TUTAJ JESTEŚMY POZA CZASEM

ROZMAWIA: EWA TRZCIONKA, ZDJĘCIA: JUL-KA

SOBOLE 24.2.2019

DESIGN DESIGN ALIVE AWARDS 2015 LUDZIE MIEJSCA STYL ŻYCIA

Rzecz dzieje się w niewielkiej wsi Sobole. To tam pewna Chinka pierwszy raz w swoim życiu tańczyła poloneza, jadła bigos i piła bimber, niezwykle ceniony projektant odkrywał nową jakość życia patrząc w pysk plastikowej krowy, a prezes fundacji odkleiła się zupełnie od poczucia czasu. Tomek i Gosia Rygalikowie, uznani w świecie projektanci, stworzyli niezwykłe miejsce, gdzie otwartość i nowe doświadczenia są normą.
Z Gosią i Tomkiem Rygalikami spotkałam się końcem sierpnia we wsi Sobole, w gminie Ulan-Majorat w powiecie radzyńskim. Tam, w północnej części województwa lubelskiego, para projektantów znalazła miejsce, by stworzyć nową przestrzeń nie tylko dla swojego życia zawodowego i osobistego, ale również dla przenikania się twórczej energii innych „współgospodarzy” – jak lubią nazywać swoich gości.

XVIII-wieczny dworek w Sobolach wraz z rozległym parkiem stał się dla Rygalików miejscem idealnym, by zrealizować plan, który od lat rósł i mutował w ich głowach. Fundacja Sobole oficjalnie zaczęła działać w 2015 roku i od początku miała bardzo szeroko zakrojone cele: rozwój kreatywności, łączenie różnych kultur i środowisk, wspieranie lokalnej społeczności, edukację i integrację twórców z przeróżnych dziedzin. Słowem, które najlepiej mogłoby opisać to miejsce to „otwartość”. Otwartość na nowe: pomysły, doświadczenia, relacje, dziedziny, a przede wszystkim nowych ludzi, którzy swoją energią zasilają to miejsce.

Schyłek lata na rozmowę okazał się dobry – opadły już bowiem emocje, kiedy to przez dwór w Sobolach przewijał się barwny korowód: uczestnicy warsztatów z całego świata, lokalni społecznicy, sąsiedzi, strażacy, aktorzy teatru improwizowanego, przedstawiciele samorządów, przyjaciele, rodzina… Gosia i Tomek mieli więc możliwość, by na swoją obecność w Sobolach popatrzeć z dystansu. Ja natomiast miałam okazję w końcu poczuć magnetyzm tego miejsca, o którym słyszałam tak wiele dobrego.

Mimo, że ziemska posiadłość wygląda, jakby jej materialna świetność miała dopiero powrócić – zatarte zarysy alei i klombów, dawno nie pielęgnowane jabłonie, odarta z farby brama – jednak już czuć wyraźnie powiew nowego ducha i otwarcie kolejnego rozdziału w historii tego miejsca.

Sobole będą Waszym nowym życiem? Chcecie się tutaj osiedlić?

Gosia (Prezes Zarządu Fundacji Sobole): Dużo osób nas o to pyta. Na razie nie mamy takich planów.

Tomek (Fundator Fundacji Sobole): Jesteśmy raczej miejskimi zwierzętami. Musimy sobie stwarzać dużo różnych powodów, żeby tu bywać. Bo sam fakt mieszkania na wsi kręci nas tylko jako krótki wypoczynek.

Gosia: Poza tym fajny jest balans pomiędzy mieszkaniem w mieście, podróżami w wiele nowych miejsc na świecie i sielsko-wiejskim klimatem. Staramy się równoważyć te trzy składniki. Jak się już napodróżujemy, to dobrze jest pobyć w domu, korzystając z uciech miasta, a jak już tym się nasycimy, to możemy uciec na wieś. Powoli buduje się w naszą stronę autostrada i właściwie za niedługo do Soból z Warszawy pojedziemy niecałą godzinę.

Tomek: Więc Sobole to część większej całości – życia zintegrowanego. Są w tej układance przestrzenią do myślenia, odpoczynku, kreatywnego działania i bycia z ludźmi w sposób wyjątkowo skupiony, co dzisiaj jest trudne.

Jak reagują na Was mieszkańcy tutejszej wsi? Jesteście dla nich letnikami, dziwakami, outsiderami, artystami wykonującymi niezrozumiałe zajęcia?

Gosia: Pewnie są i tacy, którzy tak myślą, ale od początku staramy się nie być tu anonimowi. Przedstawiliśmy się ludziom, organizacjom i instytucjom, którzy mogliby stać się naszymi partnerami. Właściwie niemal od razu zaistnieliśmy tutaj jako Fundacja Sobole, która chce coś na tym terenie robić.

