PIERWSZA ROCZNICA ŚMIERCI ALEKSANDRA FRANTY. PUBLIKUJEMY OSTATNI WYWIAD JAKIEGO UDZIELIŁ JEDEN Z NAJWYBITNIEJSZYCH POLSKICH ARCHITEKTÓW

ROZMAWIA: EWA TRZCIONKA, ZDJĘCIA: MARIUSZ GRUSZKA

KATOWICE 1.5.2020

ARCHITEKTURA LUDZIE

To ostatni wywiad, jakiego udzielił jeden z najwybitniejszych polskich architektów – Aleksander Franta. Zmarł 1 maja 2019 roku w Święto Pracy. Dość przewrotnie jak na człowieka, który mówił o sobie: „Pracowałem zaciekle!”. Jego dzieła są symbolami: Teatr Ziemi Rybnickiej, katowickie Osiedle Tysiąclecia z charakterystycznymi „kukurydzami” czy ustrońskie „piramidy” wpisane do „World’s Architecture of XXth Century”, czyli w poczet najlepszej światowej architektury XX wieku. Skąd wziął się geniusz Aleksandra Franty? 

Rozmowa została zarejestrowana jesienią 2016 roku podczas zdjęć do filmu „Uzdrowisko. Architektura Zawodzia” – dokumentu o jednym z najwybitniejszych architektoniczno-urbanistycznych dzieł Aleksandra Franty, Henryka Buszki i Tadeusza Szewczyka – dzielnicy rehabilitacyjno-leczniczej Zawodzie w Ustroniu. Film produkcji NOX Studio wyreżyserowany przez Ewę Trzcionkę był pokazywany na wielu festiwalach, między innymi: Arquiteturas Film Festival Lisboa 2018 (nagroda – Best New Talent); Modernism Week and Architecture Design Art Festival, Palm Springs 2018; The Architecture Film Festival Rotterdam 2018; Istanbul International Architecture and Urban Films Festival 2018; Archcine, Brasilia 2018. W listopadzie 2019 roku odbędzie się niemiecka premiera filmu w ramach Cottbus Film Festival.



Z Panem Aleksandrem Frantą spędziłam niemal cały dzień. Z perspektywy czasu oceniam to spotkanie jako jedno z najważniejszych w moim życiu. 

W październiku 2016 roku zostałam zaproszona przez producenta Kamila Śliwkę do współtworzenia filmu dokumentalnego o dzielnicy w beskidzkim Ustroniu zaprojektowanej w latach powojennych przez trio – Aleksander Franta, Henryk Buszko i Tadeusz Szewczyk. Miejsce znałam od dziecka, ponieważ pochodzę z tamtych stron – charakterystyczne, trójkątne domy wczasowe odczuwałam jako wyjątkowe już wtedy, jednak o ich fenomenie przekonałam się dopiero w miarę budowania swojej świadomości. Oczywiste stało się, że tworzenie dokumentu trzeba zacząć od rozmowy z Aleksandrem Frantą, ostatnim żyjącym architektem dzielnicy leczniczo-rehabilitacyjnej Zawodzie. W spotkaniu z ponaddziewięćdziesięcioletnim twórcą pomógł ustronianin Mateusz Bielesz, pasjonat i inicjator filmu.

Na rozmowę przed kamerami wybraliśmy przycupniętą w na wpół dzikim ogrodzie modernistyczną willę, którą architektoniczne trio zaprojektowało dla generała Ziętka, wojewody śląskiego z czasów PRL. Zaraz za płotem jest podobna – zbudowana dla sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Pan Aleksander w towarzystwie syna Piotra Franty zjawia się w nienagannym garniturze ze starannie zaczesanymi do tyłu białymi włosami. Twórca, erudyta, człowiek o wysokiej kulturze, spełniony i dowcipny. Autorytet.

Po skończeniu zdjęć do filmu z rozbudowanymi wypowiedziami o genezie Zawodzia, już poza kamerami, kiedy ekipa składała sprzęt, postanowiłam dowiedzieć się, gdzie jest źródło geniuszu Aleksandra Franty.

