DESIGN W CZASACH ZARAZY. JUSTYNA I HENRYK Z CHANGE PILOTS POZDRAWIAJĄ Z JURTY: – MNIEJ, WOLNIEJ I BLIŻEJ

TEKST: TWO, ZDJĘCIA: ARCHIWUM PRYWATNE

MARCINÓW POD ŁODZIĄ 18.4.2020

COVID-19 DESIGN LUDZIE MIEJSCA OPINIE

– Nagłe spowolnienie i zawężenie skali działań pozwoliło nam docenić to, co już mamy. Poczuć, że nie potrzebujemy wiele więcej. Zwracając uwagę na mniejszą ilość rzeczy, zaczęliśmy naturalnie bardziej je pielęgnować, zgłębiać czy poznawać na nowo. Dotyczy to zarówno przedmiotów, projektów, jak i relacji z innymi, czy z samym sobą – mówią Justyna Turek i Henryk Stawicki z Change Pilots, firmy strategicznego doradztwa wzorniczego.

Artykuł powstał w ramach cyklu „#zostańwdomu, czyli design w czasach zarazy”, w którym rozmawiamy z projektantami, architektami i ludźmi związanymi z branżą designu o tym, jak pandemia COVID-19 zmieniła ich życie i postrzeganie zawodu.

Jak epidemia wpłynęła na wasze życie i pracę?
Justyna: – Czuję się, że jestem w uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ pandemia do dziś jeszcze nie wpłynęła mocniej na moją pracę. Na co dzień zajmuję się tematem zmian i w pewnym sensie spodziewałam się wydarzenia tego typu. Dopiero co jesienią podczas tygodnia spędzonego w SITRA (fińska agencja rządowa pracująca m.in. na wizjach przyszłości), rozmawialiśmy o reagowaniu na nadchodzące kryzysy. Osobiście bardziej oczekiwałam kryzysu w konsekwencji zmian klimatu, a nie pandemii. Mimo to, oczywiście doświadczenie tej sytuacji na żywo mnie zaskoczyło i poruszyło emocjonalnie. W codziennej pracy nie zmieniło się wiele. Zawodowo na projektowanie patrzymy od strony procesu i w dużej części zabieramy tę pracę do domowego studio, aby móc projekt rozpracować i rozłożyć na części pierwsze. Większe różnice widzę w relacjach z naszymi klientami. Pojawiło się więcej czasu na rozmowy o emocjach, relacjach i doświadczaniu nowej codzienności. Prywatnie moje życie codzienne, oprócz ograniczeń w podróży, nie zmieniło się znacznie. Od roku mieszkamy na wsi pod lasem w czterosezonowej współczesnej jurcie, gdzie jesteśmy częścią większego gospodarstwa z zapleczem: od sauny po pełen warsztat, pozwalający na dużą samodzielność. Do tej pory w sumie kilka miesięcy w roku spędzaliśmy poza domem na projektach lub w podróży. To miejsce na wsi było dla nas zawsze bezpiecznym, przytulnym schronieniem, gdzie czas na chwilę się zatrzymywał. Teraz czas tak samo zatrzymał się prawie wszędzie. Dlatego to miejsce ostatnio nabiera dla mnie nowszego znaczenia, luksusu, mimo że w mieście nie byliśmy od miesiąca.

Henryk: – Moja codzienność zwolniła, działam w mniejszej skali i poświęcam więcej uwagi istniejącym relacjom – z projektami, otoczeniem, samym sobą i innymi. Nie tylko z rodziną, ale i partnerami, klientami ze świata zawodowego. Nagle zyskaliśmy dodatkową przestrzeń, a pewnie i odwagę, żeby porozmawiać głębiej i bliżej o tym, co w nas żywe, kruche, autentyczne. Dziś też lepiej dostrzegam to, co już mam poza relacjami – przedmioty i otoczenie. Wziąłem się do pielęgnacji, porządków, gotowania, napraw i tak naprawdę czuję, że nie potrzebuję wiele więcej. Nie ukrywam, że jest u mnie dużo radości z tego czasu, która naturalnie miesza się ze smutkiem czy lękiem o najbliższe osoby w pracy i rodzinie. Sam szybko odnajduję się w dynamicznych, kryzysowych zmianach. Dlatego, skoro już szybko sam założyłem sobie maseczkę tlenową, to staram się wspierać firmy i organizacje w najbliższym otoczeniu, np. poprzez doradztwo tam, gdzie mogę, lub zakup usług na zapas.