Tomek: Dziedzic tej posiadłości, uroczy starszy dżentelmen, od którego odkupiliśmy to miejsce, od początku też nas uczulał, byśmy zadbali o lokalny PR.

Gosia: Poznaliśmy się z ludźmi, którzy są aktywni lokalnie, w tym również z sołtysem Soból, wójtem gminy Ulan-Majorat, ze starostą powiatu radzyńskiego. Chcieliśmy, żeby wiedzieli, że znaleźliśmy się tutaj ze swoimi pomysłami, ale że jesteśmy też otwarci na współdziałanie. To teraz owocuje: lokalni włodarze są niemal na wszystkich naszych wydarzeniach. Mam wrażenie, że doceniają fakt, że ktoś z zewnątrz u nich wylądował, że chce robić rzeczy istotne, globalne, a jednak osadzone tutaj, lokalnie. Tym bardziej że ludzie stąd uciekają, nie widząc potencjału. Zwłaszcza młodzi.

Skąd wiecie, że Wasza obecność tutaj im służy, że się podoba?

Tomek: To widać przede wszystkim podczas naszych wydarzeń, szczególnie tych międzynarodowych, gdy zjeżdża się do nas kilkadziesiąt osób z całego świata: ze Stanów, Indonezji, Japonii. Mieszkańcy dostrzegają, że ci ludzie muszą mieć jakieś powody ku temu, by tutaj przyjechać z drugiego końca świata. To dla nich zaskakujące, ale jednocześnie rodzi pewien rodzaj poczucia dumy.

Kiedy ludzie z Waszej gminy i goście z zagranicy mają szansę się poznawać?

Gosia: W zeszłym roku zabraliśmy ich na dożynki gminne, ale w tym roku dożynek nie było ze względu na afrykański pomór świń. Zostało więc specjalnie dla nas zorganizowane spotkanie na wiejskiej świetlicy z muzyką ludową, zespołem śpiewaczym i lokalnymi potrawami.

Tomek: Nasi goście byli zdziwieni, że jesteśmy tutaj od tak niedawna, a wszyscy już nas znają, lubią i chcą z nami działać. Zresztą sięgając do początków tego miejsca, ideą zawsze była otwartość na świat i lokalną społeczność. Przed wojną dworek Sobole wraz z założeniem parkowym należał do szlacheckich rodów z Warszawy, między innymi Drozdowskich i Gerlachów, czyli elit intelektualnych tamtych czasów. Tętnił życiem towarzyskim i kulturą, był ostoją i miejscem przenikania się muzyki, literatury i sztuki. Po wojnie natomiast po wywłaszczeniach działała tutaj szkoła podstawowa.

Czyli to miejsce nie jest przypadkowe, a jego historia „należy” do wielu?

Gosia: Od powojnia aż do 2002 roku mieściła się tu wiejska szkoła, czyli było to dobro społeczności lokalnej. Prawie każdy, kogo tutaj poznajemy, chodził tutaj, do tego budynku, na zajęcia. Więc słyszymy niezliczone historie, na przykład o tym, jak spisywali imiona i nazwiska całej klasy, wkładali do słoików i zakopywali pod drzewami. Mamy więc w ogrodzie takie kapsuły czasu.

Próbowaliście już je odszukać?

Gosia: Jeszcze nie, ale są tacy, którzy twierdzą, że je odnajdą.

Tomek: Myślę, że przy okazji kopania stawu możemy odnaleźć takie niespodzianki.

Gosia: Są również historie o zakopanym w parku skarbie, ale są też opowieści bardziej codzienne: przykładowo o tym, jak ktoś wchodząc na teren szkoły, otworzył bramę kopniakiem, a wtedy dyrektor nakazał mu cofnąć się i przeprosić bramę jako wyraz szacunku dla tego miejsca.

Jak reagują na siebie mieszkańcy i Wasi goście podczas takich wydarzeń?

Tomek: Na dożynkach nasi goście są swoistym egzotycznym korowodem, który wprowadzamy w lokalną społeczność i folklor, który dla nich jest równie egzotyczny. Czujemy się trochę jak przewodnicy, ale też korzystamy z tego, bo ludzie otwierają się przed obcymi – nawet bardziej, niż zrobiliby to tylko przed nami. Tak więc nasza wiedza o lokalnych klimacikach, historiach, zwyczajach i relacjach narasta niczym kula śniegowa. Siłą rzeczy sami zaczynamy być w te relacje coraz bardziej uwikłani.

