Bielone proste ściany skrywają ogrody pełne szemrzących fontann i miniaturowych rajskich ogrodów. Czasami dziedzińce uchylają swe bogato zdobione bramy, obnażając prywatne wnętrza. Dużo tu matematyki, fraktali i geometrycznych połączeń. Brak ludzi i zwierząt. Tylko czysta geometria, sztuka i język wszechświata – oto Andaluzja oczami Przema Łukasika, czyli kolejna odsłona cyklu „Bagaż podręczny”.
Tuż przed świtem, kiedy wyszedłem pobiegać, a ludzi niewiele jeszcze było na trotuarze, słońce delikatnie rysowało cienie pod moimi stopami. Jak zawsze, gdy pierwszy raz ruszam w nową trasę, w nowym miejscu i w nowych okolicznościach, nie wiem, czy będzie to trening, czy odkrywanie.
Wiedziony przeczuciem, choć w planie skręcić miałem w lewo, to jednak wybrałem prawą stronę na kierunek porannego biegu. Oddałem się więc przeznaczeniu i nie przejmując się planami treningowymi, delikatnie, rytmicznie zacząłem kosztować tej pięknej okolicy.
Głowa wręcz chce się kręcić dokoła karku, dlatego treningowe zadanie zamieniam na przygodę odkrywania. Malaga przed świtem, mimo że pozbawiona turystycznego zgiełku, już zdradza niepokój nadchodzących dni. Jakby wstrzymywała oddech przed czymś ważnym. Przygotowania do Wielkiego Tygodnia wiszą w powietrzu jak ciężkie, piżmowe kadzidło. Zewsząd wychodzą ubrani w odblaskowe kamizelki monterzy, kadrując w sektory miejską przestrzeń publiczną.
Wyczuwa się nabożną atmosferę, choć dla wielu będzie to raczej spektakl, fascynujący rytuał, pielgrzymka bardziej turystyczna niż ta po prawdziwe zbawienie. Po przeciwległych stronach głównego bulwaru narastają po sobie stopnie drewnianych trybun. Tu, w Maladze, defilować będzie nie pochód robotniczych transparentów lub roznegliżowanych, rzucających zgrabnie biodrami na boki tancerek, jak na pierwszomajowych marszach albo w brazylijskich karnawałowych pochodach na sambodromie, lecz korowód wiernych i dryfujące nad nimi ogromne posągi świętych.
Drewniane trzony wypolerowane na wysoki połysk, wyprasowane aksamitne szaty, czarne koronki, srebrne, błyszczące, filigranowe krzyże, ogromne figury Jezusa i lokalne macareny zalegają już w absydach katedry i mniejszych kościołach, czekając na sygnał wymarszu. Popłyną, kołysząc się na falach tłumów, płynnie unoszone przez gorliwe plutony wiernych żołnierzy. To ten jeden dzień, gdy opuszczają chłodne i mroczne wnętrza kościelnych transeptów, by podróżować, przechadzać się po ciepłych szlakach wielkanocnych ekskursji.
W Andaluzji Europa splata się z Afryką
Pod tą katolicką powłoką, pod tym chrześcijańskim, hiszpańskim mistycyzmem, pod pełną pasji wiarą skrywa się coś znacznie starszego. To Andaluzja. Kraina, gdzie Europa splata się z Afryką. Gdzie chrześcijaństwo wyrasta na fundamentach islamu. Gdzie niegdyś rozbrzmiewało wzywanie do modlitwy (Adhan), a teraz radośnie rozbrzmiewają kościelne dzwony na Anioł Pański.
Jestem tu w magicznym dla chrześcijan okresie, gdy zima już skutecznie ustępuje miejsca słonecznej i pachnącej wiośnie, a święte obrzędy Męki Pańskiej toną w innym misterium niż nasze, słowiańskie – z klekoczącymi, drewnianymi dźwiękami kołatek, odwiedzinami grobu Pańskiego, święceniem jajek i poranną rezurekcją.
Tutaj mistycyzm śmierci i zmartwychwstania ma inną oprawę i choć więcej tu południowego „wow” niż posępnego umartwienia, to szczerości i gorliwości w informowaniu o zmartwychwstaniu nie brakuje. Jestem tu zatem uwięziony w wąskich uliczkach, między mauretańską przeszłością a hiszpańską teraźniejszością. Można to poczuć, patrząc na twarze tubylców, słuchając dźwięków ich żywej muzyki, kosztując darów ich kuchni i patrząc na koronkowe cienie murów, zdobionych matematycznymi arabeskami rzucanymi na chodnik, tuż pod nogi przechodniów.
Malaga. Tu światy się splatają. Miasto drży z ekscytacji, gotowe na Semana Santa. Mężczyźni w warsztatach skrzętnie montują ogromne drewniane platformy pod religijne figury. Dostrzec można cudowne rzemiosło, przekazywane od pokoleń, osadzone głęboko w tradycji i uświęcone prawdziwą wiarą – w dużej części jest to islamska sztuka, przekształcona dla katolickiej pobożności. Geometryczne, delikatne wzory, stylizacje roślin, ośmioramienna gwiazda (islamski klasyk) to dziś podkład pod chrześcijańskie obrzędy.
Przysiadam w małej knajpce i kosztuję berenjenas con miel. Smażony bakłażan z miodem to arabskie dziedzictwo na europejskim, porcelanowym talerzu. Słone i słodkie na swój jakby kulinarny sposób opisuje złożoną historię tej słonecznej krainy.