Panie Aleksandrze, w sposobie komponowania architektury w pejzażu widać, że doskonale Pan „czuje” przyrodę. Skąd u Pana taka umiejętność? Większość życia spędził Pan przecież w wielkich miastach.
Podhale to 1/4 mojego pochodzenia. Jestem krakusem, Ślązakiem, Podhalaninem i warszawiakiem. Urodziłem się w Krakowie, gdzie mieszkałem pierwsze pięć lat. Ojciec był prawnikiem po UJ z doktoratem, był specem do spraw kredytów i wysoko cenionym pracownikiem Banku Polskiego. Został przeniesiony do Katowic i tam zacząłem chodzić do szkoły. W ’35 roku ojca ponownie przeniesiono, tym razem do Warszawy.

Jednak kiedy przeszedłem ze szkoły katowickiej do warszawskiej, miałem trudności z matematyką. Powiedziałem o tym rodzicom. Chcieli mi dać korepetycje, jednak poprosiłem, żeby poczekali, bo sam chcę się z tym zmierzyć. Miałem wtedy 10 lat i musiałem zacząć myśleć! To jest ważna dla mnie okoliczność, bo ja naprawdę wtedy zacząłem ruszać głową.

Byłem nieśmiałym dzieckiem, więc rodzice wysłali mnie do gimnazjum w Zakopanem, gdzie przez rok mieszkałem u rodziny. Tam sam przełamywałem swoją nieśmiałość, bardzo dobrze mi to zrobiło. Ale to taka dygresja.

Dziadek był budowniczym, razem z babcią mieli dom w Nowym Targu przy moście na Czarnym Dunajcu. Przyjeżdżaliśmy tam regularnie z rodzicami na spotkania w zimie i lecie. Jednym z moich idoli był młodszy brat mamy, który skończył Politechnikę Lwowską. Był inżynierem chemikiem, chodziłem z nim w Gorce, on mnie wprowadzał w Tatry, podobnie jak robiło to wielu innych członków mojej rodziny. Mieliśmy kajak i jako dzieci, z dwoma młodszymi braćmi, pływaliśmy po Dunajcu. Również z wujem, na jego własnej roboty łódce, przemierzałem Pieniny. Potem po wojnie sam z kolegami stworzyłem trzy takie podobne łodzie w domu dziadków. I też robiliśmy spływy. Aż do Nowego Sącza, skąd wagonami towarowymi wracaliśmy do Nowego Targu. Mówię o tym dlatego, bo ja się wychowywałem w mieście, ale byłem w stałym kontakcie z Tatrami, Gorcami, Dunajcem, Pieninami. A przez ten rok w Zakopanem, jako uczeń gimnazjum zakopiańskiego, sam chodziłem pieszo zimą co niedzielę na Kasprowy, żeby ten raz zjechać na nartach.

Przeżył Pan II wojnę światową jako nastolatek. Jak Pan pamięta ten czas?
W czasie okupacji 6 września ojca z rodziną ewakuowano z Warszawy specjalnym transportem na wschód. Uciekaliśmy autobusami, szwajcarskimi Saurerami, wypchanymi bankowymi rodzinami jako kamuflaż złota, które w skrzynkach leżało na podłodze. Dlatego nocowaliśmy w bankowych schronach w Warszawie i Łucku. Ale postępy Niemców były tak szybkie, że złoto musiało natychmiast jechać na południe. Zostawili tylko paru konwojentów z transportem złota, a rodziny robiły ze sobą, co mogły. Myśmy się znaleźli w Pińsku, 17 września dostaliśmy kwaterę od Banku Polskiego, ale wieczorem wkroczyli już Rosjanie. Więc przez trzy miesiące przebywaliśmy u wuja mojej matki, który był nadleśniczym w Kosowie Poleskim. Ostrzegli go i razem z wujem zwinęliśmy się stamtąd w sylwestra 1939 roku. W kwietniu ’40 roku były już stamtąd pierwsze wywózki na Sybir, więc zmyliśmy się na czas. Wtedy znaleźliśmy się już z powrotem za Sanem. Po kilku dniach przymusowej kwarantanny dotarliśmy w domu dziadków w Nowym Targu, gdzie razem z mamą i braćmi przetrwaliśmy całą okupację.