Zaczynacie być tutejsi? 

Tomek: Mimo że wieś jest mała, podobnie jak gmina i powiat, to ludzie nie mają zbyt wielu okazji, by się spotykać. Choć nie jesteśmy tutaj stale, to staramy się jednak być tu w takich kluczowych momentach spotkań i tak powstaje wrażenie, że jesteśmy tu pomału wpisywani na stałe. Podobnie jest w moim przypadku z Londynem czy Nowym Jorkiem. Choć dawno tam już nie mieszkam, to ponieważ zjawiam się na pewnych ważnych wydarzeniach, ludzie nadal myślą, że funkcjonuję tam permanentnie.

Do tej pory znany Wam był miejski tryb życia. Ziemska posiadłość narzuca rolę gospodarza i gospodyni. Jak interpretujecie te funkcje?

Gosia: Zależy od okazji i wydarzenia, ale staramy się tak prowadzić to miejsce, by goście czuli się współgospodarzami i to działa. W ten sposób zdejmujemy z siebie trochę tego ciężaru, zwłaszcza w sytuacjach przyjacielskich odwiedzin. Oczywiście, gdy gościmy tu oficjeli, to trzeba stanąć na wysokości zadania, natomiast w innych momentach staramy się sobie odpuścić i włączyć innych w to gospodarzenie. Zauważyłam, że ludzie dobrze się wtedy tutaj czują, potrafią z nami to miejsce współtworzyć. Wspólnie gotujemy, organizujemy czas, a poza tym obowiązuje u nas zasada: „Nie ma pustych przebiegów”, czyli jeśli będąc na tarasie, wstajesz od stołu i idziesz do kuchni, to zabierasz brudne naczynia ze sobą. Na ostatnich warsztatach to też się sprawdziło, mimo że był cały zespół ludzi, który zajmował się gotowaniem i obsługą.

Tomek: Sobole to dzisiaj bardziej wspólnota niż dwór. Z jednymi jest łatwiej, bo od razu odnajdują się w tym klimacie światopoglądowo. Inni potrzebują trochę czasu, żeby w to wejść i poczuć się swojsko.

A jak u Was czują się goście stąd?

Tomek: Jest pewna historia sprzed dwóch lat, kiedy to prezesa Straży Pożarnej podjąłem chrzanówką własnej roboty.

Prezes Straży to jest nie lada persona!

Tomek: Tak, to jeden z „mędrców” wsi, a do tego bardzo sympatyczny jegomość. Zawitali u nas dość niespodziewanie wraz ze skarbnikiem Straży, a jednocześnie naszym sąsiadem i, co ważne, uznanym masarzem.

Gosia: Na początku było drętwo, ale Tomek zaproponował kieliszeczek malinówki i wtedy z ust prezesa padło hasło w stronę młodszego od niego skarbnika: „ Przynieś to, co mamy w bagażniku”. Przyniósł swój domowy trunek i pęto kiełbasy, i tak lody zostały przełamane. Kieliszeczek malinówki przekonał ich do nas, a potem przyszła pora na chrzanówkę.

Tomek: Na szczęście chrzanówka z kiełbasą wiejską bardzo dobrze wchodzi. I co się okazało, oni nigdy chrzanówki nie pili, bo nie jest to trunek tutejszy i w związku z tym w ich życiu pojawiła się już anegdota o nas, o tej chrzanówce i przepisie na nią. Przez takie małe historie, buduje się nowa relacja.

W jaki sposób wprowadzacie w to miejsce to, czym zajmujecie się na co dzień, czyli krótko mówiąc „design”?

Tomek: Zależy, jak rozumiesz pojęcie „design”. Dla mnie to często niematerialne, subtelne interwencje czy to w społeczność lokalną, czy w przestrzeń lub sprawy codzienne. To według mnie najbardziej wartościowy design, zwłaszcza jeśli są to rozwiązania trwałe i potrzebne. Przykładowo podczas warsztatów Holis, które zakończyliśmy dwa dni temu, powstały projekty innowacji społecznych, by ludzi łączyć. To jest od zawsze jedna z głównych ról designu.

Jakie konkretnie innowacje powstały?

Tomek: Jednym z partnerów warsztatów był powiat radzyński, więc pojawiło się sporo spostrzeżeń i potrzeb wynikających z wyzwań, jakie stoją przed całym regionem.

Gosia: Warsztaty były poprzedzone fazą badawczą – przeprowadzaliśmy wywiady, zbieraliśmy różne źródłowe dane, żeby jak najlepiej wejść w lokalną tkankę. I dać tę wiedzę ludziom spoza regionu, ludziom, którzy reprezentują różne kultury, ale i dziedziny: socjologom, ekonomistom, projektantom usług i produktu… Ogólnie: młodym ludziom, którzy przywieźli tutaj ze świata również swoje lokalne doświadczenia oraz świeżą perspektywę.

