Patrząc na wnętrza, widzę obrazy

Anna Salak jako dekoratorka i stylistka wnętrz myśli przez pryzmat obrazów i kadrów. Do stylizacji sesji podchodzi bardziej fotograficznie niż estetycznie. Są one dla niej weekendową odskocznią – to ją zdecydowanie wyróżnia. Patrząc na nią, aż trudno uwierzyć, że na co dzień wspólnie z wieloma mężczyznami dba o… bezpieczeństwo energetyczne Polski. Jak to możliwe, że w cieniu ważących dziesiątki ton tankowców z ropą umie tkać z delikatnej materii opowieści o wnętrzach?

Anna Salak o pracy przy wnętrzach może mówić bez przerwy. Z pewnością to jej umiejętność budowania relacji sprawiła, że ta jeszcze trzy lata temu nikomu w branży nieznana kobieta ma dziś na swoim koncie blisko 200 realizacji dekoratorskich, stylizacyjnych czy scenograficznych.

Wychowana w projektach budowlanych

Anna Salak urodziła się i wychowała w Płońsku. Wraz z rodziną mieszkała w wielorodzinnym domu zbudowanym przez dziadka. Budowlańcami byli on, jej mama i jej bracia. Mało tego, został nim również mąż stylistki.

– Wychowywałam się w projektach budowlanych budownictwa jednorodzinnego. W domu było pełno rystorów, tuszów, kalek do kreślenia. To były czasy, gdy projekty powstawały odręcznie. Przy posiłkach moja rodzina rozmawiała najczęściej o projektach, budowach, przepisach. Byłam tym mocno zmęczona i wiedziałam, że wyłamię się z tej rodzinnej, budowlanej tradycji – wspomina.

Większy wpływ na jej wrażliwość estetyczną miała babcia, która uwielbiała hand made i nieustannie przerabiała coś w domu. Czasem, kiedy dziadek wychodził do pracy, potrafiła pomiędzy śniadaniem a obiadem przemalować piętro, wytapetować pokój czy przestawić meble. Spory wpływ na Annę miał też jej wujek, pasjonat fotografii. Zenith, klisze i ciemnia to była część ich codzienności. Wykonywał głównie zdjęcia portretowe, które do dziś są familijną pamiątką. W rodzinnym domu Anny, opartym na konstrukcji typowej polskiej kostki, znajdowało się wiele mebli dobrego polskiego wzornictwa, ale również ceramika i szkło polskich mistrzów. Po szkole podstawowej Anna nie była pewna, czy jest bardziej humanistką, czy umysłem ścisłym. Wybrała liceum ogólnokształcące, co sprzyjało także rozwojowi jej kariery sportowej. To dzięki tej pasji poznała swojego męża.

Magazyn Design Alive

NR 12/2024 WYDANIE SPECJALNE

ZAMAWIAM

NR 12/2024 WYDANIE SPECJALNE

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

NR 47 WIOSNA 2024

– To śmieszna historia, bo mieszkając od dziecka w Płońsku, dosłownie blok w blok, musieliśmy wyjechać na obóz sportowy do Sopotu, żeby się poznać. Pamiętam, że siedząc sobie na plaży, marzyliśmy, jak fajnie byłoby mieszkać nad morzem – opowiada z uśmiechem.

Marzenie nastolatków miało się spełnić. – Po szkole średniej stanęłam przed dylematem, na jaki kierunek studiów pójść. Chodziła mi po głowie akademia sztuk pięknych, bo zawsze czułam, że ciągnie mnie w tę stronę, ale również akademia wychowania fizycznego, która pozwoliłaby mi pozostać w sporcie. A co wybrałam? Ekonomię. Wygrał mój pragmatyzm. Jak wielu z mojego pokolenia wybrałam zawód, który miał mi dać pewną pracę. W trakcie studiów tymczasowo osiedliliśmy się w Płocku.

Własna droga

Ekonomia łatwo jej szła, więc kierunków związanych z nią bliżej lub dalej skończyła pięć: ekonomię przemysłową, rachunkowość i finanse, prawo, zarządzanie i marketing oraz administrację publiczną. Po studiach zaczęła pracę jako księgowa, a potem rozwijała się w spółce paliwowej. Tymczasem jej mąż, stawiając mosty, jeździł po całej Polsce i Europie. Dla ich rodziny to był wymagający czas. Potrzebowali stabilizacji i siebie nawzajem, osiedlili się więc w Gdyni, gdzie mąż Anny dostał pracę.

