Partner serwisu

Teneryfa jak wulkan gorąca

„To nie jest wyspa. To karta do gry. Karta, którą krupier rzucił nonszalancko, gdzieś pośrodku Atlantyku. Ta karta, jak wiele figur, ma swoisty double-headed. Choć przez środek jej geometrii przebiega wulkaniczny kręgosłup, obrazy po obu stronach nie są swoim czystym odbiciem lustrzanym. Południe to awers. Północ to rewers. A może na odwrót?” – felieton Przemo Łukasika z cyklu „Bagażu podręcznego” zaprasza czytelników w podróż na Teneryfę.

Kilkukrotne przebywanie na zmianę po obu stronach, doświadczanie ich uroków i różnic jest jak dwustronna narracja jednej opowieści. Mam wrażenie, jakby ktoś zostawił tę kartę na stole, z połówką wysuniętą nieśmiało z talii. Połówką wystawioną na oddech Sahary, na bezlitosne słońce, które przez tysiąclecia wygrzewało jej pigmenty, odbierając intensywność barw, sprowadzając wszystko do spłowiałej ochry, beżu i brązu.

Magazyn Design Alive

NR 55/2026 DOBROSTAN

ZAMAWIAM

NR 55/2026 DOBROSTAN

Magazyn Design Alive

ZAMAWIAM

WYDANIE SPECJALNE NR 15/2025 HOME

Południe

Ziemia jałowa. Wiatr rozsiewa tu ziarenka piasku, goniąc je po plażach, po zboczach i asfalcie. Zabiera ze sobą kłęby traw i gałęzi, tocząc je pod strome szczyty. Syk oleju na patelniach w Las Américas miesza się ze słodką wonią kokosowego kremu do opalania, który obficie wcierają przybysze spragnieni kąpieli słonecznych. To tutaj, na plażach z importowanego piasku, leżakują miłośnicy ręczników plażowych, wyblakli turyści, których skóra nabrać ma tu koloru spalonej cegły. Codziennie z rana, jeszcze na czczo, jak na turniejach rycerskich toczy się tu potyczki – o leżak i najlepsze miejsce nad oczkiem basenowym, figlarnie narysowanym przez projektanta. To wysublimowana społeczność, zaobrączkowana bransoletkami „all inclusive”.

Słońce rysuje tu ostre linie. Właściwą metaforą może tu być udo kolarza, skrzętnie skrywane pod obcisłym, kolarskim jerseyem, które dopiero w szatni, po zdjęciu spodenek, manifestuje uprawianą przezeń dyscyplinę. Ta równa, pozioma linia oddzielająca biel od mahoniu, ten sportowy, minimalistyczny tatuaż to idealny symbol południa. Jest prosty i ostry zarazem.

Teneryfa Bagaż podręczny

Północ

To rewers tej karty. Część, która pozostała w cieniu talii, przysłonięta kolarską bielizną, chroniona przed nadmiarem promieni UV, zachowuje głębię koloru i nasycenie. Przejeżdżasz przez góry i powietrze gęstnieje. Z suchego, afrykańskiego upału wpadasz w objęcia wilgotnej, atlantyckiej pary. Zapach soli miesza się z wonią mokrej ziemi i fermentujących bananów. To tutaj, na północy, na plantacjach wciśniętych między czarne, wulkaniczne klify, utknęła inna historia, jakby inna planeta, inny kontynent.

O surowe skały co rusz rozbryzgują się fale oceanu, wysoko w górę wypychając słupy wody, a w miasteczkach, jak La Orotava, z rzeźbionymi w kanadyjskiej sośnie balkonami, czas płynie inaczej. Wolniej. Gęściej. Jakby w cieniu południa.

Tu, choć turystów też nie brakuje, nie oddano im w lenno całych enklaw „wszystko wliczone”, a ich różowobiałe ciała kontrastują tu jeszcze wyraźniej, wyłożone na antracytowych, wulkanicznych wąskich plażach. Ten kontrast to nie tylko pigment. To także smak. To ostateczny dowód na to, że awers i rewers tej karty żywią się czymś zgoła innym.

Teneryfa Bagaż podręczny felieton Przemo Łukasika

Smak morza i lądu

Północ smakuje ziemią. W bocznych uliczkach Puerto de la Cruz czuć dym asado. Wchodzisz do małej knajpki, z ciemnobrązowymi, ciężkimi meblami, gdzie kwintesencją jest soczystość mięsa. Różowy jeszcze wołowy „bok z kością” skwierczy na ruszcie, a kucharz jedynie oprósza go grubą solą morską, by wydobyć jeszcze więcej smaku z tej wulkanicznej ziemi. To smak lądu, tej ziemi. Solidny. Głęboki.