Tomek: Powstało wiele działań mających na celu wspieranie rozwoju marki powiatu, na przykład projekty związane z lokalnym jedzeniem.

Gosia: Jednym z pomysłów jest proste stoisko do sprzedaży bezpośredniej. Idea narodziła się w związku z problemami lokalnej ludności z dotarciem ze swoimi produktami do klienta oraz z uwagi na potencjał, jaki niesie ze sobą otwarta tydzień temu trasa rowerowa wokół doliny Tyśmienicy.

Według koncepcji stoisko mógłby zrobić każdy sam, korzystając z projektu na zasadzie „open source”, w ten sposób ludzie pod wspólną marką Powiatu Radzyńskiego mogliby sprzedawać bez marż, pośredników i narzutów własnoręcznie tłoczony olej, dżem, nalewki albo chrzan. Dodatkowo można by ujednolicić opakowania.

Tomek: Ale jest też projekt dotyczący aktywowania wiejskich dzieci, które nie mają tutaj wielu zajęć pozaszkolnych, w związku z czym szybko potem stąd czmychają. Projekt zakładał, by je zająć w ciekawy sposób, a jednocześnie budować zrozumienie wsi i tego, że da się tutaj fajnie żyć.

Do momentu przyjazdu tutaj miejscowość Sobole istniała  w mojej świadomości jako miejsce aktywności pary świetnych projektantów, natomiast kiedy powiedziałam znajomemu, gdzie jadę, powiedział krótko: „Polska B”. To jest swego rodzaju stygmatyzacja? Czy faktycznie czujecie, że tutaj nie tylko czas płynie wolniej, ale też ekonomia i jakość życia są na niższym poziomie?

Tomek: Poruszasz ważny wątek, bo nie jesteśmy tutaj przypadkowo. W tej chwili właśnie tu jest największy front działań w Europie, jeśli chodzi o poprawienie jakości życia i pobudzanie gospodarki. Jesteśmy w miarę blisko Warszawy, a jednak to jest miejsce przenoszące w czasie na dobre i na złe w aspekcie współczesnego życia i relacji międzyludzkich, które są tu bardziej prawdziwe, ale również dlatego, że tutaj jest bardzo dużo do zrobienia. Dlatego tu jesteśmy.

Co to znaczy „prawdziwe relacje międzyludzkie”? Nie znajdujecie ich w dużych miastach?

Tomek: Świat przyspieszył nie tylko w naszej części globu, a w Polsce szczególnie w ostatnich 20 latach. Ludzie są zajęci uczestniczeniem w systemie nadprodukcji i nadkonsumpcji. Są zagubieni i rozpierzchnięci, nie działają wspólnie. Są skoncentrowani na sobie i egoistyczni. Do tego dochodzi informacyjny nawał.

Czy tutaj odczuwacie inną mentalność, inną energię emocjonalną?

Gosia: Bardzo trudno to uchwycić, ale z ludźmi, których tutaj poznaliśmy, od początku łatwo było wejść w szczerą relację, która z czasem staje się coraz bliższa i niepowierzchowna. Nawet nie wiem, jak to nazwać…

Tomek: Serdeczność. Te relacje są po prostu serdeczne…

Gosia: …i bezinteresowne. A to jest coś, co wyjątkowo doceniam.

Tomek: Goszczenie się i dzielenie nie jest standardem we współczesnym życiu, szczególnie wielkomiejskim.

Gosia: To prawda. Podam prosty przykład: umówiłam się na spotkanie z panią prezes lokalnej grupy działania. W założeniu spotkanie miało być formalne, bo chciałam przedstawić działalność naszej fundacji, a po niespełna godzinnej rozmowie zaprosiła nas do swojego domu na oglądanie meczu i na kolację, i zapoznała nas ze swoimi znajomymi. Przeszliśmy na „ty”, spędzając cały wieczór przy suto zastawionym stole, i stało się to zupełnie spontanicznie! Podobnie działo się z uczestnikami naszych warsztatów, którzy byli goszczeni przez przypadkowe osoby i zapraszani na herbatkę – która nota bene okazywała się czasem nalewką – i wychodzili w super humorach.

Może to jest po prostu głód nowości? Jesteście w końcu dla siebie wzajemnie rodzajem zjawiska!