Grenada. Ostatni oddech Maurów
Sporo racji miał Hemingway, pisząc: „Gdybyśmy musieli odwiedzić jedno miejsce w Hiszpanii, powinna to być Grenada”. Albaicin to królestwo duchów przeszłości. Czuje się tu ich stałą obecność. Wąskie uliczki tańczą, spływając w labiryncie po stromych zboczach starego miasta aż do dna miejskiego wąwozu. Ostre cienie ścielą się u nóg przechodniów, skutecznie chroniąc przed duszącym słońcem Andaluzji. Bielone proste ściany skrywają ogrody pełne szemrzących fontann i miniaturowych rajskich ogrodów. Czasami dziedzińce uchylają swe bogato zdobione bramy, obnażając prywatne wnętrza. Dużo tu matematyki, fraktali i geometrycznych połączeń. Brak ludzi i zwierząt. Tylko czysta geometria, sztuka i język wszechświata.
W oddali nad horyzontem biała pierzyna okrywa skrzętnie szczyty Sierra Nevada. W kontrapunkcie, jak w wystylizowanej krajobrazem scenerii, lśni czerwona Alhambra, symbol ostatnich chwil islamskiego panowania na tych ziemiach.
Dołączam do tłumu turystów, którzy tak jak ja nie zarezerwowali zawczasu biletów na zwiedzanie jej wnętrza, i okrążam, jak w procesji, gigantyczną fortecę. To nie lada wysiłek, podobnie jak ofiarna pielgrzymka pątnika, której nie da się skrócić, bo szczelne pierzeje murów po dziś bronią dostępu do twierdzy.
Zdyszany i znużony drogą siadam, by się pokrzepić. Na talerzu ląduje jagnię w kuminie i cynamonie, z suszonymi owocami. Smaki Tangeru rozpalają me zmysły, kiedy sięgam po pierwszy kęs tej lokalnej potrawy, lecz wieprzowina obok szybko przypomina mi, gdzie jestem. To celebracja zakazanego lub – jak kto woli – swoista kulinarna rekonkwista.
Kordoba. Wielki meczet czy katedra?
Czyż jest budowla, która lepiej oddaje schizofreniczną duszę tej przedziwnej krainy? Czyż jest inny symbol religijnego pojednania, który zaprzecza wojnom krzyżowym? Dziś trudno wyobrazić sobie symbol religijnej symbiozy, bo choć w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie mieszkają i modlą się wyznawcy sześciu wyznań chrześcijańskich: prawosławnego, katolickiego, ormiańskiego, koptyjskiego, syryjskoprawosławnego i etiopskiego, to w tym świętym miejscu trudno mówić o ich bezkonfliktowym współistnieniu. Andaluzyjski przypadek udowadnia, że islam i chrześcijaństwo dzielili jedną architekturę, i to w pokoju.
Co może wydawać się dziś trudne do wyobrażenia, przedstawiciele obu religii doszli do porozumienia i podzielili świątynię między sobą. Jedna połowa wykorzystywana była przez chrześcijan, a druga – przez wyznawców islamu podczas ich piątkowych modłów. A zatem Mezquita-Catedral w Kordobie to prawdziwy świadek rzadko spotykanej historii współistnienia.
Gdy z czasem muzułmańska populacja Kordoby zwiększyła się na tyle, że zakupiona od chrześcijan połowa bazyliki przestała wystarczać, w 784 roku emir Abdar-Rahman odkupił drugą część świątyni i rozpoczął przygotowania do rozebrania budowli oraz wzniesienia w jej miejsce meczetu. Nie dokonano tego siłą, a środki wypłacone chrześcijanom miały być na tyle okazałe, że wystarczyły na wzniesienie więcej niż jednego kościoła w innych częściach miasta.
To architektoniczna przemoc, ale i świetna metafora hiszpańskiej historii, gdzie warstwa po warstwie, podbój za podbojem sklepienia i kolumny oplatają kawałki przeszłości. Chrześcijanie nie zburzyli meczetu, a jedynie skolonizowali go od środka. To przewrotna historia – katedra-meczet zaczęła jako kościół wizygocki, a pod rządami Maurów stała się ogromnym meczetem. Po rekonkwiście stoi do dziś i jest konsekrowana. Ślady współistnienia są stale widoczne, jakby prowokowały każdą z religii do współczesnej, szczerej refleksji.
„Bagaż podręczny” – cykl felietonów Przemo Łukasika
Felieton powstał w ramach cyklu „Bagaż podręczny”. Czym jest ten bagaż? To mój podstawowy zestaw, który towarzyszy mi w każdej podróży. Nieważne, czy to wyjazdy służbowe, czy prywatne – bagaż podręczny jest niezbędnym minimum, którego nigdy nie rozpakowuję do końca i który często czeka na kolejną wyprawę. Oprócz szczoteczki do zębów zabieram zawsze aparat fotograficzny i buty do biegania. Po powrocie bagaż podręczny zawsze wydaje się cięższy, bo wypełniają go zapachy, smaki i wspomnienia. Czasem dzieje się tak za sprawą ciężaru przemyśleń i uczuć, które transportuję tysiące kilometrów, a które zawsze są bazą do wniosków i refleksji, że mój świat nie zawsze jest światem innych.
Przemo Łukasik
Urodził się w Chorzowie w 1970 roku. Ukończył Wydział Architektury na Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Studiował również w Ecole d’architecture de Paris-Villemin w Paryżu. Następnie pracował w berlińskim studiu P.P. Pabel Architekten oraz w paryskich biurach Jean Nouvel Architecture i Odile Decq / Benoit Cornette. W 1997 roku wraz z Łukaszem Zagałą założył autorską pracownię architektoniczną Medusa Group. Uprawia triathlon i fotografuje. Na łamach „Design Alive” publikuje cykl felietonów pt. „Bagaż podręczny”.