– Nie chcieliśmy mieszkać w Sopocie, w atmosferze wiecznej imprezy. W Gdańsku też nie do końca nam się podobało. A Gdynia? Młode, świetnie zarządzane miasto z modernistyczną architekturą, zielenią i morzem. Gdynianie to ponoć najszczęśliwsi mieszkańcy Polski. To było coś dla nas.
Anna Salak: – Jestem trochę inną stylistką

Najpierw zamieszkali w dynamicznie rozwijającej się dzielnicy Redłowo, a kiedy dzieci podrosły, postanowili poszukać dla siebie większego miejsca. Anna marzyła o kostce w stylu rodzinnego domu. Była to droga przez historię polskiego budownictwa od lat 60. do 80. Nie znaleźli jednak ani jednego budynku, który nie miałby zmian w obrębie bryły, komplikacji własnościowych czy samowoli budowlanej – a to zabudowanej werandy, a to rozmaitych nowych pomieszczeń, dobudówek.

– Gdybyśmy chcieli cokolwiek przy takim domu przebudowywać, zmieniać, potrzebowalibyśmy zgód z urzędu miasta. Wymagałoby to od nas albo rozbiórki budynku, albo usuwania tych samowolnie wybudowanych części. To nas przerosło.

Drogą kompromisu zamieszkali w zabudowie szeregowej, ale za to z widokiem na zatokę. – Z drugiej i trzeciej kondygnacji widzę plażę, wieżowiec Sea Tower, a przy ładnej pogodzie nawet Półwysep Helski.

Trochę wnętrze, trochę fotografia

W pracy przebywała codziennie w męskim gronie, a mocno techniczna branża wymagała od niej zupełnie innych kompetencji niż pasja, którą postanowiła realizować po godzinach. Najpierw poszła w tę odziedziczoną po wujku – w fotografię.

Miała epizod ze zdjęciami portretowymi, współpracowała z agencjami modelingowymi i markami odzieżowymi, tworząc sesje portretowe i modowe. Przewrotny los sprawił, że pozostała przy fotografii, ale zmienił się obiekt, przy którym pracowała. Doszły wnętrza. Marzyła, by przestrzeń jej nowego domu zaprojektowała Magda Adamus lub Marta Napp, ale musiałaby czekać na nie rok. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i poszła na kurs projektowy. Ale to nie była ścieżka, którą chciała podążać. W trakcie targów Warsaw Home trafiła za to na warsztaty fotografii produktowej.

– Trochę fotografia, trochę wnętrza. Pomyślałam sobie wtedy, że to jest fajne połączenie. Stylizacja sesji wydawała mi się idealnym rozwiązaniem, bo wchodzisz do gotowej już przestrzeni i opowiadasz historię, tworzysz klimat, malujesz obraz poprzez dobór dodatków.

Początki nie były łatwe. Mieszkała w Trójmieście, nie znała nikogo w branży, środowisko było dość hermetyczne. – Fotograficznie w Trójmieście nie dzieje się wiele, po części dlatego, że jesteśmy regionem turystycznym. To, co powstaje, i tak szybko znajduje rynek zbytu. Projektanci nie mają więc potrzeby i nie czują konieczności finalizowania swoich realizacji w formie sesji zdjęciowej, dlatego pracuję w całej Polsce i Europie, a prawie w ogóle w Trójmieście.

Anna Salak: – Jestem trochę inną stylistką
Apartament w kamienicy w centrum Warszawy projektu Moniki Goszcz-Kłos. Stylizacja: Anna Salak, zdjęcie: Dariusz Jarząbek

Współpracując z fotografami budującymi swoje portfolio, tworzyła własne, a efekty przesyłała redakcjom polskich pism wnętrzarskich. Cisza trwała długo. Pierwsze zlecenie otrzymała od „Mojego Mieszkania”. Od tamtej sesji, był to styczeń 2020 roku, Anna Salak pracowała przy blisko 200 realizacjach. – Analizuję każdą sesję, każdy kadr, każdy detal. Jestem perfekcjonistką i mam zaledwie kilka zdjęć, w których nie zmieniłabym nic, nawet o milimetr.

Mając podstawowe źródło utrzymania w zupełnie innej branży, mogła z czasem zacząć wybierać to, co chce robić, i budować świadomie swój wizerunek.

Przed realizacją rozważa wiele aspektów, przygląda się zwłaszcza projektowi i fotografowi, z którym ma współpracować. Dzięki swojemu doświadczeniu wie, który jest technicznie dobry, a który nie. Nie każdy zrobi dobre zdjęcia we wnętrzu. To specjalizacja, jak w każdym zawodzie.