Tomek: Fajny obrazek opowiem: byliśmy na imprezie w świetlicy, tutaj w gminie, w Sętkach. Cudowny klimat: gospodynie przygotowały swoje specjały, grała kapela. Fajna, serdeczna i gościnna atmosfera. Był i wójt pod krawatem – gospodarz tego wieczoru. Patrzymy, a jedna z naszych uczestniczek z Japonii już jest przy stole i gada z jednym z mieszkańców, który wiemy, że nie mówi po angielsku, a tym bardziej po japońsku! Okazało się, że rozmawiali przez Google Translate!

Gosia: Wiemy też, że zrobiła niesamowite wrażenie na lokalsach tym, że w trakcie trwania warsztatów „wyskoczyła” do Tokio i z powrotem na pogrzeb babci!

Tomek: A chyba najbardziej byli zszokowani tym, że będąc jedną z niewielu Japonek, które zagościły w gminie, jeśli nie pierwszą, wróciła tu z Tokio specjalnie na spotkanie z mieszkańcami gminy Ulan-Majorat! Lubię zbierać takie historie, które pokazują magię naszego miejsca przyciągającego do siebie tak różnorodnych ludzi. To jest tygiel, miejsce, gdzie ludzie się mieszają, inspirują i wymieniają doświadczeniami.

Gosia: Czujemy, że ta przestrzeń się sprawdza, nawet w najbardziej niespotykanych konfiguracjach.

Tomek: Czasem mają tutaj miejsce rzeczy wręcz irracjonalne. Takie jak ta, gdy byliśmy akurat w trakcie współpracy ze spółdzielnią mleczarską Spomlek i sprzed bramy zakładu zniknęła plastikowa krowa-maskotka: zrobiło się niezłe poruszenie i wręcz wszczęto śledztwo. Trafiliśmy w sam tygiel tego zdarzenia, a zaznaczam, że sprawa miała w Radzyniu najwięcej lajków na Facebooku w historii. W końcu okazało się, że stara krowa przewróciła się pod naporem wiatru, nowa jeszcze nie dotarła, i ten moment…

Moment bezkrowia…

Tomek: …wywołał poruszenie i niepewność. Finalnie stara krowa znalazła się u jednego z rolników, który dostał ją jako bezużyteczną. Nam jednak miała się przydać na warsztatach. Chcieliśmy ją przemalować na żółto jako symbol regionu, pojechaliśmy więc do tego rolnika tę krowę „odbić”. Po wynegocjowaniu załadowaliśmy ją na przyczepkę i… zdarzył się taki moment:  jedziemy drogą przez pole kukurydzy, siedzę na przyczepie razem z tą krową, żeby nie spadła… i spojrzałem wpierw w ten jej plastikowy pysk, potem w słońce i pomyślałem sobie: „Co się tutaj odstawia!? Co ja tu robię?”. To było tak absurdalne, aż nie mogłem uwierzyć! Ale patrząc w ten krowi pysk, zdałem sobie sprawę, że to jest z jednej strony powrót do dziecięcej, prawie zapomnianej, frajdy, a z drugiej to otwarcie dla nowych nieprzewidywalnych zdarzeń i nowej jakości życia.

Wasze bycie na wsi zdecydowanie odbiega od standardowej sielanki…

Tomek: Tak. To nie jest rąbanie drewna ani grabienie siana czy naprawianie płotu albo strychu. Choć to też robimy, ale poprzez połączenie naszej kulturotwórczej i badawczej działalności z wiejską codziennością powstają takie zaskakujące historie. Z mojej osobistej perspektywy było to mocne przeżycie: wiezienia plastikowej krowy przez piękny wiejski pejzaż przy zachodzącym słońcu, zwłaszcza że chwilę wcześniej byłem na targach gdzieś w Paryżu, Chicago czy Mediolanie.

Czy takie akcje mogłyby wydarzyć się w Warszawie? Czy tam jednak nie prosiłbyś, by takimi „brudnymi” sprawami zajął się Twój asystent? Albo wolontariusz? Kurier?

Tomek: To nie są brudne sprawy. Powiem Ewa szczerze: może, patrząc przez pryzmat naszej pracy, myślisz, że tak jest, ale my jesteśmy bardzo przyziemni. Nie mamy samochodów, na jakie nas stać, nie jesteśmy wysnobowani, oderwani od rzeczywistości, szczególnie eleganccy czy spięci… Mieszamy się z ludźmi wszelakiego pokroju: od wyżyn intelektualnych i finansowych, dostojników państwowych, po ludzi, którzy wykonują elementarne prace: sprzątaczką, pomocnikiem spawacza, ślusarzem – i to jest dla nas tak samo ważne. Jest w tym oczywiście pragmatyka alokacji naszego czasu, bo nie możemy sobie pozwolić na swoisty luksus dzisiejszych czasów, by wszystko wykonywać własnoręcznie, w związku z czym tworzymy organizację, która pomaga nam inwestować czas tam, gdzie bez nas faktycznie się nie obejdzie. Natomiast zdarza się, że wolę wsiąść w samochód i pojechać zrobić coś samodzielnie, niezależnie, czy to jest w Londynie, Warszawie, Nowym Jorku czy Sobolach.

