„To nie jest wyspa. To karta do gry. Karta, którą krupier rzucił nonszalancko, gdzieś pośrodku Atlantyku. Ta karta, jak wiele figur, ma swoisty double-headed. Choć przez środek jej geometrii przebiega wulkaniczny kręgosłup, obrazy po obu stronach nie są swoim czystym odbiciem lustrzanym. Południe to awers. Północ to rewers. A może na odwrót?” – felieton Przemo Łukasika z cyklu „Bagażu podręcznego” zaprasza czytelników w podróż na Teneryfę.
Kilkukrotne przebywanie na zmianę po obu stronach, doświadczanie ich uroków i różnic jest jak dwustronna narracja jednej opowieści. Mam wrażenie, jakby ktoś zostawił tę kartę na stole, z połówką wysuniętą nieśmiało z talii. Połówką wystawioną na oddech Sahary, na bezlitosne słońce, które przez tysiąclecia wygrzewało jej pigmenty, odbierając intensywność barw, sprowadzając wszystko do spłowiałej ochry, beżu i brązu.
Południe
Ziemia jałowa. Wiatr rozsiewa tu ziarenka piasku, goniąc je po plażach, po zboczach i asfalcie. Zabiera ze sobą kłęby traw i gałęzi, tocząc je pod strome szczyty. Syk oleju na patelniach w Las Américas miesza się ze słodką wonią kokosowego kremu do opalania, który obficie wcierają przybysze spragnieni kąpieli słonecznych. To tutaj, na plażach z importowanego piasku, leżakują miłośnicy ręczników plażowych, wyblakli turyści, których skóra nabrać ma tu koloru spalonej cegły. Codziennie z rana, jeszcze na czczo, jak na turniejach rycerskich toczy się tu potyczki – o leżak i najlepsze miejsce nad oczkiem basenowym, figlarnie narysowanym przez projektanta. To wysublimowana społeczność, zaobrączkowana bransoletkami „all inclusive”.
Słońce rysuje tu ostre linie. Właściwą metaforą może tu być udo kolarza, skrzętnie skrywane pod obcisłym, kolarskim jerseyem, które dopiero w szatni, po zdjęciu spodenek, manifestuje uprawianą przezeń dyscyplinę. Ta równa, pozioma linia oddzielająca biel od mahoniu, ten sportowy, minimalistyczny tatuaż to idealny symbol południa. Jest prosty i ostry zarazem.
Północ
To rewers tej karty. Część, która pozostała w cieniu talii, przysłonięta kolarską bielizną, chroniona przed nadmiarem promieni UV, zachowuje głębię koloru i nasycenie. Przejeżdżasz przez góry i powietrze gęstnieje. Z suchego, afrykańskiego upału wpadasz w objęcia wilgotnej, atlantyckiej pary. Zapach soli miesza się z wonią mokrej ziemi i fermentujących bananów. To tutaj, na północy, na plantacjach wciśniętych między czarne, wulkaniczne klify, utknęła inna historia, jakby inna planeta, inny kontynent.
O surowe skały co rusz rozbryzgują się fale oceanu, wysoko w górę wypychając słupy wody, a w miasteczkach, jak La Orotava, z rzeźbionymi w kanadyjskiej sośnie balkonami, czas płynie inaczej. Wolniej. Gęściej. Jakby w cieniu południa.
Tu, choć turystów też nie brakuje, nie oddano im w lenno całych enklaw „wszystko wliczone”, a ich różowobiałe ciała kontrastują tu jeszcze wyraźniej, wyłożone na antracytowych, wulkanicznych wąskich plażach. Ten kontrast to nie tylko pigment. To także smak. To ostateczny dowód na to, że awers i rewers tej karty żywią się czymś zgoła innym.
Smak morza i lądu
Północ smakuje ziemią. W bocznych uliczkach Puerto de la Cruz czuć dym asado. Wchodzisz do małej knajpki, z ciemnobrązowymi, ciężkimi meblami, gdzie kwintesencją jest soczystość mięsa. Różowy jeszcze wołowy „bok z kością” skwierczy na ruszcie, a kucharz jedynie oprósza go grubą solą morską, by wydobyć jeszcze więcej smaku z tej wulkanicznej ziemi. To smak lądu, tej ziemi. Solidny. Głęboki.
Południe, choć spalone słońcem, pachnie i smakuje morzem. Sól i woda. Prawdziwym sercem nie są promenady w Los Cristianos, ale rybacka wioska San Miguel de Tajao. Wchodzisz do Aqua y Sal. Miejsce jest skromne, ale brutalnie szczere. Siadasz przy stoliku okrytym ceratą. Nie dostajesz menu. Podchodzisz do kontuaru wypełnionego lodem i wskazujesz ręką. Jesz najpierw oczami, by po chwili to, co wskazałeś, wylądowało na ceracie twojego stołu. Nagrodą za długie oczekiwanie na stolik są one: carabineros. Czerwone jak lawa, wielkie krewetki, które rzucone prosto z grilla na talerz, czekają, byś wyssał morską esencję ich smaków. Troszeczkę cytryny, a dla akompaniamentu talerzyk z małymi ziemniaczkami i do wyboru dwa małe, intensywne w kolorze sosy: mojo rojo, mojo verde. To Teneryfa. Ziemia i morze na jednym talerzu, a jednak po dwóch różnych jego krawędziach. Pośrodku tej wulkanicznej łachy oblanej oceanem jest on. El Teide.
