Henrik Lindberg przed chatką, która stoi wewnątrz jego firmy. To jego całe biuro. Całość zaprojektował Mats Theselius, który swoje dzieło nazwał „A Man’s Need”. W środku są tylko najpotrzebniejsze rzeczy: prycza, krzesło i stolik.

TWÓRCA IDEI

TEKST I ZDJĘCIA: WOJCIECH TRZCIONKA

AARHUS 28.8.2016

DESIGN LUDZIE MODA STYL ŻYCIA

– Kluczem jest prostota i poszukiwanie doskonałego rozwiązania – definiuje sukces w biznesie Henrik Lindberg, właściciel marki Lindberg, rodzinnej duńskiej firmy, która działa na globalnym rynku oferując słynne okulary z tytanu.
Spotykamy się w siedzibie firmy w Aarhus, drugim co do wielkości mieście Danii. W zabytkowych halach fabrycznych przypominających wielkie lofty działa jedna z najnowocześniejszych firm optycznych świata. – Jesteśmy marką luksusową, ale dla nas luksus to nie świecidełka, ale komfort – wyjaśnia mi Peter Warrer, dyrektor marketingu Lindberga. – Określamy siebie odkrywcami nowych rozwiązań w dziedzinie przyrządów optycznych korygujących wady wzroku – dodaje Henrik Lindberg. Wszystkie jego okulary są zrobione z tytanu, przez co są ultralekkie i bardzo wytrzymałe, i nie rozpadają się, bo do ich produkcji nie używa się śrubek i nitów. Niezwykłymi czyni je jeszcze jeden fakt: nie wiem, jak oni to robią, ale mam wrażenie, że pasuje mi każdy model; które okulary bym nie założył, wszystkie leżą jak ulał. Nic dziwnego, że każdy chce je mieć, czy tą osobą jest duńska królowa Małgorzata II, aktor Brad Pitt, czy słynni właściciele domów mody Miuccia Prada i Giorgio Armani.

Zauważyłem, że nie masz sekretarki…
– Korzystam z pomocy osoby z recepcji. Mamy kilkoro ludzi do pisania listów i innych biurowych czynności, ale nie mam swojej sekretarki.

Nie masz również swojego biura, zgadza się?
– Zamknąłem biuro jakieś półtora, dwa lata temu. Po pierwsze starzeję się i uświadamiam sobie, że powinienem zająć się tym wszystkim, co mnie spotyka na bieżąco. Po drugie – odkryłem, że wszystko, co znajdowało się w moim biurze było związane z przeszłością, a mnie nie interesuje przeszłość. Interesuje mnie to, co dzisiaj, jutro i w przyszłości. Zamknąłem więc biuro i przeniosłem się do mojego małego domku. Próbowałem kupić ten dom przez wiele lat, niestety nie chcieli mi go sprzedać. W końcu jednak pojawiła się taka możliwość.

DSC00803

Powiedz o nim coś więcej. Czy to zwykła mała chatka z łóżkiem?
– Takie chatki są bardzo modne. Z zewnątrz nie jest typowo skandynawska, ale stworzył ją sławny szwedzki architekt i designer Mats Theselius, znany głównie z projektowania mebli. Podoba mi się jego filozofia designu, ściśle powiązana z materiałem. Lubię sposób jego pracy z materiałem oraz jego, nazwijmy to, język formy. Dom jest czysty i wyrazisty. Odkryłem, że większość projektów mebli wygląda całkiem nieźle, niestety niekoniecznie są one wygodne. A tutaj podoba mi się to, co mam. Ten dom został stworzony jakieś 10 lat temu i nazwany „A Man’s Need”. Jest prosty i niewiele się w nim znajduje – łóżko, krzesło i stół.

Żona wyrzuciła cię z domu?
– Na to wygląda...(śmiech). Twórca tego domu to ciekawa postać. Odwiedziłem go jakieś dwa tygodnie temu, dzień po jego 60. urodzinach. Lubię jego sposób myślenia, jest niesamowity.