Tak dzieje się często przy działaniach typowo projektowych. Czasem przypomina to bycie w bańce oderwanej od rzeczywistości. Jesteś pochłonięta i przez chwilę czas nie istnieje, chodzi tylko o to, żeby coś dobrze zrobić, liczy się efekt, a nie tylko proces. Bardzo dobrze wspominam z czasów swoich studiów takie działania kończące się często zarywaniem nocy. Tak zresztą w edukacji powinno być: „Hands on approach”! Czyli przynajmniej tyle samo „design doing ”, co „design thinking”. Takie podejście promuję. Ale żeby niepotrzebnie nie dmuchać w swój żagiel, to szczerze przyznam, że mimo wszystko takie sytuacje w naszej firmie są sporadycznym „luksusem”. W większości zajmujemy się poukładanymi procesami projektowymi, oczywiście zawsze podchodzimy do nowych zadań indywidualnie, ale polegamy na sprawdzonych schematach, wypracowanych procesach, co pomaga nam być bardziej efektywnymi, profesjonalnymi i wydajnymi ekonomicznie. To, co się dzieje tutaj, to dla nas rodzaj wentyla, partyzantki poświęconej projektom eksperymentalnym, warsztatowym i hipotetycznym.

Dlaczego to robicie? Czy dlatego, że to Was niezwykle bawi i odrywa od codzienności?

Gosia: Oczywiście! Przede wszystkim nikt nam nie kazał tego robić!

Tomek: Tak, właśnie poszerzenie spektrum działań to był główny powód, żeby tutaj się znaleźć. Ale Gosiu, Ty mów, bo znowu się wciąłem…

Gosia: Póki co żyjemy z czegoś innego, gdzieś indziej jesteśmy „na stałe”. A to jest projekt z pasji i z potrzeby serca. Powstał z inspiracji innymi tego typu miejscami, do których przyjeżdżają ludzie z całego świata. Jednym z nich było Domaine de Boisbouchet, gdzie prowadziliśmy warsztaty  trzy lata z rzędu. Podobnie jak do nas teraz, musisz tam lecieć samolotem, potem jechać pociągiem, żeby potem ktoś jeszcze musiał odebrać cię ze stacji. I niby jedziesz gdzieś na koniec świata, a potem docierasz do epicentrum dobrej energii: otwartych i uśmiechniętych ludzi oraz kreatywnych działań.

Długo dojrzewaliście do tej decyzji? I dlaczego akurat tutaj?

Gosia: To ani nie jest do końca racjonalne, ani logiczne, ale w naszym życiu narastała potrzeba stworzenia takiego miejsca. Długo zadawaliśmy sobie pytania, czy to ma być w mieście, czy poza, czy ma być stare, czy nowe. W Tomku to buzowało od momentu, kiedy go poznałam. Potem już buzowało w nas obojgu, raz mniej, raz bardziej… Ludzie często pytają, jak znaleźliśmy Sobole. Odpowiadamy pół żartem, pół serio, że to ono nas znalazło. Jak przyjechaliśmy tutaj pierwszy raz, to zakochaliśmy się w tym miejscu…

Ktoś jednak musiał Was tutaj przywieść?

Gosia: Tomek nas tutaj przywiódł! A wcześniej natknął się po prostu na ogłoszenie sprzedaży tego miejsca.

Tomek: To był wynik wieloletniej inwestycji czasu i uwagi. Jeździliśmy z Gosią po świecie w przeróżne miejsca. Prowadziliśmy nietypowe projekty warsztatowe od  Norwegii po Meksyk. Chłonęliśmy inne kultury, poznawaliśmy wspaniałych ludzi, inspirowaliśmy siebie i innych, zostawialiśmy tam mnóstwo twórczej energii w zamian za wspomnienia. I czuliśmy, że te miejsca kwitną dzięki właśnie tej energii, jaką wyzwalają w kolejnych grupach ludzi. Pomyślałem sobie, że z jednej strony to fajnie, że nasza energia zaraża, rozchodzi się i wybucha, jest efemeryczna, jednak dobrze byłoby zacząć ją też kumulować. Nie zamykać, ale kumulować, rozwijać w jakimś pięknym miejscu oraz naturalnie przekazywać dalej.