– Jestem trochę inną stylistką i zapewne to właśnie sprawiło, że doszłam tu, gdzie jestem, w tak krótkim czasie. Większość osób zajmujących się tym zawodowo weszła do branży od strony estetycznej. Są to często projektanci wnętrz, absolwenci kierunków ASP, historii sztuki itp. Ja wychodzę od fotografii i jej techniki. Nie myślę o stylu wnętrza, ale o obrazie, jaki chcemy stworzyć. O tym, jakie przedmioty pomogą mi opowiedzieć historię tego wnętrza i jak mogę użyć swojej wiedzy, żebyśmy wspólnie z fotografem uzyskali najlepszy możliwy portret tej przestrzeni. Kiedyś ktoś powiedział mi, że stylista buduje we wnętrzu instalację, którą potem obrazem zapisuje fotograf. Jedno nie istnieje bez drugiego, dlatego tak ważne jest poszanowanie obu stron tej współpracy.

Anna Salak stylizuje wnętrza, aż powstanie wymarzony przez nią obraz. Uwielbia tę chwilę, kiedy opowiada historię przedmiotami, a potem słyszy dźwięk spustu migawki. Wie, że w tym momencie obraz zastyga na zawsze. – Nad każdym kadrem pracujemy z fotografem. Wchodzimy i rozpatrujemy, co jest mocną stroną danego wnętrza, co warto pokazać, a co nie. Oczywiście rozmawiamy też z projektantem, bo są rzeczy, z których jest dumny, chce je wydobyć i wyeksponować lub odwrotnie – pominąć.

– Na podstawie samych zdjęć wnętrza oceniam wstępnie, wokół czego zbuduję opowieść – opowiada. Już wtedy widzi w wyobraźni konkretne kadry, ujęcia zbliżeń. Potem tylko próbuje dotrzeć tam, gdzie zawiodła ją wyobraźnia.

Anna Salak: – Jestem trochę inną stylistką
Apartament w kamienicy w centrum Warszawy projektu Moniki Goszcz-Kłos. Stylizacja: Anna Salak, zdjęcie: Dariusz Jarząbek

Nie skaczę na główkę do pustego basenu

Rytm życia Anny Salak w ciągu ostatnich trzech lat zmienił się diametralnie. W tygodniu, od 7.00 do 15.00, jest typowym pracownikiem korporacyjnym. Po pracy biega od sklepu do sklepu w poszukiwaniu dekoracji do sesji, a w weekendy wsiada w samochód i przemierza Polskę w poszukiwaniu pięknych wnętrz, pracując długie godziny jako stylistka.

– I tak oto nadal nie znalazłam czasu na dokończenie naszego prywatnego lokum. Po części też dlatego, że dom postrzegam jako miejsce ciągłej zmiany. Wraz z nią powstają nowe potrzeby. Już nie miejsce na zabawki, ale przestrzeń dla dojrzewających dzieci. A za chwilę one wyfruną z gniazda i znów ten dom trzeba będzie na nowo definiować.

Te zmieniające się życiowe potrzeby zauważyła u siebie już jakiś czas temu. – Mam 40 lat, pracuję siedem dni w tygodniu, żyję w ciągłym biegu, mam kilka ról życiowych i zawodowych. To będzie musiało się kiedyś skończyć. Zwyczajnie pokona mnie wyczerpanie fizyczne, które przyjdzie z wiekiem. Nie podjęłam jeszcze decyzji, w jakim kierunku chcę zmierzać. Wiem, że sama stylizacja wnętrz to zaledwie początek mojej drogi z wnętrzami. Poza tym Polskę już zwiedziłam, mogę pracować wszędzie tam, gdzie dojadę wypełnionym dodatkami autem.

Na razie obserwuje, co wydarzy się w branży, bo rynek w ostatnich latach zmienia się dynamicznie. Anna Salak dostrzega symptomy kolejnych zmian, niekoniecznie korzystnych dla dekorowania wnętrz. Obawia się, że niedługo sztuka i rękodzieło staną się dobrem luksusowym, na które stać będzie niewielu. Tu odzywa się jej wykształcenie i racjonalne myślenie. Poczeka, popatrzy. Nigdzie się nie spieszy. Nie skacze na główkę do pustego basenu.

Anna Salak

Urodziła się w 1981 roku w Płońsku. Studiowała na Politechnice Warszawskiej, Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Zawodowo od 2004 roku pracuje w branży energetycznej. Trzy lata temu postanowiła zająć się hobbystycznie stylizacją sesji fotograficznych wnętrz i produktów dla magazynów, projektantów oraz firm z branży wnętrzarskiej. Współpracuje z większością polskich czasopism wnętrzarskich i wieloma zagranicznymi, a także z projektantami i markami z obszaru home & living. Mieszka w Gdyni, jest mężatką, ma 20-letniego syna i 15-letnią córkę.

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły: