GIULIO CAPPELLINI. BIZNESMEN DOBRZE ZORIENTOWANY

MEDIOLAN 18.8.2016

DESIGN LUDZIE

Giulio Cappellini. Biznesmen, projektant, trendsetter, twórca najciekawszej awangardowej włoskiej marki meblowej. Dla niego design to biznes. Podkreśla, że dobry design nie kreuje bestsellerów tylko longsellery. O fenomenie lat 50., sposobach na przyszłość oraz radzeniu sobie z kryzysem, dziećmi i projektantami rozmawia z Ewą Trzcionka, redaktor naczelną „Design Alive”.
W 1989 roku do zajęcia się projektowaniem przekonał rockowego muzyka i majsterkowicza Toma Dixona, dziś czołowego brytyjskiego dizajnera. Pod jego okiem, w pocie czoła Holender Marcel Wanders tworzył swój charakterystyczny styl. Z Marka Newsona, artysty konceptualnego stworzył projektanta przemysłowego. Mówią o nim łowca talentów, trendsetter i awangardzista włoskiego designu. Wbrew pozorom, konfrontacja z Cappellinim, jednym z najlepszych strategów w branży wyposażenia wnętrz to serdeczne spotkanie z dżentelmenem, pełnym serdeczności i włoskiej klasy.

Jak to jest być stale w biegu?
– Wiele podróżuję i mówiąc szczerze uwielbiam to. Spotykam nowych ludzi, młodych studentów, obserwuję co się dzieje w świecie. Atmosfera w Polsce jest niezwykła, bardzo dynamiczna, wszystko iskrzy. W tym samym czasie zachodnia część Europy ma kłopoty, szczególnie Włochy, Hiszpania. Rynek zwalnia też w Wielkiej Brytanii, Holandii, Francji. Dlatego tak ważne dla mnie jest, by zrozumieć w jakim kierunku klient w tych krajach kieruje swoją uwagę. Odbyłem szereg spotkań i okazuje się, że młodzi ludzie chcą kupować nowe rzeczy, ale z historią. Chcą ponadczasowych produktów. Są w stanie wydać na nie więcej, ale rozważniej, bo traktują je jak inwestycje, a nie wydatek. I to jest świetny rynek dla naszych najbardziej wysublimowanych produktów uznawanych za ikony. Z drugiej strony próbujemy tworzyć produkty bardziej przystępne. Większość fanów Cappellini to młodzi ludzie. Lubią Cappellini, ale ich na nas nie stać. Więc to nad czym teraz pracujemy z Jasperem Morrisonem oraz Ronanem i Erwanem Bouroulecami to zaprzeczenie stereotypowi z przeszłości, że design na wysokim poziomie to wysoka cena. Staramy stworzyć produkt o bardzo wysokiej jakości w ujęciu projektowym, technologicznym i materiałowym, ale za przystępną cenę i to jest wielkie wyzwanie dla projektowania dla przyszłości.

Jesteśmy w bardzo ciekawych czasach, wszystko ulega przedefiniowaniu. Jaki jest nowy konsument?
– Jeśli chodzi o Cappellini, to nasz klient dużo podróżuje, chłonie różne kultury. Lubi miksować je na swój sposób. Wybiera rzeczy różnych epok, światów, różnych projektantów i marek i śmiało je łączy. Więc to pierwsza zmiana – potrzeba wolności łączenia i tworzenia, a druga, której z uwagą się przyglądamy, to zmiana skali. Choć nasz klient, ten z dużego miasta, jest zamożny to nie mieszka w wielkim apartamencie. Powierzchnia mieszkań kurczy się i nie ma już w nich miejsca na przeskalowane wielkie meble, które łatwo robią wrażenie. Wyzwaniem dziś jest wydobyć piękno z małego obiektu. Tu liczy się perfekcja i precyzja, dwa-trzy milimetry robią różnicę. Ten koncept zmiany skali oznacza tworzenie produktów dopasowanych do ich życia. To przybliża design ludziom. Przez zbyt wiele lat design był do podziwiania w muzeum sztuki. Ludzie nie postrzegali tych obiektów jako czegoś, co mogą sobie stawić do domu. Więc ta zmiana skali i atmosfery wokół designu jest bardzo ważna, by czynić go bardziej przyjaznym i dostępnym.

Wspomina pan o marce Cappellini, ale jest pan zaangażowany również w inne firmy włoskie.
– Wiele z włoskich marek zorientowanych na design jest świetnie rozpoznawanych w świecie. Są w muzeach designu i galeriach. Nowy scenariusz pokazuje jednak, że ten świat jest dla nich wszystkich za mały. Stąd decyzja, by w 2003 roku połączyć ze sobą marki Poltrona Frau, Cassina i Cappellini. Poszukiwanie wewnętrznej synergii, wspólnego produkowania, zdobywania rynków nie znaczy jednak, że marki tracą swój unikalny charakter. Poltrona Frau to klasyczny włoski styl, Cassina to modernizm i współczesność, a Cappellini to awangarda. Dbamy o tę różnorodność i największą tragedią byłoby, gdyby patrząc na nowy produkt nie można było rozpoznać, która to marka.

Giulio_Cappellini_designalivemag - 2

No właśnie, pan najlepiej wie, jak tworzy się silne marki i dba o ich rozpoznawalność. Jest na to jedna instrukcja?
– Na to składa się wiele elementów, które muszą „zagrać”. Wiem, że to nie łatwa sprawa dla młodych projektantów, znaleźć w Polsce firmę, która pojmuje design jako nową formę biznesu. Jednak polskie zakłady przemysłowe to wspaniała jakość. Wiele światowych marek, również tych z najwyższej półki, właśnie tu produkuje swoje meble, robi tak np. Vitra. Ta sytuacja twórczego iskrzenia, o którym wspomniałem, przypomina mi Włochy lat 50., początku wielkiego fenomenu włoskiego designu. Wtedy to grupa młodych projektantów, wśród nich Gio Ponti i bracia Pier Gicomo i Achille Castiglioni oraz młodych przedsiębiorców jak Piero Gandini z Flos, Cesare i Umberto Cassina z Cassiny, Giulio Castelli z Kartella, mocno uwierzyła, że design to nowa forma biznesu. I ta niewielka grupa ludzi zapoczątkowała wielki długofalowy fenomen włoskiego designu. Nowej marki nie da się stworzyć w pół roku. A istniejące firma nie przestawi się natychmiast na design, tracąc dotychczasowy rynek i szukając nowych. To musi trwać, krok po kroku. I widzę wielkie szanse, by w Polsce tworzyć dla rynku globalnego i lokalnego.

Co ma pan na myśli, mówiąc o szansach?
– Wpadł mi w ręce katalog z wystawy polskiego dziedzictwa designu („Chcemy być nowocześni. Polski design 1955-1968 z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie” – przyp. red.), wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wiedziałem o waszych projektowych tradycjach, jednak nie spodziewałem się ujrzeć czegoś tak olśniewającego. Byłem zdumiony pięknem prezentowanej ceramiki, tkanin, szkła. Fantastycznych i tak ponadczasowych form. Dowiedziałem się, że w większości to pozostałości po latach 50. i 60., które nigdy nie weszły do masowej produkcji. A to wielka szkoda. Choć nic straconego. Te projekty powstawały pół wieku temu, a nadal są aktualne formą. Robienie czegoś nowego nie zawsze oznacza projektowania nowych produktów. Czasem istotą jest odszukanie projektów, które utknęły w historii na etapie małej serii lub prototypu i wprowadzenie ich na rynek. Taka jest też nasza idea – dobry design nie kreuje bestsellerów tylko longsellery – produkty, które przetrwają lata. Sam kupiłem ostatnio krzesła zaprojektowane przez Arne Jacobsena w 1950 roku. Nie kupuję rzeczy modnych. Wiele osób uważa design za coś modnego na teraz. Jednak dobrze zaprojektowany produkt jest na wiele kolejnych lat. Cieszę się, że obserwuje się światowy trend i nawet młodzi ludzie wracają do klasyków z lat 50.

Jak tworzy się takie longsellery, Cappellini ma ich sporo w swojej ofercie?
– Tworząc nowy przedmiot nie staramy się tworzyć dziwnych rzeczy, tylko przedmioty o silnej osobowości. Wiele starych projektów Toma Dixona, Jaspera Morrisona czy Marka Newsona sprzed 20 lat sprzedaje się teraz lepiej niż kiedyś. Bo kiedy działasz innowacyjnie, efekt jest na ów czas niezrozumiały, dopiero po latach zyskuje uznanie w oczach klienta. W moim odczuciu najpiękniejsze kształty powstały w latach 50. i 60. Nawet patrząc na projekty Dixona, Bourouleców, czy Morrisona można dopatrzyć się tamtego dziedzictwa. Teraz mamy możliwość brać stare kształty i interpretować je używając nowych technologii i materiałów. To nie tylko nasza refleksja. Tak jak stało się ze znanym krzesłem Vernera Pantona. Początkowo niebagatelnie drogi, bo z włókien szklanych, 40-50 lat później dzięki nowym technologiom i materiałom staje się osiągalnym produktem i ekonomicznym sukcesem marki Vitra.

Czy to nie jest czasem sposób radzenia sobie z kryzysem i reakcja na globalną nadprodukcję?
– Oczywiście. Robimy mniej produktów. I częściej pytamy, czy nowość jest lepsza od projektu sprzed 10 lat, czy w ogóle jest potrzebna? Rocznie na rynek trafiają tysiące nowości, a my zapamiętujemy najwyżej 30. Refleksja o nadprodukcji i kryzys sprawiły, że zamiast myśleć o nowych produktach, szukamy nowych ścieżek sprzedaży, ale też rewidujemy stare produkty. Przeprojektowujemy je, nie wizualnie lecz inżynieryjnie. Obniżamy koszty i cenę. Tak stało się przykładowo z sofą Basket braci Bourouleców, kiedyś cenowo niedostępna, teraz to dobrze sprzedający się produkt za niższą o 35 procent cenę.

Nowy konsument wiele podróżuje, podobnie jak pan. Jak udaje się łączyć życie prywatne z zawodowym?
– Z trudem! (śmiech!) Mam trójkę dzieci: Constanza ma 22 lat, Giovanni 18 a Margherita 15. Kiedyś przy ojcowskich rozmowach o przyszłości powtarzałem "Możecie robić co chcecie, pod warunkiem, że w mojej firmie!" Dziś jestem nieco mądrzejszy i mówię, że jeśli zechcą dołączyć do firmy, to chętnie ich wprowadzę, jeśli nie, to droga wolna. Constanza wcale nie jest zainteresowana designem czy architekturą. Syna fascynują silniki i maszyny, ma umysł techniczny i bardziej nadaje się do Ferrari niż do Cappellini. (śmiech!) Najmłodsza jest najbardziej kreatywna. Rossana Orlandi (charyzmatyczna właścicielka galerii sztuki i designu w Mediolanie – przyp. red.) jest jej idolką! Margherita wychowywała się wśród designu. Te kolacje z projektantami, rozmowy, przedmioty wkoło. To ją kształtuje od dziecka. Koledzy pytają ją "jak możesz mieszkać w muzeum sztuki współczesnej i designu?" A dla niej to jest zwyczajna codzienność.

A co z wspólnym czasem?
– Nie jest łatwo, zwłaszcza teraz kiedy dorastają. Kiedy pytam, czy wybierzemy się razem na pizzę i pogadamy, zdarza mi się usłyszeć "Przecież ciebie nigdy nie ma! Mamy swoje plany, kolegów…". Jednak, może to zabrzmi głupio, ale tu chodzi o jakość relacji. Żona rozumie, że moja praca i podróże to bardzo ważny element naszego życia. Czasem podróżuje ze mną. Dzieci rozjeżdżają się po świecie na kilka miesięcy, ale zawsze mamy zaplanowany wspólny czas, jak ostatnio 10 dni w Toskanii. Nadrabiamy wtedy zaległości. I choć nie spędzamy ze sobą wiele czasu, to relacje są w naszej rodzinie bardzo dobre. To jest ta jakość relacji. A rodzina jest dla mnie najważniejsza.

Co pan czuje, gdy widzi prototyp nowego produktu po raz pierwszy?
– To niebywałe uczucie. Śledzenie procesu powstawania nowego produktu jest ekscytujące. Mówiliśmy o jakości relacji, to odnosi się również do projektantów. W trakcie rozwoju produktu, projekt bardzo się zmienia. Ważne, by dyskutować z projektantem wszelkie zmiany. Z jednej strony ja respektuję niezależność projektanta, z drugiej – on musi zrozumieć, co jest dobre dla firmy oraz poznać jej specyfikę. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy projektant rzuca projekt i pojawia się, gdy produkt jest gotowy. Kluczem jest odnaleźć ten balans i wspólnie dążyć do celu. Zdarzało się, że gdy produkt był już na rynku miesiąc czy rok, któryś z projektantów – Oki Sato z Nendo, Morrison, czy Bouroulec przychodzili i chcieli wprowadzić zmiany, bo nie byli w stu procentach zadowoleni. I choć to kolejne koszty i zainwestowany czas to zwykle te „ciężkie” projekty odnoszą największy sukces rynkowy, właśnie dzięki tej fantastycznej synergii i jakości relacji.

Rozmawiała: EWA TRZCIONKA

Giulio Cappellini. Urodził się w Mediolanie w 1954 roku w rodzinie producentów mebli. Z wykształcenia architekt. Ukończył również zarządzanie przedsiębiorstwem. W 1979 rozpoczął pracę w rodzinnej firmie. Pod jego kierownictwem marka Cappellini stała się światowym wyznacznikiem trendów, nie tylko w wyposażaniu wnętrz. Cappelliniemu przypisuje się odwagę i niezwykły talent do wyszukiwania talentów projektowych. Pod jego okiem swoje przełomowe projekty tworzyli m.in.: Jasper Morrison, Tom Dixon, Marc Newson, Marcel Wanders oraz bracia Bouroullec. W 2003 roku wprowadził własną markę do grupy kapitałowej Poltrona Frau.