Gosia: Myśląc o tym, dlaczego to robimy, przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku dni, kiedy cała grupa warsztatowa nas opuszczała. Oprócz tego, że miejsce jest piękne i robimy tutaj ciekawe, wartościowe kulturalnie, projektowo i artystycznie projekty, to poza tym wszystkim ja dostaję tu bardzo ważną rzecz: uśmiechy na twarzach tych ludzi. Dotarło do mnie, że robimy coś, co oni zabierają ze sobą, tworzymy im miłe wspomnienie, które zostanie z nimi może i do końca życia.

Kiedy na twarzach pojawiają się te uśmiechy?

Gosia: Dajmy na to, gdy na wiejskiej świetlicy lokalni mieszkańcy spontanicznie postanowili nauczyć naszą 40-osobową międzynarodową grupę tańczyć poloneza. Jest w tym tańcu moment, gdy przechodzi się pod tunelem rąk utworzonym przez inne pary. Kiedy byłam w tym tunelu, patrzyłam na mijane osoby i dosłownie każdy miał na twarzy takiego banana, że trudno było uwierzyć! Wtedy uzmysłowiłam sobie, jak ciekawe i ważne jest takie wydarzenie dla osoby z Turcji, Indonezji, Japonii czy Chin, która pierwszy raz w swoim życiu tańczyła poloneza, jadła bigos i piła bimber!

A czym taka sytuacja różni się od tańców hula na Hawajach? 

Tomek: Jest pewna zasadnicza różnica, bo taniec hula jest znany na całym świecie, a to, co my tutaj wyrabiamy, to jest prawdziwa egzotyka. (śmiech) 

Gosia: Poza tym tutaj to się dzieje u źródeł, a nie w hotelowym lobby. Tu chodzi o niepowtarzalność i autentyczność przeżyć, bo nikt z nich nie zapisał się na lekcje polskiego tańca, tylko zdarzyło się to nagle. To jest konsekwencja naszego podejścia do tego miejsca: wszystko, co się u nas dzieje, ma jakieś ramy, ale zostawiamy miejsce na swego rodzaju nieprzewidywalność i wolność. Gromadząc tak wyjątkowych i różnorodnych ludzi, z ciekawością patrzymy, co może wyniknąć z tej kolizji.

Tomek: To jest tak jak z filmami klasy A i B. Obydwa opowiadają podobną historię, mają te same budżety, a nawet aktorów, a jednak wychodzi inaczej…

To co w takim razie jest kluczowe? Scenariusz? Reżyser?

Tomek: Chyba właśnie o to chodzi, żeby dać „aktorom” szansę opowiedzenia czegoś więcej o życiu, o wartościach. Pomóc im się otworzyć.

Gosia: Podobnie jak w teatrze improwizowanym. Aktorzy dostają pewne założenia, w ramach których improwizują, wyczuwając siebie wzajemnie.

Co jest w Was takiego, że ludzie chcą się tutaj otwierać?

Tomek: Jesteśmy z Gosią bardzo otwarci, spokojni i wyluzowani, ludzie to czują i nam o tym piszą w anonimowych ankietach. Czytanie tego feedbacku jest rozczulające i można te koperty z opiniami trzymać sobie pod poduszka na ciężkie czasy, jak trafi się jakaś depresja. Odpukać.

Chyba jednak wszystko rozwija się w dobrą stronę. Jakie macie plany?

Tomek: Tworzymy miejsce z unikalnym programem, do którego coraz częściej będziemy zapraszać wydarzenia z zewnątrz. Oczywiście tylko takie, które nas zaciekawią. Więc możesz na przykład przyjechać tutaj ze swoimi koleżankami, by odprawiać witchcraft, z bocianiego gniazda zrobicie totem Światowida i będziecie szukać energii kosmosu. (mrugnięcie okiem)

To że ja mogłabym być czarownicą, to jeszcze przyjmę, ale Tomek, że Ciebie ciągnie w takie niematerialne tematy?

Tomek: Od lat! (śmiech) Niektóre realizowane w Sobolach wcześniejsze projekty plenerowe też miały taki wymiar społeczno-energetyczny. Zmierzam jednak do tego, że jesteśmy swoistym hardwarem i softwarem, ale możesz też przyjść ze swoją apką, pod warunkiem że ją wybierzemy na swojego fona. (śmiech)

A co z remontem, rozbudową hardwaru?