Oko diabła
Gdy dolatujesz na wyspę, otoczoną białymi kołtunami fal, to on jest pierwszą atrakcją, którą odkrywa twój wzrok. Czasem skryty w gęstej parze wodnej, jest niemal niewidzialny, otulony szczelnie chmurami, które perforuje jak patyk watę cukrową, wystawiając tylko swój zaostrzony wierzchołek. Innym razem, gdy wiatr przedmucha powietrze, ujawnia swój brutalny i zwalisty gabaryt.
Spogląda na foodies, szukających tego jednego, idealnego stolika w małej restauracji w Tajao, gdzie owoce morza smakują oceanem, a nie chłodnią. Obserwuje, jak gejzery słonej wody oprószają swą mgłą uprawy bananowców – ich ogromne zielone liście intensywnie kontrastują z czernią skał, między którymi się zagnieździły.
Teide widzi ten ciągły dialog rewersu z awersem. To przekomarzanie się dwóch połówek, flirtujących z turystą niewiedzącym, której bardziej ofiarować swe serce. Oko Teide widzi wszystko. Widzi tradycyjne dziedzictwo: grube ściany domów z otwartymi patiami, których budulcem była skała wulkaniczna, gwarantująca odpowiednią izolacyjność, z wąskimi dziedzińcami regulującymi temperaturę w upalnych okresach. Ręcznie rzeźbione, sosnowe balkony i wysunięte nad krawędź elewacji okapy, jak te w La Orotavie, na północy. Ich proste formy nawiązują do andaluzyjskich i portugalskich wzorców, ale zachowują swą wyspiarską autonomiczność.
Widzi też architektoniczne grzechy. Obserwuje bezduszne białe bloki w Las Américas, które – tak jak turyści – generują hałas i nadmierny ślad węglowy. To plastikowy import, ignorujący słońce, wiatr i tradycję. A potem spogląda na stolicę, na Santa Cruz.
Ucho architektury
Widzi strukturę miasta, z kamienicami, kościołami, placami i zacienionymi skwerami, których szukasz w upalne przedpołudnie. Pośród tych urbanistycznych struktur największego wyspiarskiego urbi dyskretnie nad brzegiem wystygłej rzeki stoi budynek, który jak geologiczny twór przycupnął u filaru pobliskiego mostu. To budynek, a może bardziej struktura geologiczna.
Mediateka TEA (Tenerife Espacio de las Artes) autorstwa studia Herzog & de Meuron to nie jest architektura, która walczy z kontekstem. To architektura, która słucha i rozumie miejsce, gdzie ją postawiono. Szwajcarzy zrozumieli, że głównym wrogiem i jednocześnie sojusznikiem wyspy jest prażące, południowe słońce. Zamiast stawiać wielką szklaną ścianę i dmuchać w nią energię z klimatyzatorów, odlali budynek z betonu, będący jak nowa skała wulkaniczna, jedna z tych, które mijałem z wolna podczas mozolnych podjazdów do podnóża El Teide. Prędkość była tak mała, że mogłem minutami kontemplować struktury tych geologicznych form, podmywanych rzeczkami wód deszczowych i porośniętych skąpo endemicznymi gatunkami roślin. Czasem mogłem je niemal pogładzić ręką i poczuć teksturę, by choć na chwilę zapomnieć o zmęczonych udach oraz stygnącym z wysiłku i od słońca oddechu.
Kiedy wracasz z sąsiedniego targu Mercado de Nuestra Señora de África, nie musisz go omijać. Schodzisz przez niego pochyłym dziedzińcem, publiczną rampą, która jak zlewnia zabiera przechodniów w podróż do jego trzewi. Nagle, nie kupując biletu, jesteś we wnętrzu biblioteki. Przez te same szczeliny widzisz ludzi skupionych na lekturze. Nie jesteś intruzem. Jesteś świadkiem, jesteś czytelnikiem, jesteś częścią budynku. To rzadka umiejętność łączenia materii z ideą.
(…)
Twórcza indywidualność
Dalszy ciąg tekstu znajdziesz w 54. numerze magazynu „Design Alive”. Więcej o tym wydaniu przeczytacie tutaj, a zamówić możecie go w naszym sklepie: tutaj.
Bagaż podręczny. Architektoniczno-podróżniczy felieton Przemo Łukasika
Felieton powstał w ramach cyklu „Bagaż podręczny”. Czym jest ten bagaż? To mój podstawowy zestaw, który towarzyszy mi w każdej podróży. Nieważne, czy to wyjazdy służbowe, czy prywatne – bagaż podręczny jest niezbędnym minimum, którego nigdy nie rozpakowuję do końca i który często czeka na kolejną wyprawę. Oprócz szczoteczki do zębów zabieram zawsze aparat fotograficzny i buty do biegania. Po powrocie bagaż podręczny zawsze wydaje się cięższy, bo wypełniają go zapachy, smaki i wspomnienia. Czasem dzieje się tak za sprawą ciężaru przemyśleń i uczuć, które transportuję tysiące kilometrów, a które zawsze są bazą do wniosków i refleksji, że mój świat nie zawsze jest światem innych.
Przemo Łukasik
Urodził się w Chorzowie w 1970 roku. Ukończył Wydział Architektury na Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Studiował również w Ecole d’architecture de Paris-Villemin w Paryżu. Następnie pracował w berlińskim studiu P.P. Pabel Architekten oraz w paryskich biurach Jean Nouvel Architecture i Odile Decq / Benoit Cornette. W 1997 roku wraz z Łukaszem Zagałą założył autorską pracownię architektoniczną Medusa Group. Uprawia triathlon i fotografuje. Na łamach „Design Alive” publikuje cykl felietonów pt. „Bagaż podręczny”.




