaj mamy wszystko, co chcieliśmy mieć, i to była naturalna ewolucja, natomiast sam dom jest dla nas rewolucyjny. Całą bryłę i pootwieraną, ascetyczną przestrzeń doskonale dopełnił Adam, który perfekcyjnie odczytał cały zamysł i od zawsze rozumiał nasze potrzeby. Mimo wyjątkowych rozwiązań w tym domu, jak okna czy ruchomy taras, szukaliśmy prostoty w wykończeniu. Kuchnia jest z laminatu, a na podłodze biała, zupełnie niedominująca żywica.

Jak to jest przeprowadzać się do nowego domu?
To było wspaniałe! Nie zabieraliśmy żadnych mebli. Rzeczy zawsze mieliśmy mało, a w czasie przeprowadzki jeszcze je przebraliśmy i oddaliśmy. To był taki moment oczyszczenia. Na początku Sławek miał wrażenie, że dom jest za duży, ale potem się przyzwyczaił. Podczas urządzania zaskoczeniem była dla mnie wielkość kuchni i kanapy. Teraz myślę, że mniejsze by tutaj po prostu nie pasowały.

To pewnie dom marzeń?
Jeszcze nie, w przyszłości chcielibyśmy wyprowadzić się za miasto. Na razie jednak będziemy tutaj. Nasza córka Maja ma dopiero 10 lat, więc jeszcze musi się uczyć, musimy być w mieście.

Dobrze się tu mieszka?
Uwielbiam tu być, spędzać czas w każdym miejscu tego domu. Czuję się jak na wakacjach: jest piękna zieleń za oknami, dużo miejsca. Fajnie się tu wraca. To jest nasza przestrzeń. Mimo że powierzchnia jest duża, jest nam tu bardzo dobrze, miło i przytulnie. Dla mnie dom to nie tylko bryła, ale również wnętrze, bo to w nim spędzamy większość czasu. Bryła domu, szczególnie od strony ulicy, wzbudza emocje, intryguje – to dobrze. Niektórzy zaczepiają nas i pytają na przykład: „A co to za zakład?” albo „Gdzie są okna?”. Odpowiadam wtedy, że produkujemy śrubki (śmiech). Inni zatrzymują się i robią zdjęcia.

Trudno jest zachować porządek w tak ascetycznej przestrzeni?
Nie chowam specjalnie niczego. My po prostu mamy mało rzeczy. Nie zbieramy bibelotów, pamiątek z podróży. To, co zbędne, oddaję albo wyrzucam, nie chomikujemy. Na widok naszej łazienki wszyscy pytają, jak tu funkcjonujemy, bo nie ma tam kosmetyków… A my nie mamy dużo. Po prostu.

Czy ruchomy taras spełnia swoją funkcję?
Używamy tarasu, ale nie spędzamy na nim wiele czasu. To dlatego, że mamy salon z dwóch stron otwarty na ogród. W ciepłe dni wystarczy otworzyć okna i w nim być, bo ogród sam wchodzi do domu. Taki zresztą był zamysł projektowy. Taras daje cień w salonie i to bardzo się przydaje. Co pół godziny przesuwa się samoistnie o kilka stopni, rośnie pod nim trawa. Możemy nim też sterować zdalnie. Ale najważniejsze jest to, czego nie przewidzieliśmy – taras zmienia bryłę domu w zależności od tego, w jakiej jest pozycji. To fantastyczne uczucie, gdy dom się zmienia.

Jak na co dzień sprawdzają się duże przeszklenia?
Niektórzy dziwią się, że jesteśmy za bardzo na widoku, bo mamy takie duże okna. Ale nam to nie przeszkadza. Wszystkich sąsiadów znamy. A finalnie to zadziałało odwrotnie: ponieważ my jesteśmy odsłonięci, niektórzy się zasłonili. Na działce „gościmy” wiewiórki czy sroki, a latem motyle przelatują nam przez dom. Stąd widzimy dużo więcej, niż mieszkając w mieszkaniu.

Jak wygląda dzień w Domu Kwadrantowym? 
Wstajemy wszyscy wcześnie. Codziennie robimy wspólne śniadanie i razem siadamy do stołu. Mamy czas na pogadanie, nie ma pośpiechu. To taki nasz rytuał. Myślę, że trochę zwolniliśmy tempo życia.