Co w Pańskim życiu działo się podczas okupacji? Czy życie może biec normalnie, kiedy dzieją się takie straszne rzeczy?
To był szok dla wszystkich, dla mnie też, że kampania się tak szybko potoczyła, mimo że przecież wiedzieliśmy o pakcie Ribbentrop-Mołotow i spodziewaliśmy się najgorszych zdarzeń. Naszej rodziny akurat nic złego nie spotkało, przepchaliśmy się z Warszawy przez ten Wołyń do Nowego Targu. Z okupacji wyszedłem z maturą osiągniętą w tajnym nauczaniu. Zdawałem w ’44 roku w styczniu w Nowym Targu i Zakopanem. W czerwcu dostałem dyplom technika melioracji. W technikum miałem wykłady z budownictwa, które prowadził Jerzy Mokrzycki, jeden z „Tygrysów” [autorski zespół architektów utworzony w latach 30. XX wieku na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej przez Wacława Kłyszewskiego, Jerzego Mokrzyńskiego, Eugeniusza Wierzbickiego. Autorzy między innymi budynku dworca PKP w Katowicach i siedziby KC PZPR w Warszawie – przyp. red.]. Tak nas uczył, że z tego technikum melioracyjnego w Nowym Targu pięć albo siedem osób poszło na architekturę. Byliśmy tam obaj z Henrykiem [Henryk Buszko – wybitny architekt, wieloletni współpracownik Aleksandra Franty – przyp. red.].

Gdzie najbardziej lubił Pan chodzić w Tatrach?
Nie byłem wspinaczem. Chodziłem po turystycznych trasach. Gdy miałem 10 lat, to jedna z moich ciotek zabrała mnie przez Gąsienicową do Pięciu Stawów, do Morskiego Oka i z powrotem. Chodziłem po Orlej Perci. Najpierw z moimi starszymi kuzynami z Zakopanego i z wujem z Nowego Targu. Potem to ja prowadziłem w góry. Również moją przyszłą żonę. Potem Piotra i Hanię – moje dzieci. Przechodziliśmy przez wszystkie polskie trasy turystyczne. Ale też chodziliśmy po niedocenianych, ale cudownie pięknych, łagodnych Gorcach, jedynych górach, które pokazują panoramę Tatr w słońcu, wyłażącą ponad chmury leżące nad nowotarską doliną… Przepiękne! Przepiękny widok.

Co jeszcze, prócz przyrody, kształtowało Pana wrażliwość jako architekta?
Dobre pytanie. Przez moje okoliczności życiowe byłem przygotowywany do zawodu. W Warszawie chodziłem do szkoły mazowieckiej na ul. Klonowej [Szkoła Powszechna Towarzystwa Szkoły Mazowieckiej – przyp. red.]. Mieliśmy mieszkanie w tym samym bloku urbanistycznym na ul. Flory 7. Dlaczego ja jako 10–11-latek z uwagą przyglądałem się podwójnej willi na rogu Klonowej i Flory, dowiedziałem się dopiero po latach. Projektował ją Bohdan Pniewski [mowa o willi na ul. Klonowej 6–8 – przyp. red.]. Nie wiedziałem, że to on, choć znałem to nazwisko z prasy, gdzie pokazywano jego projekty Świątyni Opatrzności Bożej z dwiema wieżami, podziwiałem jego szkice. Był to wybitny człowiek. Już jako dziecko wiedziałem, kto to jest architekt.

Kto jeszcze wpłynął na budowanie Pana umiejętności i świadomości?
Okoliczności życia skłaniały mnie do zawodu architekta, byłem do niego świetnie przygotowany dzięki ludziom, z którymi się stykałem. W rysunku byłem samoukiem, ale miałem w Nowym Targu nauczyciela Józefa Mroszczaka, męża kuzynki, znakomity facet! [Józef Mroszczak – jeden z najwybitniejszych polskich grafików, twórca tzw. polskiej szkoły plakatu – przyp. red.]. Uczył techniki reklamy. To on mówił nam podstawowe rzeczy dotyczące widzenia koła kolorów. To był mistrz bajczenia, czyli opowiadania niestworzonych rzeczy jako prawdziwych. Słuchało się go z otwartymi ustami, choć wiedziało się, że on łże w sposób zupełnie fenomenalny! Bardzo był lubiany. Lubiliśmy naszych wszystkich profesorów, to byli wspaniali ludzie.