Gosia: Na razie niewiele zmieniliśmy. Urządziliśmy dworek meblami, które tutaj były, i prototypami projektowanych przez nas mebli, które właściwie już nie mieszczą się w Warszawie, i uzupełniliśmy to prostymi rzeczami z Ikei, żeby móc funkcjonować. Ten dom musi się dopiero zmacerować, żebyśmy wiedzieli, jak ma wyglądać. Mamy też tzw. pink house, czyli dawne czworaki, gdzie odbywają się warsztaty i jest miejsce do spania dla kilkudziesięciu osób. Natomiast za nim ma powstać nowoczesny dwupoziomowy budynek ze wspaniale wyposażonym warsztatem badawczo-rozwojowym. To otworzy nowe możliwości. Z tym też wiąże się ciekawa historia. Konserwator, który uchodził za ostrego i nieprzejednanego, zgodził się na ten ultra nowoczesny budynek, choć cały park i zabudowania są zabytkami. Natomiast wzięło się to pewnie znów z tej naszej otwartości – rozmawialiśmy z nim dużo wcześniej, radziliśmy się i chyba wyczuł, że my też mamy na względzie dobro tego miejsca, że ingerować można współcześnie, ale mądrze.

Gosiu, niedawno urodziłaś synka Romana, który wspaniałomyślnie daje nam porozmawiać, jest tutaj z Wami też starsza córka Frania, w międzyczasie przez ten dom przewinęło się kilkadziesiąt osób. A Ty promieniejesz! Naprawdę nie jesteś zmęczona?

Tomek: To ja może pójdę nakarmić dziecko, to starsze.

Gosia: Nie jest źle. Mam tutaj możliwość wychillowania się. Warsztaty nie były inwazyjne, a ponadto dzięki temu mieliśmy regularne posiłki wydawane z kuchni. I nie musiałam się tym wcale martwić. To miejsce daje mi, mówiąc górnolotnie, radość życia! Przez dwa i pół roku na tym tarasie i wkoło spotkało mnie tak wiele dobrego, że trudno jest to wycenić. Widzimy, że to ma sens, że ludzie też się tutaj dobrze czują, a to sprawia nam przyjemność i satysfakcję. Dlatego nam się chce, jest w tym jakiś magnetyzm na poziomie ludzkim.

Tomek: (wpadając z pytaniem) Dziewczyny, zjecie bigos? Zapewniam Ewa – bigos od naszej sąsiadki robi robotę.

Bardzo chętnie, skoro polecasz!. Gosiu, macie tutaj czas na rodzinę? Jak spędzacie czas poza warsztatowy?

Gosia: Jest basen w okolicy, w ogrodzie trampolina, są konie. Poza tym samo siedzenie przy stole i pogranie w planszówki też jest fajne i cenne. Robimy ogniska, do których na koniec wrzucamy buraki i ziemniaki, żeby je potem zjeść rano jeszcze ciepłe z jogurtem. Przyjeżdża do nas poza tym rodzina albo znajomi z dziećmi. Czasem jest nawet cała banda dzieciaków i już nikt nie wie, gdzie one są: biegają, szaleją, oblewają się wodą, idą same do sklepu na koniec wsi. Jak z takiej wycieczki wracają, to są totalnie szczęśliwi, bo znaleźli kijek, na którym była zaczepiona reklamówka, i starą czapkę z daszkiem. To dla nich była prawdziwa wyprawa po skarby! A my, dorośli, nie boimy się o nie tak, jak w miejskiej przestrzeni. Przynajmniej ja już tak mam. Ale był przypadek, gdy zaniepokojona mama zerkała na zegarek i w końcu wyszła naprzeciw. Usłyszała potem od syna, że psuje całą zabawę! Bo oni tutaj zaczynają czuć frajdę z samodzielności. To będą dla nich fajne przebłyski z dzieciństwa. Też takie mam, gdy rodzice zawozili mnie na wieś. Wtedy dorośli już nie muszą specjalnie niczego wymyślać. Nie pilnują nadmiernie ani dzieci, ani czasu.

Zatracasz się tutaj w czasie?

Gosia: Tak, tutaj jestem poza czasem. Zupełnie odklejona. Zwłaszcza w obecnej sytuacji życiowej. Przyjechaliśmy tutaj z Romkiem właściwie kilka dni po porodzie, bo w Warszawie było strasznie gorąco i nie wiem już, jak długo tutaj jestem, ile dni… Po prostu zanurzyłam się w to bycie.

(Tomek wchodzi z bigosem)

Czy masz Tomku wrażenie, że robicie rzeczy ważne?

Tomek: Po prostu to robimy, bo lubimy.

Gosia: Teraz ja Ci wejdę w słowo. Ja jednak, wspominając uśmiechy tych ludzi, uważam, że tak – robimy rzeczy ważne. Ale jedzmy już, bo stygnie.