Córka nie buntuje się przeciwko białym ścianom w swoim pokoju?
Póki co nie ma potrzeby dekorowania pokoju plakatami czy innymi typowo młodzieżowymi akcentami. Na początku pytała: „Dlaczego nie mogę mieć tapety?”. Ale teraz sama wybiera białe rzeczy. Wszystko jest białe, więc kolorowe zabawki, miśki i książki bardzo dobrze się tu wkomponowują.

Jak mieszkanie w tym domu wpływa na Wasze życie?
Chce się w nim więcej przebywać. Nie ciągnie nas do centrum miasta. Mamy ogród i dzięki temu więcej kontaktu z przyrodą, to nas cieszy. Od zawsze ceniliśmy prostotę. Dom nie powstał więc w oderwaniu, on z nami współgra.

Kto opiekował się budową?
Dla domu zostawiłam swoją pracę – ktoś musiał go doglądać. Mimo że mieliśmy kierownika budowy i inspektora nadzoru, to tak naprawdę spędziłam na budowie trzy lata. Myślę, że z doświadczeniem, jakie zdobyłam, mogłabym komuś spokojnie poprowadzić budowę. Bardzo dużo się nauczyłam, a co więcej – kręci mnie to! Sławka natomiast nie bardzo, on pasjonuje się ogrodem. Nasadzenia zrobił jeszcze w czasie, jak nie było domu. Dzięki temu żywopłot jest już taki duży. Ja byłam tu prawie codziennie, a mąż przyjeżdżał doglądać roślin raz na jakiś czas. Ekipy się śmiały, że Sławek przyjeżdża, ale nie ogląda domu, tylko ogród.

Czy trudno jest samej czuwać nad taką budową?
To długi proces, wielowątkowy i skomplikowany. Trzeba w to włożyć dużo energii i czasu. Wiele osób mówi, że budowa domu może doprowadzić nawet do rozwodu. U nas nie było konfliktów, bo podzieliliśmy się zadaniami. Mamy również podobne poczucie estetyki, co znacznie ułatwiło proces decyzyjny. No i wszystko udało się też dlatego, że mieliśmy świetne ekipy i bardzo dobry kontakt z nimi. Oczywiście w trudnych sytuacjach Sławek grał złego policjanta, bo ja tego nie umiem.

Co sprawiło Wam kłopot na etapie wykończenia?
Trudno było nam znaleźć wykonawcę dachu i elewacji – specjaliści mówili, że nie da się jej zrobić z materiału, który zaplanował Robert. Na początku chcieliśmy powierzyć jednej firmie cały proces budowy, szybko okazało się jednak, że to zły pomysł i lepiej osobiście dobierać poleconych przez naszych architektów podwykonawców, którzy znają już ich wymagania i potrzeby.

Dużo jest pracy przy domu?
Masa! Z domem cały czas coś trzeba robić, ale ja mam same pozytywne emocje. Lubię to. Gdy elewacja się pobrudzi, myjemy ją, poprawiamy, odmalowujemy. W takim minimalistycznym domu widać wszystkie mankamenty. Musi być czysty, więc dbamy o niego regularnie. Biały dach myje alpinista. Ponieważ nie ma obróbek blacharskich, czasami pojawi się gdzieś zaciek na ścianie. Na początku strasznie mnie to denerwowało. A Robert mówił: „Nie patrz na ten dom jak przez lupę, tylko patrz na całość”. Dom ma już trzy lata, mamy więc kilka zim za sobą i mogę śmiało powiedzieć, że jest OK. Nie ma większych problemów.

Jak pracowało się z architektami?
Obaj są genialni, konsekwentni w tym, co robią, przekonujący. Ich metody pracy różnią się od siebie, ale efekty są doskonałe. To było pięć lat wspólnej, dobrej roboty.

Wspólne DNA
Opowiada Adam Pulwicki, architekt wnętrz:

Słyszałam, że Dom Kwadrantowy to nie pierwszy projekt zrobiony dla Ani i Sławka. Co macie już za sobą?
Anię znam od dziecka. Sławka – „od zawsze”. Nasza przygoda wnętrzarska zaczęła się natomiast 14 lat temu, kiedy projektowałem ich pierwsze mieszkanie w Warszawie. Potem był kolejny temat – apartament, w którym mieszkali przez kolejne 8 lat.

Czy decyzja o budowie domu była zaskoczeniem?
Sławek często wspominał o chęci budowy domu i potrzebie kupna działki. Pewnego dnia zadzwonił i powiedział: „Kupiliśmy działkę i będziesz projektował nasz dom”. To była podwójnie piękna wiadomość. Widziałem od dawna, jak oboje o tym marzą, i wiedziałem, że to będzie niesamowita przygoda.

