Na osiedle domów atrialnych na warszawskiej Sadybie po 50 latach wrócili twórcy architektury – właśnie tutaj swój dom urządziła architektka Ewelina Moszczyńska.
Niskie budynki z płaskim dachem sprawiają wrażenie skromnych. Jasne elewacje z cegły przecinają rzędy wąskich okien z żaluzjami, a wejścia wytyczają daszki podtrzymywane przez metalowe słupki. Domy kostki, kaskadowo połączone, zawsze wzbudzały ciekawość nietypowym wyglądem. Złośliwi porównywali je do stajni, innych zachwycały prostotą i funkcjonalnością nowatorskich – jak na powojenne budownictwo – rozwiązań. To eksperymentalny zespół domów atrialnych na warszawskiej Sadybie – koncepcja innowacyjna i w kontrze do ekonomicznych, wielkopłytowych „drapaczy chmur”, które od końca lat 50. zaczęły piętrzyć się nad panoramą polskich miast.
Kto za tym stoi? W latach 60. XX wieku grupa architektów z Politechniki Warszawskiej dostała od miasta niewielką działkę w południowej części Mokotowa, by wybudować na niej mieszkania dla pracowników naukowych. Niestety okazała się zbyt mała, by pomieścić 10 domów wolnostojących, jak zakładano w projekcie.
Z sytuacji wybrnął Donat Putkowski, który zainspirowany architekturą skandynawską zaproponował budowę osiedla domów atrialnych. Miały być połączone łańcuchowo, a reprezentacyjne pomieszczenia każdego budynku – skierowane nie na zewnątrz, lecz na niewielki dziedziniec wewnętrzny. Putkowski zaplanował ich 12 – niedużych, o powierzchni użytkowej od 105 do 112 m kw., a sercem każdego uczynił zielone atrium.
Unikatowa kolonia zakładała dla każdego budynku rzut w kształcie litery L, który łączył ze sobą dwa skrzydła. W krótszym, otwierającym się dużymi oknami na dziedziniec, miały się znaleźć otwarta na salon kuchnia i niewielki gabinet przylegający do pokoju dziennego. Dłuższe skrzydło, doświetlone od ulicy wąskimi oknami, pomyślane było jako część prywatna, z sypialniami i łazienką. Prace ruszyły w czerwcu 1969 roku, a już trzy lata później do domów atrialnych wprowadzili się pierwsi lokatorzy, głównie profesorowie politechniki.
Architekci Ewelina Moszczyńska i Maciej Zawadzki znali dobrze to założenie. Wcześniej bywali tu służbowo i doceniali je, ale o mieszkaniu na Sadybie nie było mowy. Oboje związani ze Starym Mokotowem, tam szukali czegoś większego, kiedy na świecie pojawiły się ich córki. Maćkowi jednak domy atrialne nie dawały spokoju. „A nie chciałby pan kiedyś sprzedać domu?” – zadał mimochodem pytanie podczas przypadkowej rozmowy z jednym z mieszkańców. Odpowiedź była jasna, ale na wszelki wypadek wymienili się wizytówkami. Kilka miesięcy później zadzwonił telefon z ofertą sprzedaży. I wtedy… trochę się przestraszyli.
Poprzedni właściciele byli bardzo przywiązani do tego miejsca. Zachowali większość oryginalnych detali i właściwie niezmieniony układ pomieszczeń. Nowi postanowili kontynuować tę historię i nie robić wielkich rewolucji, a jedynie dostosować dom do swoich potrzeb. Wydzielili dodatkowy pokój dla córki, w miejscu dawnej toalety zrobili małe pomieszczenie gospodarcze, a tam gdzie dawniej był składzik ogrodniczy, zaprojektowali łazienkę. Nie ruszali oryginalnych elementów – kamiennych okładzin, kominka, drewnianej mozaiki na posadzce, a na zewnątrz zostawili niezmienione balustrady, furtkę i chodnik z płasko ciosanych kamieni. Na renowacje czekają jeszcze żaluzjowe okiennice.
Część wspólną tego domu wyznacza amfilada pomieszczeń – bez drzwi i podziałów. W centralnej części salon otwiera się ogromnym przeszkleniem na zielone, porośnięte bluszczem atrium, które po rozsunięciu drzwi staje się jego naturalnym przedłużeniem. W miejscu dawnego gabinetu zaprojektowali sypialnię. To jedyne zamknięte pomieszczenie w tej części domu – niewielkie, minimalistyczne, a w nim to, co najpotrzebniejsze, czyli łóżko i duża fornirowa szafa z mosiężnymi szufladami. Poza ubraniami kryje coś jeszcze, tzn. wejście do prywatnej łazienki. – Kiedyś był tutaj „domek ogrodnika” – śmieje się Ewelina. Przypomina o tym duże okno, które wstawili w miejscu drzwi wejściowych. Na jego tle zaprojektowali umywalkę wpuszczoną w marmurowy slab rozpięty pomiędzy fornirowanymi ścianami – odcień dębowych okładzin wybierali spośród 10 próbek, by zbliżyć je do koloru oryginału.
W domu Eweliny i Maćka wszystko jest klarownie powiązane, tak aby przestrzeń była jak najbardziej autentyczna, a wystrój odzwierciedlał prostotę i spokój architektury. Tu nie ma mowy o trendach, zmieniających się modach, sztucznie kreowanych stylach. Charakter definiują jakościowe materiały i funkcjonalne meble z historią. Większość upolowali na aukcjach.
Komplet jadalniany Cassiny z lat 70. jechał z Włoch okazyjnym transportem, a mobilny barek wypatrzyli na Instagramie krakowskiego antykwariatu – wygląda, jakby stał tu od zawsze. Uwagę przykuwa „strunowy” fotel Harpa, projekt Jørgena Hovelskova z 1968 roku – ma rzeźbiarską konstrukcję, która rzeczywiście wygląda jak napięte na tekową ramę struny harfy. Nie tylko zjawiskowo zdobi salon, ale podobno jest bardzo wygodny.
Ewelina Moszczyńska
Rocznik 1984. Ukończyła studia architektoniczne na Politechnice Warszawskiej, po czym wyjechała do Danii, gdzie pracowała w renomowanych biurach. Po powrocie do Polski prowadziła pracownię MP Studio oraz butikowy sklep Collage. Obecnie rozwija markę Ewelina Moszczyńska Studio, tworząc projekty wnętrz mieszkań, domów i przestrzeni komercyjnych w Polsce i za granicą.
Do jej realizacji należy m.in. warszawska restauracja R20, nagrodzona gwiazdką Michelin. W tej chwili kończy przebudowę domu na południu Portugalii, a także kilka projektów wnętrz usługowych w Warszawie i Poznaniu.