Tak się składało, że każda szkoła, do jakiej chodziłem, była znakomita, ale jak spotkałem w Nowym Targu tych moich dwóch kolegów, których znałem jeszcze sprzed wojny [architekci Henryk Buszko i Jerzy Gottfried, którzy przez lata współpracowali z Frantą – przyp. red.], zanim uruchomiono szkolnictwo zawodowe, to przecież każdy opowiadał o wojnie. Swoje uwagi, doświadczenia. To był czas, kiedy zaczęliśmy rozmawiać. Chodziliśmy po Nowym Targu, w góry, rozmawialiśmy zaciekle. 14-latek to jest człowiek obserwujący i myślący, zszokowany do cna, ale szukający przyczyn tego, co się stało. Ja dzisiaj wiem, że przez te rozmowy we dwóch–trzech bardzo się rozwinąłem. Na uniwersytet wtedy mnie nie ciągnęło. Te rozmowy to było moje uniwersyteckie seminarium! Nieustanne seminarium, które zawdzięczam kolegom, z którymi szukałem wymiany myśli.

Wspomniał Pan, że pejzaż jest jak utwór muzyczny – są w nim tło i dominanty. Jakie miejsce w Pańskim życiu zajmuje muzyka?
Dość regularnie chodziliśmy z żoną do filharmonii katowickiej, a jako uczeń byłem prowadzony na poranki muzyczne do filharmonii warszawskiej, więc z muzyką w sposób naturalny się oswajałem. Z pewnością moja nauka gry na skrzypcach też mi pomogła w rozumieniu tej zależności pomiędzy dźwiękami, które trwają w czasie, z których się część wybija, a inne cichną i stanowią tło wyeksponowanych dźwięków.

Pan widzi konstrukcję utworów?
Ja ją naturalnie rozumiem, ale to nie jest tak, żeby muzyka mi podsuwała obrazy. Widzę ją raczej graficznie, jako skupiska, akcenty, dominanty i tło. Trochę mnie denerwuje, jak mi podpowiadają, że akurat w tym koncercie jest burza, a teraz cisza i spojrzenie na łagodność przyrody. To do mnie nie dociera wcale… Muzyka jest muzyką, odbiór plastyczny to zupełnie coś innego. Z rodzicami chodziłem w Warszawie na wystawy do Zachęty, gdzie oglądałem malarstwo. Ono na mnie też nie działało bardzo silnie, to były dla mnie obrazy, które ja po prostu rozumiałem. Wtedy jeszcze to abstrakcyjne ujęcie malarstwa się nie ujawniło, więc krowy na pastwisku były dla mnie po prostu krowami na pastwisku, które znałem z życia. Taką dygresję Pani opowiem. Do Warszawy przyjeżdżał Barbacki [Bolesław Barbacki – przyp.red.] – malarz, kolega taty z gimnazjum w Nowym Sączu. Świetny portrecista! Mieszkał u nas po kilka dni, opowiadał kiedyś, jak malował postać „staruszka, który miał siedemdziesiąt kilka lat”. Gdy ja miałem 70 lat, przypomniałem sobie tę sytuację i w ogóle się za „staruszka” nie uznawałem. (śmiech)

A jak patrzy Pan na swoje życie dzisiaj?
Ja dzisiaj, jako ponad 90-latek, mówię od siebie. Wyrażam swoje wrażenia i poglądy. Usiłuję przypomnieć sobie dawne czasy i lata współpracy z kolegami: pierwsze 10 lat we trzech z Jerzy Gottfriedem i Henrykiem Buszko, potem kolejne 40 lat tylko z Henrykiem. Zrobiliśmy naprawdę bardzo dużo urbanistyczno-architektonicznych rozwiązań. Z ich ilości i jakości zdałem sobie sprawę dopiero niedawno, robiąc retrospektywę.

A ponieważ wyszliśmy z najlepszej na świecie szkoły [mowa o Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie – przyp. red.], to chcieliśmy to robić najlepiej, jak się da! Pracowałem całe życie jak wściekły! Dosłownie jak wściekły!