Lubisz przebywać i pracować ze swoimi ludźmi?
– Tak, wynika to ze specyfiki pracy w firmie Lindberg, o to właśnie chodzi w designie. Posiadamy wiele wspaniałych przedmiotów, powstałych w unikalnym procesie produkcji. I to jest cudowne.

Na samym początku, wtedy byliśmy tylko ja i mój ojciec, uznaliśmy, że miarą naszego sukcesu będzie sprzedanie kilku produktów w naszym sklepie i uzyskanie choćby małego zwrotu z tej sprzedaży. Tego oczekiwaliśmy i tak było – na początku sprzedawaliśmy. Potem uznaliśmy, że potrzebujemy maszyny do produkcji wszystkiego, co jest nam potrzebne, aby następnie móc sprzedać towar w tradycyjny sposób – poprzez dystrybutorów. Niestety maszyna, o której marzyliśmy, nie istniała na rynku. Te które były dostępne nie nadawały się, pozostawiały zarysowania i ślady na produkcie końcowym, więc w zasadzie musieliśmy zacząć wszystko jeszcze raz, od podstaw. Pierwszą osobą, którą zatrudniliśmy był… ślusarz, specjalista od narzędzi. Kolejnym krokiem było obmyślenie sposobu wykonania własnych narzędzi, odpowiednio małych, które zaginałyby drut bez śladów. Tak to się właściwie wszystko zaczęło. Wiedzieliśmy również, że aby odnieść sukces trzeba nawiązać bezprośrednie kontakty z optykami, niezależnie od ich lokalizacji. Obserwowaliśmy rynek i chcieliśmy mieć wszystko pod kontrolą. Możliwości było naprawdę wiele, choć na początku nie mieliśmy nic – ani marki, ani reputacji. I wtedy, w połowie drogi pomiędzy rodzącą się ideą a tworzeniem własnych narzędzi pojawił się tytan.

lindberg_designalivemag - 20

Używając tytanu, zdajesz sobie sprawę, jakie to trudne. Przesuwasz się po jednym milimetrze, próbujesz nagiąć drut, przesuwasz się dalej i próbujesz naciskać z tą samą siłą. Musisz zrobić dwa identyczne zagięcia i widzisz, że to niemożliwe...To właśnie jest charakter tytanu – jest to fantastyczny materiał, równocześnie twardy i bardzo lekki. Potrzebowaliśmy maszyny, która sprostałaby temu wyzwaniu, żebyśmy mogli rozpocząć sprzedaż naszych produktów. Postanowiliśmy odłożyć produkcję na później i zacząć od początku.
Inną rzeczą jest, że wiedzieliśmy, iż najważniejszym krokiem będzie stworzenie systemu bazowego dla optyków, co pozwoliłoby im na realizowanie bardziej spersonalizowanych rozwiązań. W tamtym czasie oznaczało to użycie wielu elementów – soczewki nie były jeszcze zbyt zaawansowane i zrobienie okularów dla wady wzroku rzędu 3, 4, 5 czy 6 dioptrii wymagało użycia dużej ilości drutu, który utrzymałby soczewki. Dzisiaj technologia produkcji soczewek jest zdecydowanie lepsza i nie ma specjalnej różnicy w grubości soczewek przy dioptrii 4 lub 6. Zatem jest to tylko kwestia tego, jak wykonane są soczewki.

Kolejnym etapem było wykonanie odpowiednich narzędzi do pracy z tytanem, wykonanie produktu końcowego i sprzedanie go. Droga do ostatniego ogniwa, czyli klienta, wydawała się długa, i kosztowna. Żaden bank nam nie ufał, gdyż wszystko mieliśmy wykonywać sami. Urzędnicy bankowi nie widzieli możliwości zabezpieczenia interesu banku na wypadek naszego bankructwa, zaufaliby nam bardziej, gdybyśmy dysponowali konkretnym towarem do ewentualnej licytacji. Ostatecznie jedynym dostępnym kapitałem były dochody z naszego małego sklepu optycznego.