Południe, choć spalone słońcem, pachnie i smakuje morzem. Sól i woda. Prawdziwym sercem nie są promenady w Los Cristianos, ale rybacka wioska San Miguel de Tajao. Wchodzisz do Aqua y Sal. Miejsce jest skromne, ale brutalnie szczere. Siadasz przy stoliku okrytym ceratą. Nie dostajesz menu. Podchodzisz do kontuaru wypełnionego lodem i wskazujesz ręką. Jesz najpierw oczami, by po chwili to, co wskazałeś, wylądowało na ceracie twojego stołu. Nagrodą za długie oczekiwanie na stolik są one: carabineros. Czerwone jak lawa, wielkie krewetki, które rzucone prosto z grilla na talerz, czekają, byś wyssał morską esencję ich smaków. Troszeczkę cytryny, a dla akompaniamentu talerzyk z małymi ziemniaczkami i do wyboru dwa małe, intensywne w kolorze sosy: mojo rojo, mojo verde. To Teneryfa. Ziemia i morze na jednym talerzu, a jednak po dwóch różnych jego krawędziach. Pośrodku tej wulkanicznej łachy oblanej oceanem jest on. El Teide.

Teneryfa Bagaż podręczny felieton Przemo Łukasika

Oko diabła

Gdy dolatujesz na wyspę, otoczoną białymi kołtunami fal, to on jest pierwszą atrakcją, którą odkrywa twój wzrok. Czasem skryty w gęstej parze wodnej, jest niemal niewidzialny, otulony szczelnie chmurami, które perforuje jak patyk watę cukrową, wystawiając tylko swój zaostrzony wierzchołek. Innym razem, gdy wiatr przedmucha powietrze, ujawnia swój brutalny i zwalisty gabaryt.

Wulkaniczny stożek dominuje nie tylko geograficznie. Jest genius loci tej wyspy. Według legend Guanczów, pierwotnych mieszkańców, w jego wnętrzu Achamán, bóg nieba, uwięził diabła Guayotę. To oko diabła, a może samego boga, stale widzi wszystko i wszystkich. Spogląda na prażących się na południu turystów. Z uśmiechem dopinguje kolarzy, którzy wspinają się po jego zboczach. Ci szaleńcy, przyklejeni do kawałka asfaltu, wyciskają z siebie ostatnie poty tylko po to, by wdrapać się na jego podstawę, ledwie muskając jego majestat.

Spogląda na foodies, szukających tego jednego, idealnego stolika w małej restauracji w Tajao, gdzie owoce morza smakują oceanem, a nie chłodnią. Obserwuje, jak gejzery słonej wody oprószają swą mgłą uprawy bananowców – ich ogromne zielone liście intensywnie kontrastują z czernią skał, między którymi się zagnieździły.

Teide widzi ten ciągły dialog rewersu z awersem. To przekomarzanie się dwóch połówek, flirtujących z turystą niewiedzącym, której bardziej ofiarować swe serce. Oko Teide widzi wszystko. Widzi tradycyjne dziedzictwo: grube ściany domów z otwartymi patiami, których budulcem była skała wulkaniczna, gwarantująca odpowiednią izolacyjność, z wąskimi dziedzińcami regulującymi temperaturę w upalnych okresach. Ręcznie rzeźbione, sosnowe balkony i wysunięte nad krawędź elewacji okapy, jak te w La Orotavie, na północy. Ich proste formy nawiązują do andaluzyjskich i portugalskich wzorców, ale zachowują swą wyspiarską autonomiczność.

Widzi też architektoniczne grzechy. Obserwuje bezduszne białe bloki w Las Américas, które – tak jak turyści – generują hałas i nadmierny ślad węglowy. To plastikowy import, ignorujący słońce, wiatr i tradycję. A potem spogląda na stolicę, na Santa Cruz.

Teneryfa Bagaż podręczny felieton Przemo Łukasika

Ucho architektury

Widzi strukturę miasta, z kamienicami, kościołami, placami i zacienionymi skwerami, których szukasz w upalne przedpołudnie. Pośród tych urbanistycznych struktur największego wyspiarskiego urbi dyskretnie nad brzegiem wystygłej rzeki stoi budynek, który jak geologiczny twór przycupnął u filaru pobliskiego mostu. To budynek, a może bardziej struktura geologiczna.