Poruszę jeszcze raz zagadnienie wpływu architektury na przyrodę. Jak Pan widzi ten styk i jak Pan jako architekt podchodzi do sprawy gwałtownej urbanizacji świata?
Tak jak już mówiłem, byłem z przyrodą związany od dziecka, znałem Podhale i ono odgrywało w moim życiu ogromną rolę. Rozmawiając wiele z moimi kolegami, wiedzieliśmy, że ludność świata rośnie nieprawdopodobnie gwałtownie. Aż trzykrotnie wzrosła w ciągu mojego życia! Miasta zajmują coraz większy obszar. Byliśmy młodzi, ale świadomi i umysłowo aktywni. Zawsze staraliśmy się temat porządnie omówić i porządnie argumentować. I przepraszam, że to powiem, ale ja zawsze wiedziałem, że trzeba szanować przyrodę! Że jeśli się wchodzi w teren otwarty, to się tę przyrodę uszczupla. A ona jest dla nas ogromną, nieocenioną wartością. W każdej sytuacji: miejskiej czy w terenach otwartych, w szerokiej skali rozumienia, budując, uszczuplamy nasze przestrzenne środowisko. Trzeba bardzo starannie, dokładnie i uważnie projektować, aby tej przestrzeni nie marnować, żeby nie wchodzić w przestrzeń z pytaniem: „Co jest ważniejsze? Przyroda czy architektura?”. Bo architektura ma być odczłowieczą częścią przestrzeni, w której żyjemy. Naszą powinnością jako gatunku ludzkiego jest porządne gospodarowanie tą przestrzenią i porządne urządzanie wszechświata. Nie tylko wygodne dla nas, ale również żeby w jak największym stopniu oszczędzać przyrodę. My to podejmujemy jako gatunek wiodący, ale podejmujemy się tego dzięki świadomości, którą dostaliśmy w drodze ewolucji, dzięki umiejętnościom, które przyniosła nam cywilizacja, i dzięki rozwijającej się pozytywnej relacji do naszych współbraci ludzi i do naszych braci mniejszych, jak zwykł mówić św. Franciszek z Asyżu. Kiedy byłem we Włoszech, specjalnie pojechałem do Asyżu, żeby zobaczyć to miasto. Cudownie piękne miasto. Popatrzyłem na Giotta, na jego malunki na chyba romańskiej architekturze [mowa o freskach w bazylice św. Franciszka z Asyżu – przyp. red.]. Obszedłem miasto od najniższego do najwyższego punktu. To zostało mi w pamięci, tkwi i wraca do mnie.

Sporo Pan rozmyśla, wspomina. Wiem, że dużo z tych przemyśleń zapisuje Pan w zeszytach.
Swoje życie zaczyna się pamiętać dopiero od 4.–5. roku życia i to scenami fragmentarycznymi. Kiedyś tam zaczyna się myśleć. Nie każdemu się jednak zdarza, że musi myśleć odpowiedzialnie i samodzielnie. A już niewielu zadaje sobie pytanie: „Jak ja myślę?”. Wiem, że świat się poznaje ekstraspekcją: zmysłami, mózgiem, ale poznaje się również poprzez wgląd w siebie i właśnie kiedyś starałem się odpowiedzieć sobie na pytanie: „Jak ja myślę?”. Miałem wtedy może 50 lat. Chodziłem wtedy w Tatry z wnukami. Na Polanie Chochołowskiej, niedaleko schroniska, była bacówka; tam położyłem się na trawie z plecakiem pod głową i zadałem sobie to proste pytanie. Nie spodziewałem się odkrywania Ameryki. Zacząłem myśleć nad odpowiedzią i ogarnęło mnie przerażenie! Myśli uciekały mi co moment w dygresje: w lewo, w prawo, do góry, w dół, no więc sobie pomyślałem: „Uważaj, musisz myśleć porządnie, tak by uzyskać ciąg zależności w myśleniu”. Znów to taka przechwałka z mojej strony: ja myślę ciągami. Mogę myśleć i zaczynać myślenie w każdej sytuacji, w której jestem, i te ciągi się toczą. Niektóre zwracają moją szczególną uwagę. Niedawno zbudziłem się rano. Trochę półprzytomny, półsenny, i zacząłem myśleć. Uruchomiłem wyobraźnię i te moje ciągi myślenia. Zainteresowało mnie to bardzo. Rano opowiedziałem córce ten niby-sen, a ona powiedziała mi tak: „Usiądź i zapisz to, co myślałeś, bardzo Cię o to proszę”. Usiadłem i zapisałem. To trwało cały dzień. Mam ten tekst…

[przerwany wątek rozmowy, po powrocie zaczęliśmy od poszukiwania inspiracji w sztuce]