Od czego zaczęliście?
Pierwsze pojawiły się: potrzeby, omówienie funkcji, szkice. Ważne było też to, że to nie ja będę autorem bryły. Zaczęliśmy szukać architekta, który ją zaprojektuje, a ja miałem robić wnętrza. Niekwestionowanym numerem jeden był już wtedy Robert Konieczny. Pytanie było tylko takie, czy znajdzie czas i ochotę, by zaprojektować ten dom. Okazało się, że tak. Otrzymał zatem omówione szczegółowo nasze wytyczne wnętrzarskie, funkcje, wielkości, relacje między pomieszczeniami.

Jak wyglądał proces projektowy?
Na początku pracowaliśmy bez wizualizacji. Potem wykonaliśmy je, zupełnie przy okazji, i to utwierdziło nas w decyzjach. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, wszystkie wybory były podejmowane na papierze. Na miejscu dokonywaliśmy decyzji dotyczących sufitów. W przypadku garażu i SPA Sławek chciał, żeby ta część domu była ciemna, by budować napięcie i wyraźne oddzielić tę przestrzeń. Zależało nam też na tym, żeby wejście do domu, również to przez garaż, było piękne. Wyjątkowe było to, że na etapie rozpoczęcia budowy tak wiele już wiedzieliśmy o tym, jak będą wyglądały wszystkie funkcje i wyposażenie domu. Znaliśmy model wanny i dokładnie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądać kuchnia. Zwykle te składowe pojawiają się dopiero po wybudowaniu domu. My byliśmy na samym początku, a znaliśmy już finalne rozwiązania. Co ciekawe, większość ustaleń nie zmieniła się przez kolejne dwa–trzy lata. Mam przeczucie, że tak zostanie na wiele dobrych lat.

Jacy są mieszkańcy Domu Kwadrantowego?
Zawsze dążyli do jakości, przy jednoczesnej ogromnej skromności, za co ich podziwiam. Nie było nigdy potrzeby chodzenia z torebką ze znanym logo, posiadania drogiego, wyróżniającego się samochodu. Ten dom też tak powstawał – z rozsądkiem.

Czy inwestorzy dużo zmieniali w projekcie?
Opowiem pewną historię. W trakcie budowy pojechaliśmy do Włoch obejrzeć meble, które były zaproponowane w projekcie. Chcieliśmy zobaczyć je i wypróbować. Ta wizyta potwierdziła wszystkie nasze pierwsze wybory! Wieczorem, już po wszystkim, usiedliśmy wspólnie, a Sławek powiedział: „Jestem trochę zawiedziony. Myślałem, że trochę namieszam, zmienię, coś sobie wybiorę. A tu nic!”. Wszystko zostało tak jak w projekcie. Z kolei Ania, zamiast nosić w torebce szminkę i inne akcesoria, często nas zaskakiwała i wyciągała z niej próbki tkanin i innych materiałów, pytając, czy to na pewno pasuje, czy będzie dobrze. Ogólnie byliśmy bardzo zgodni. Podobnie odbieramy kolory i podobają nam się te same rzeczy.

W domu znajduje się wiele dzieł sztuki. Obrazy Katarzyny Zygadlewicz wyglądają jak stworzone specjalnie do tych wnętrz. Podobnie rzeźby Tomasza Górnickiego. Czy tak było?
Katarzyna to wyjątkowa artystka i wybitna malarka. Myślę, że niebawem świat ją odkryje. Obrazy powstały niezależnie od nas na etapie budowy. Dopiero na koniec okazało się, że się niesamowicie wkomponowały. Z rzeźbami było inaczej. Tomek poznał projekt i przestrzeń. Po czasie zaskoczył nas – powstało pięć rzeźb autorsko dedykowanych do poszczególnych przestrzeni. Dwie z nich zlokalizowano na zewnątrz, tak aby nawiązały dialog z wnętrzem.

Dlaczego prostota, a nie barok?
Takie wnętrza bronią się po czasie. Willa Tugendhatów projektu Miesa van der Rohe nawet po 100 latach wygląda świetnie. Ciekawy jestem, jak upływ czasu wpłynie na to wnętrze? To, co jest proste, nie starzeje się. Wszystko za sprawą reguł matematycznych, które są w przyrodzie: proporcje, złoty podział czy ciąg Fibonacciego. Niejeden powie, że nie można tak mieszkać, ale nikt nie może powiedzieć, że to coś złego. Dzisiejsze czasy to ogrom komunikatów, to ciągły wyścig, praca, podróże, pasje. A w tych wnętrzach panuje cisza, ład i skromność. To przestrzeń, w której mamy odpoczywać i znajdować czas na przemyślenia oraz budować relację z samym sobą i najbliższymi. Taki jest ten dom.