Mediateka TEA (Tenerife Espacio de las Artes) autorstwa studia Herzog & de Meuron to nie jest architektura, która walczy z kontekstem. To architektura, która słucha i rozumie miejsce, gdzie ją postawiono. Szwajcarzy zrozumieli, że głównym wrogiem i jednocześnie sojusznikiem wyspy jest prażące, południowe słońce. Zamiast stawiać wielką szklaną ścianę i dmuchać w nią energię z klimatyzatorów, odlali budynek z betonu, będący jak nowa skała wulkaniczna, jedna z tych, które mijałem z wolna podczas mozolnych podjazdów do podnóża El Teide. Prędkość była tak mała, że mogłem minutami kontemplować struktury tych geologicznych form, podmywanych rzeczkami wód deszczowych i porośniętych skąpo endemicznymi gatunkami roślin. Czasem mogłem je niemal pogładzić ręką i poczuć teksturę, by choć na chwilę zapomnieć o zmęczonych udach oraz stygnącym z wysiłku i od słońca oddechu.

Fasadę tworzą tysiące małych, wąskich szczelin. To nie są okna, lecz raczej pory w wystygłym wulkanicznym pumeksie, przez które oszczędnie sączy się światło do głębokich wnętrz mediateki. Niczym otwory strzelnicze swymi poziomymi układami tworzą ciekawy wzór na elewacji, ale przede wszystkim separują nadmiar energii słonecznej. To jakby skrzela, które pozwalają budynkowi zaczerpnąć świeżego powietrza. Chronią użytkowników w środku, pozwalając im skupić się na lekturze, a jednocześnie minimalizują koszty środowiskowe, tworząc inteligentny, naturalny cień. A co najważniejsze, to nie jest forteca kultury. To przechodnia przestrzeń publiczna. Budynek stoi nad wyschniętym wąwozem, barranco, i łączy dwie części miasta.

Kiedy wracasz z sąsiedniego targu Mercado de Nuestra Señora de África, nie musisz go omijać. Schodzisz przez niego pochyłym dziedzińcem, publiczną rampą, która jak zlewnia zabiera przechodniów w podróż do jego trzewi. Nagle, nie kupując biletu, jesteś we wnętrzu biblioteki. Przez te same szczeliny widzisz ludzi skupionych na lekturze. Nie jesteś intruzem. Jesteś świadkiem, jesteś czytelnikiem, jesteś częścią budynku. To rzadka umiejętność łączenia materii z ideą.

(…)

Twórcza indywidualność

Dalszy ciąg tekstu znajdziesz w 54. numerze magazynu „Design Alive”. Więcej o tym wydaniu przeczytacie tutaj, a zamówić możecie go w naszym sklepie: tutaj.

Bieżące oraz archiwalne wydania „Design Alive” znajdziesz w naszym sklepie: z dostawą do domu, w prenumeracie lub w wersji cyfrowej. Dołącz do świata „DA”, a 6 kolejnych numerów magazynu dostarczymy Ci prosto do domu!

Bagaż podręczny. Architektoniczno-podróżniczy felieton Przemo Łukasika

Felieton powstał w ramach cyklu „Bagaż podręczny”. Czym jest ten bagaż? To mój podstawowy zestaw, który towarzyszy mi w każdej podróży. Nieważne, czy to wyjazdy służbowe, czy prywatne – bagaż podręczny jest niezbędnym minimum, którego nigdy nie rozpakowuję do końca i który często czeka na kolejną wyprawę. Oprócz szczoteczki do zębów zabieram zawsze aparat fotograficzny i buty do biegania. Po powrocie bagaż podręczny zawsze wydaje się cięższy, bo wypełniają go zapachy, smaki i wspomnienia. Czasem dzieje się tak za sprawą ciężaru przemyśleń i uczuć, które transportuję tysiące kilometrów, a które zawsze są bazą do wniosków i refleksji, że mój świat nie zawsze jest światem innych.

Przemo Łukasik

Urodził się w Chorzowie w 1970 roku. Ukończył Wydział Architektury na Politechnice Śląskiej w ­Gliwicach. Studiował również w Ecole d’architecture de Paris-Villemin w ­Paryżu. Następnie pracował w berlińskim studiu P.P. Pabel Architekten oraz w paryskich biurach Jean Nouvel Architecture i Odile Decq / Benoit Cornette. W 1997 roku wraz z Łukaszem Zagałą założył autorską pracownię architektoniczną Medusa Group. Uprawia triathlon i fotografuje. Na łamach „Design Alive” publikuje cykl felietonów pt. „Bagaż ­podręczny”.

Trendy, inspirujące wnętrza, najlepsze realizacje w architekturze, nowości ze świata designu i ciekawe rozmowy wprost do Twojej skrzynki! Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera!

Powiązane artykuły:

Mauretańska odyseja

Mauretańska odyseja

Andaluzja | 30 listopada 2025

Przemo Łukasik zabiera nas w kolejną podróż. Tym razem – kierunek Andaluzja!

Głośno o kolorze

Głośno o kolorze

Warszawa | 2 października 2025

Za nami trzecia edycja Jung Architecture Talks w Warszawie