Jak wygląda wasz dzień?
Justyna: – Od kiedy mieszkam na wsi dostosowałam się do trybu operacyjnego natury. Wstaję, kiedy słońce wstaje i idę spać krótko po zachodzie. Zmniejszyliśmy za to intensywność pracy na rzecz ruchu (biegania, jogi) i dobrego samopoczucia (więcej gotowania i wystawiania twarzy do słońca). Od kiedy zaczęłam pracować jako projektantka (wcześniej artystka) moim wyzwaniem stało się organizowanie sobie czasu tak, abym wiedziała kiedy pracuję, a kiedy odpoczywam od pracy. Obecnie, gdy podział na dni się trochę zaciera, mocniej przestrzegam tego podziału. Dodatkowo ruszyłam z prywatnym projektem dotyczącym nawyków i rytuałów, który długo trzymałam w szufladzie. To obecna sytuacja społeczna pokazała mi, że u wielu osób szybko wzrosła potrzeba pracy z nawykami i codziennością. Poza tymi pozytywnymi aspektami, dotykają mnie też mniej radosne chwile. Bywa tak, że cały dzień nasycają smutne informacje od bliskich przyjaciół np. z Paryża i Nowego Jorku, gdzie już nie mieszkam, ale nadal czuję się częścią tamtejszych społeczności.

Henryk: – Na pierwszy rzut oka dni wypełniają mi rzeczy znane już wcześniej – praca zdalna, wideokonferencje z rodziną, gotowanie od podstaw czy kiszonki. Więcej jest za to codziennej praktyki biegania, jogi, medytacji czy czytania książek, które zaskakująco szybko zdeklasowały komputer. Trochę tańczę też w przerwach od laptopa, i tak nikt nie widzi. Wcześniej intensywne audyty wzornicze, podróże, czy godziny spędzone u klienta wprowadzały projektową sinusoidę, rollercoaster. Ta intensywna praca i podróże balansowały się na ekstremach z odpoczynkiem i zaszyciem na wsi. Dziś to wszystko się spłaszcza, co nie oznacza, że nie tęsknię za tą adrenaliną. W codzienności doszły zdrowe rytuały przejścia pomiędzy częścią prywatną, a zawodową, gdzie nadal ubieram się, golę, czy nakładam ulubiony perfum tak, jakbym szedł „do pracy”. Po pracy, i to często krótszej, głośno mówię „shutdown”, zamykam laptopa i wpadam do kolektywnego warsztatu w wspólnym gospodarstwie ponaprawiać lub usprawnić coś w jurcie, czy kamperze przerobionym przez nas z dostawczaka. To, czym jest dla mnie luksus, dziś doświadczam biegając po zupełnie pustym lesie, pod którym mieszkamy. Nie licząc oczywiście saren i jeleni, których ostatnio nagle przybyło – tak jakby wyszły zapytać „Hej ludzie, gdzie jesteście? Czy u Was wszystko ok?”

Czy epidemia sprawiła, że myślicie nad zmianą kierunku działania?
Justyna: – Obecnie obserwujemy co się dzieje, uczestniczymy w rozmowach z ludźmi z naszych ekosystemów. Kontaktujemy się z partnerami ale bardziej z perspektywy człowieka a nie biznesu. Pomimo tego, że jako firma dalej działamy (trochę mniej), to z tyłu głowy pamiętam, że jest to kryzys, który mocno dotknie każdą społeczność, której jestem częścią. Dotyczy to nie tylko wpływu ekonomicznego, ale i tożsamości, przynależności czy relacji człowiek-biznes. Dlatego w Change Pilots aktualnie obserwujemy obszary, sięgają daleko poza narzędzia, metodyki czy procesy pracy ze zmianą – te są już dostępne, nie trzeba ich od nowa wymyślać. Do tego pracują z nami cudowni ludzie jak m.in. piloci Ewa, Paweł, Maciej i Filip. Każdy z nas ma swoje osobiste podejście punkt widzenia na efekty kryzysu.