Dlaczego minimalizm jest dla niektórych trudny do zaakceptowania?
Chyba jest to trochę problem Polaków, którzy nie chcą i nie potrafią być skromni. Dochodzi aspekt edukacji estetycznej i potrzeb, jakie generuje świat. Tym bardziej gdy ktoś osiąga sukces ekonomiczny – dom musi mieć kolumny, marmur i żyrandole. Inaczej wyglądają Skandynawia czy Belgia. Ale patrząc na ten dom, jestem optymistą. Zmieniamy się i to jest piękne.

Co jest ważne w tak ascetycznych wnętrzach?
Dekoracyjność jest w detalach – w perfekcji wykonania. Oko cieszą proste linie. Tu jest żyleta. Ważne są też kolory i proporcje: jeżeli są odpowiednio dobrane, to dobrze się czujemy. Osoba, która na co dzień nie zajmuje się projektowaniem, nie będzie wiedziała, skąd poczucie harmonii. Albo będzie się dobrze czuła, albo nie. Ktoś, kto interesuje się tą tematyką, wskaże właśnie na proporcje i dobór kolorystyki.

Ten dom to doprowadzenie detali do perfekcji. Ekspresja konsekwencji i bezkompromisowości.
Jest tu wiele niesamowitych efektów, ale żaden z nich nie jest na siłę. Żaden niczego nie udowadnia, daje natomiast poczucie ważności swojej obecności oraz jakości tworzonej przestrzeni. Takie są: okna, drzwi, meble, łazienki, oświetlenie. Stworzone przez niezależnych od siebie ludzi, projektantów, technologów i producentów. Niezależne, a mające wspólne DNA. Są w nim czystość formy i najwyższa jakość oraz technologia. Ten dom to idealne połączenie tych składowych. Obok architektów i konstruktorów są też: ekipy budowlane, elektrycy, malarze, parkieciarze czy płytkarze, są dostawcy oświetlenia, mebli i tkanin. Warto im tu podziękować za wkład pracy, każdy detal, determinację i talent. Są również niezwykli artyści i, co chyba najważniejsze, są ci wyjątkowi inwestorzy, którzy nam zaufali.

Słownik nowych pojęć
Opowiada Robert Konieczny, architekt:

Jak zaczęła się ta współpraca?
Kluczowe było spotkanie ze świetnymi, świadomymi ludźmi. Poza tym Ania i Sławek to bardzo fajne małżeństwo. Chcieli prostego, słonecznego, relaksującego domu. Podkreślali też, że zależy im, żeby dom w jakiś sposób reagował na słońce. By latem ich od niego jakoś odgradzał, a zimą odwrotnie, by wpuszczał do środka każdy promyk. Podobała im się idea mobilności zrealizowana w Domu Bezpiecznym. Mieli też to, o co standardowo prosimy każdego naszego klienta, czyli program funkcjonalny domu. To lista z liczbą i wielkością pomieszczeń, dopełniona różnymi uwagami i komentarzami. Musimy wiedzieć, co klientom odpowiada, a czego by nie chcieli, byśmy mogli zaprojektować przestrzeń uszytą na miarę. Od razu wzięliśmy się do roboty.

Jak powstała bryła?
Hm, ja bym raczej powiedział, jak powstał dom. Bryła jest tylko jednym z elementów naszego projektu i powstała tak samo jak powstaje zawsze. Gdy już mamy dane wejściowe, o których mówiłem, zaczyna się poszukiwanie takiego pomysłu, który będzie odpowiedzią na wszystkie ich życzenia, pytania i wyzwania w projekcie. To bardzo trudne, ale gdy już ta idea się pojawi, wszystko zaczyna się układać. Spis pomieszczeń zamienia się wtedy w logiczną funkcjonalną układankę, kształtuje się przestrzeń wewnątrz domu, jak i jego bryła. To wszystko jest wynikowe i powiązane z sobą. Nasz sposób projektowania jest strukturalny, więc już na etapie wstępnej koncepcji powstaje całość, włącznie z architekturą wnętrz. Później trzeba ją już tylko uszczegółowić i zaaranżować. W tym konkretnym przypadku zadanie to naturalnie przypadło Adamowi Pulwickiemu, którego inwestorzy znali od dawna, ja natomiast poznałem go dopiero przy tym projekcie.