Jakie dzieła Pana poruszają?
Doceniam naszych wielkich polskich malarzy: Wyczółkowskiego, Makowskiego, a szczególnie Wyspiańskiego – bardzo go cenię i lubię. Bardzo lubię ostatnio zmarłego Wajdę – widziałem wszystkie jego filmy i wszystkie mnie zachwycały, byłem pod wrażeniem, jak on to świetnie robi. Przedwczoraj w telewizji widziałem taką zbitkę z „Pana Tadeusza”, który mnie zachwycił obrazem, muzyką i grą aktorską. Bardzo cenię i znam na pamięć fragmenty Tuwima. Mając jakieś 50 lat, byłem pacjentem sanatorium koło Wałbrzycha. Kupiłem w księgarni „Kwiaty polskie” Tuwima. Przeczytałem i zachwyciły mnie. Wróciłem do domu i zacząłem ponownie czytać „Pana Tadeusza”, poruszył mnie tak mocno, że wydawało mi się, że czytam, klęcząc, taki był fenomenalny.

Sławomira Mrożka miałem na liście swoich studentów w ’45 roku, kiedy pracowałem na UJ jako asystent. Dziś uważam, że jest jednym z tych naszych „wielkich”! Następnie: Lem, Gałczyński. Hania, moja córka, ostatnio przypomniała mi wiersz „Sen psa” [Tadeusza Chyły – przyp. red.], którego chcę przytoczyć fragment:

Już jesień jest, niestety,

Deszcz chlupie, chlup, chlup, chlup,

Spadają z drzew kotlety,

A wszystkie do mych stóp.

Napisałem nawet taki tekst, który był rozwinięciem snu owego psa. Potem mi się zdarzyło opisać „sen człowieka o szczurze”, czyli właściwie to, co mi się przyśniło – rozmowa ze szczurem.

Może mi Pan opowiedzieć tę rozmowę człowieka ze szczurem?
Sen sobie zapisałem i kilkanaście razy czytałem z zainteresowaniem. Ale on nie jest do opowiedzenia w dwóch słowach, bo to jest kilkanaście stron tekstu! Szczur mi opowiadał nadzwyczaj ważne rzeczy, bo to bardzo inteligentny gatunek.

Wiem, bo mam w domu szczura Franciszka.

Żartuje Pani! Żyjecie w przyjaźni?

Tak.

To proszę mu przekazać ukłony ode mnie. (śmiech)

Ale naplotłem Pani na koniec. (śmiech)

***
Dziękuję Panu Piotrowi Francie za wsparcie i pomoc w realizacji materiału. 

***
Aleksander Franta (ur. 1 lutego 1925 roku w Krakowie, zm. 1 maja 2019 roku) – polski architekt, laureat Honorowej Nagrody SARP (1975). Zajmował się też teorią architektury. 5-krotnie był sędzią konkursów międzynarodowych, a krajowych – 90-krotnie. Uczeń szkół powszechnych w Katowicach (1930–1935), Warszawie (1935–1938) i gimnazjum w Zakopanem (1939). W czasie II wojny światowej ewakuowany z Warszawy, przez Wołyń, Polesie, Lwów i Przemyśl dostał się do Nowego Targu. Absolwent Technikum Wodno-Melioracyjnego w Nowym Targu (1941–1944). Studia w zakresie architektury rozpoczął na filii Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej w Zakopanem. Od drugiego roku naukę kontynuował na Wydziale Architektury AGH w Krakowie (gdzie w 1949 roku uzyskał dyplom). W latach 1945–1947 był tam młodszym asystentem, a do 1952 roku – asystentem. Od 1949 roku pracował w Miastoprojekcie Katowice jako projektant w zespole z Henrykiem Buszką i Jerzym Gottfriedem (tzw. Zielone Konie). Od 1958 roku prowadził z Henrykiem Buszką samodzielną autorską Pracownię Projektów Budownictwa Ogólnego (PPBO) w Katowicach. W latach 1959–1961 był przewodniczącym katowickiego oddziału SARP. W latach 1970–1979 wykładał na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej. Z żoną Danutą miał syna Piotra i córkę Annę – oboje zostali architektami. Jego synowa Ewa, wnuk Julian oraz wnuk Maciej również zostali architektami.

Aleksander Franta ur. 1 lutego 1925 roku, zm. 1 maja 2019 roku.