Henryk: – Osobiście korzystam z „karty koronawirus” i zmieniam się sam spowalniając trochę obroty, budując miejsce na nowe. Cieszę się z tych projektów, których pandemia nie wstrzymała, jednak nie chciałbym zapychać tej cennej przestrzeni od razu nową pracą czy samorozwojem. Wcześniej zdarzało mi się brać zbyt dużo projektów na nasze barki, co potrafiło osłabiać koncentrację, radość z pracy, czy czas na bieganie z sarnami. Dlatego patrzę i obserwuję, co teraz naturalnie wypełnia mi wolną przestrzeń, skoro tak nagle spadła na mnie. Za parę miesięcy pewnie będę odczuwać duży sentyment do świata z dziś. Chciałbym zawsze mieć 20 proc. czasu możliwego na pracę, zagospodarowane na rzeczy niezwiązane bezpośrednio z firmą. Mimo, że od dłuższego czasu stosujemy w firmie tę zasadę 80/20, to teraz jeszcze szerzej ją wykorzystuję. W czasie kwarantanny odważniej podróżuję też palcem po mapie snując kolejne plany. Tym razem jednak już bliżej, wolniej, drogą lądową i w mniejszej skali. Dodatkowo zdążyłem też zapisać się już na przekładany od lat kurs nauczyciela jogi u ulubionych nauczycieli. Robię to przede wszystkim dla samego siebie, ale też jako wykładowcy, facylitatora procesów czy konsultanta. Do tego wiem, że wspieram tym zakupem studio jogi i społeczność, która powinna przetrwać kryzys. W Change Pilots na co dzień pomagamy organizacjom nawigować proces zmian w produktach, usługach, czy modelach biznesowych. To jest szczególnie adekwatne teraz, dlatego z pewnością będę stale pomagał i wspierał te firmy, którym moje umiejętności i perspektywa mogą pomóc.

Co ta epidemia spowodowała i spowoduje według was?
Henryk: – Dziś szczególnie przydatne wydają się podejścia, którymi fascynuję się od dawna. Pandemia powoduje, że będziemy mogli w pracy z klientem odważniej wdrażać myślenie systemowe, które pomoże znaleźć nowe miejsca w przewartościowanym systemie relacji na rynku i w nowych ekonomiach. Jako system społeczny i ekonomiczny nie wrócimy „do tego, co było” – wiele firm upadnie, a produktów i usług nie będzie już potrzebnych w rezultacie tworząc puste lub nieadekwatne miejsca w systemie. Te miejsca można mądrze, od postaw uzupełnić. Dlatego pomoże też projektowanie cyrkularne pozwalające sprawniej wykorzystać to co jest. Znaleźć nie tylko optymalizację, ale nowe modele biznesowe poprzez zamknięcie obiegów. Spodziewam się, że coraz częściej naszą rekomendacją wzorniczą będzie to, aby nie projektować nic nowego, nie wytwarzać kolejnych wersji tego, co już jest. Design skupi się na tworzeniu nowych połączeń, nowych kombinacji istniejących już elementów, szczególnie w nasyconych i przesyconych ekonomiach. Tym bardziej foresight (prognozowanie i spekulatywność) w procesach projektowych zyska na znaczeniu poznając różne scenariusze przyszłości. Zamiast bać się kruchości, czy czarnych scenariuszy, pozwoli się z nimi oswoić i pracować. W moim zawodzie (projektowanie strategiczne) pojawi się więcej przestrzeni, aby pracować nie skupiając się tylko wzroście opartym o PKB równym zużytej energii. Wierzę, że jako firma B2B zbudowana na relacjach H2H (Human 2 Human), będziemy pogłębiać istniejące i wchodzić w zupełnie nowe typy relacji.

Justyna: – Mnie cieszy to, że abstrakcyjne koncepcje przyszłości, szczególnie te bardzo odmienne i niekomfortowe, stają się nam bliższe, bardziej realne i namacalne. Dziś o wiele więcej ludzi na świecie odczuwa niepewności i kruchość nas samych. Wydaje się, że świat zachodni przez ostatnie kilkadziesiąt lat zupełnie stracił umiejętność odczuwania tego ludzkiego elementu. Ostatnie tygodnie pokazały, że tzw. BANI world (kruchy/brittle, niepewny/anxious, nieliniowy/non-linear, niezrozumiały/incomprehensible) zdecydowanie wraca na salony „pierwszego” świata. Mam wrażenie, że dziś potrafimy lepiej sobie wyobrazić to, jak dalej może wyglądać nasz świat jeśli będziemy go prowadzić starymi, utartymi, wygodnymi ścieżkami. Wierzę, że relacja człowiek-natura zyska bardziej na wartości, sięgając o wiele dalej niż wolny dostęp do lasu.