Skąd idea Domu Kwadrantowego?
Budynek miał powstać na niezbyt dużej działce, wśród dość gęstej zabudowy jednorodzinnej. Zaczęliśmy od postawienia na niej prostopadłościennej bryły, odpowiadającej wyobrażeniom naszych klientów, w której mniej więcej mieścił się cały program budynku. Z tego monolitu wykroiliśmy część należącą do parteru i obróciliśmy ją tak, by odizolować ogród od dość ruchliwej ulicy. Wycięcie w bryle dało otwarcie na dwie strony i tak powstał salon. W odwróconej części z kolei umieściliśmy SPA, które pięknie zaczęło domykać prywatną część ogrodu. To był pierwszy krok.



Skąd dach dwuspadowy od frontu?
Plan zagospodarowania przestrzennego wymagał takiego dachu, choć Anna i Sławek woleli płaski. Pomyślałem wtedy, że może zrobimy „dwa w jednym”. W ten sposób powstała charakterystyczna bryła wpisująca się zarówno w kontekst, jak i życzenia inwestora. To najlepszy przykład, jak problem można przekuć w atut. Sama bryła to rzeźba w białej masie, to projektowanie strukturalne, dlatego wszystko, zarówno dach i ściany, są białe, podobnie jak wnętrza. Chciałem, żeby dom był jasny, również w środku, i użyłem tego koloru świadomie. Właściciele są absolutnymi pedantami, więc wiedziałem, że mogę sobie na to pozwolić.

Jak było z ruchomym tarasem?
Ania i Sławek na początku dużo mówili o słońcu. Gdzieś w rozmowie wspomnieli też o kwadrancie. Wtedy nie wiedziałem, co to jest, dopiero potem sprawdziłem. Okazało się, że to dawny przyrząd o charakterystycznym kształcie służący do wyznaczania pozycji gwiazd. W pewnym momencie podczas projektowania spojrzałem z góry na model budynku i mnie olśniło. Przecież ta przestrzeń między salonem a spa miała taki sam kształt! Tak zrodził się pomysł, by wykroić z budynku ruchomy taras, który podąży za słońcem, podobnie jak w kwadrancie. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że ten ruchomy element ma znacznie więcej zastosowań: można cały czas być w cieniu, zacienić salon, zasłonić się nim od sąsiadów. Chroni przed słońcem, ale nie zabiera widoku. Dzięki temu, że jest wyposażony w rolety, osłania przed nadmiernym nagrzewaniem i wiatrem. Ważne jest też, że salon otwiera się na dwie strony – zamykamy go ogromnymi przeszkleniami. By takie rozwiązanie było możliwe, specjalnie dla nas zaprojektowano nowy system okien.

Jak to możliwe, że tak ciężki element budynku może się ruszać? Czy to tajemnica?
Dzielimy się wiedzą i informacjami o systemach, których używamy w ruchomych elementach naszych budynków. Powstały na ten temat już książki!

Jaki jest sposób przesuwania tarasu?
Domem można sterować ręcznie, ale jest też zautomatyzowany. Element tarasu jedzie na kołach po szynach, jak pociąg. Są też olbrzymie zawiasy i silniki umiejscowione w odpowiednich miejscach, żeby siła potrzebna do przesunięcia była jak najmniejsza.

Co oprócz dodatkowej funkcjonalności daje ruchomy element budynku?
Fajne jest to, że perspektywa i bryła tego domu cały czas się zmieniają. Nie może się znudzić. Różna aura i pory roku sprawiają, że dom jest cały czas interesujący. Ważne jest też to, że jest cały otwarty od strony ogrodu. A od strony ulicy jest zamknięty, nie ma nic: ani okien, a nawet klamki, nie ma nawet obróbek blacharskich. Przyjemnie się na niego patrzy. Technologicznie jest doprowadzony do perfekcji!

To rzeczywiście robi wrażenie.
Kiedyś miałem śmieszną sytuację. Podjechałem pod Kwadrantowy z taksówkarzem. On mówi: „Panie, tu nawet okien nie ma! Ale super!”. Dom robi wrażenie i na laiku, i na profesjonalistach. A w rzeczywistości wygląda jeszcze bardziej nierealnie niż na zdjęciach, dlatego architektury trzeba doświadczyć. Zdjęcia kłamią. Wiem to dzięki doświadczeniu wyniesionemu z innych realizacji, ale też dzięki wspaniałym wykonawcom, którzy doprowadzili go do takiej perfekcji.

Jak wyglądała współpraca przy aranżacji wnętrz?
Pierwszy raz Adam zadzwonił do mnie, gdy już trwała budowa. Nigdy nie spotkaliśmy się osobiście: były to rozmowy telefoniczne, maile lub uwagi przekazywane właścicielom. Widziałem, że Adam był bardzo emocjonalnie zaangażowany w ten projekt i to doceniam. Dla mnie najważniejsze było, by aranżacja nie zepsuła głównych założeń projektu. Początkowo, po otrzymaniu pierwszych wizualizacji, musiałem tłumaczyć, by nie ustawiać niczego na tle przesuwnych, szklanych ścian, czy też nie odgradzać jadalni od kanapy jakimiś przegrodami. Było to sprzeczne z ideą otwartości salonu i oddzielało go od ogrodu. Większość niepotrzebnych elementów udało się wyeliminować i wytłumaczyć to właścicielom. W przestrzenie sypialni i łazienek nie chciałem ingerować, bo z mojego punktu widzenia były drugorzędne dla projektu. Jedynie gdy dowiedziałem się o planowanej czerni w strefie wejścia, próbowałem interweniować.

Czerń jednak została.
Tak. Jest tu strukturalnie obca i trochę niefunkcjonalna, ale trzeba przyznać, że daje ciekawy efekt zaskoczenia. Może takie wstawki są czasem dobrym przełamaniem dla ogólnej zasady przyjętej w projekcie. Sam je też czasem robię, ale raczej w pomieszczeniach odciętych od przestrzeni ogólnych. Muszę jednak przyznać, że cała aranżacja, może poza kilkoma nieistotnymi szczegółami, wyszła naprawdę dobrze i znakomicie współgra z architekturą domu i jego ogrodem.

Skoro mówimy o przestrzeni zewnętrznej, jak Twoim zdaniem Kwadrantowy wpisuje się w otoczenie?
Nawet dosyć nowoczesna architektura wokół w zderzeniu z tym domem wydaje się wręcz archaiczna – za dużo detali i zbędnych elementów. Ten budynek jest spokojny. On swoją obecność zaznacza perfekcjonizmem, ale nie krzykiem. To zupełnie inny sposób wyróżniania się z otoczenia.

Jak to się dzieje, że Twoje budynki wpasowują się w otoczenie i tak z nim współgrają, mimo swojej wyjątkowości?
Najważniejsze jest to, o czym już powiedziałem: wpaść na jeden pomysł, który daje wszystkie odpowiedzi, również na pytanie, jak wpisać się w kontekst. Czasem rozwiązaniem jest architektura tła, czasem przewrotnie – rodzaj znaku w przestrzeni. Jednak by mieć pewność, że powstanie coś dobrego, trzeba przejść długą i żmudną drogę. Od idei, poprzez projekt, po sfinalizowanie budowy. To czas na szlifowanie projektu polegający na ciągłej rezygnacji z rzeczy zbędnych i doprecyzowywaniu detali.

Jak architektura może wpływać na życie?
Architektura może powodować, że stajemy się lepsi. Jako biuro architektoniczne chcemy zaskakiwać nawet tych, którzy przychodzą do nas z bardzo konkretnymi, świadomymi potrzebami. Chcemy dać im jeszcze więcej. Chcemy dać architekturę, dzięki której będzie im się żyło lepiej, gdzie będą się cieszyć, wracając do domu po pracy, tak jakby codziennie jechali na wakacje. Że za każdym razem to będzie doznanie, a nie nuda i rutyna. Chcemy dawać przestrzeń, w której będzie się chciało po prostu być. Mam nadzieję, że taki jest też Kwadrantowy.

***
KWK PROMES. Pracownia Roberta Koniecznego, będąca najbardziej rozpoznawalnym i utytułowanym polskim biurem architektonicznym na świecie. Wielokrotnie nagradzana i wyróżniana w prestiżowych konkursach. Ostatnia nominacja dotyczyła katowickiego „Unikato” i „Domu po drodze” do europejskiej nagrody Miesa van der Roche 2019. www.kwkpromes.pl

PULVA. Poznańska pracownia architektury wnętrz założona w 2009 roku. Na czele czteroosobowego zespołu stoi Adam Pulwicki, absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. W swoim portfolio posiada apartamenty, domy i rezydencje. www.pulva.pl