Minęło dużo czasu, zanim udało nam się wysłać pierwszą partię towaru. Jeszcze nie wszystko wyglądało tak, jak powinno, ale przynajmniej zostaliśmy uratowani przed zwinięciem całego interesu. Mieliśmy również trochę szczęścia – wśród naszych przyjaciół było wielu optyków posiadających własne sklepy w Danii, którzy zgodzili się wziąć nasz towar. Przyznawali, że nie do końca rozumieją ideę, ale wzięli od nas okulary, i to się liczyło. Wkrótce potem nadarzyła się wspaniała okazja wystąpienia w telewizji u znanego grafika Per Arnoldi. Prowadził znany w różnych krajach program w porze największej oglądalności. Wtedy mieliśmy możliwość zaprezentowania naszego systemu, pokazania okularów wykonanych z całkowicie nowego materiału, nieznanego wówczas światu – tytanu. W programie przedstawiliśmy również nasze okulary bez ramek. Następnego dnia nastąpił całkowity przełom – ludzie pędzili do sklepów optycznych pytając o nowe okulary, każdy chciał je mieć. Nasz pomysł wykraczał całkowicie poza wszystko, co było do tej pory znane.

W międzyczasie zatrudniłem Petera Warrera z Niemiec (do dziś jest dyrektorem marketingu – przyp. red.), pojawiła się również możliwość wejścia na inne rynki. Stało się to zupełnie przypadkiem, gdy kilku zagranicznych turystów przebywających na wakacjach w Danii weszło do naszego sklepu i zachwyciło się naszymi okularami. Kupili je i zawieźli do własnego kraju.

linberg

Czyli łut szczęścia to część biznesu?
– Zgadza się, nawet duża część. Mieliśmy szczęście głównie ze względu na zbieżność czasową różnych wydarzeń. Po pierwsze pojawił się tytan i odkryliśmy, że możemy go używać do produkcji, potem pojawiliśmy się w telewizji i nasza idea weszła do ogólnej, międzynarodowej, świadomości. Dodatkowo szereg innych drobnych wydarzeń ułatwił nam nasz start na rynku, na przykład ułatwienie komunikacji międzynarodowej. Wykręcenie numeru za granicę stało się znacznie prostsze niż do tej pory i ludzie przestali się bać. Wszedł otwarty rynek i to stało się ostatecznie fundamentem naszego sukcesu.

Obecnie jesteście w 200 krajach?
– W 138.

Zatem stanowicie markę globalną.
– Pierwszym krajem po Niemczech, do którego weszliśmy, była Japonia. Właściwie to był troszkę zbieg okoliczności, kilku Japończyków zainteresowało się naszymi okularami w niemieckim sklepie optycznym. Na japoński rynek weszliśmy jakieś 25 lat temu. Mieliśmy sporo szczęścia... Dziś nasze motto brzmi: Nasz rynek to cały świat.

Czy to właśnie jest filozofia firmy Lindberg?
– Filozofia to jedno, a rzeczywistość to drugie (śmiech). Kluczem jest prostota, na ile to jest możliwe. Wizja musi być tak prosta, żeby każdy ją zrozumiał. Jeśli spojrzysz na pojedynczy produkt, to zobaczysz czystą prostotę – zaledwie 5 elementów i drut, nic oprócz drutu. Nie ma łączeń, elementów spawanych, jest tylko odpowiednio wygięty drut. Ale jeśli spojrzysz na rezultat, to zobaczysz najbardziej skomplikowany system z milionami kombinacji i możliwości. To taka sprzeczność. Określamy siebie odkrywcami nowych rozwiązań w dziedzinie przyrządów optycznych korygujących wady wzroku. Oferujemy olbrzymią ilość wzorów i kolorów, nieporównywalną do innych z tej branży.

Wersja 2

Zasadniczo filozofią firmy Lindberg jest poszukiwanie tego, co najlepsze, co pasuje i jest odpowiednie, bez oglądania się na innych. Nasza filozofia tkwi nieco w tradycji, choć nie jest ona czysto skandynawska. Określenie naszego designu mianem „skandynawski" jest znacznym uproszczeniem idei, skandynawska filozofia designu jest w zasadzie inna. Przyznaję, jest mi blisko do duńskiej filozofii w odniesieniu do materiałów, sposobów ich wykorzystania oraz dążenia do upraszczania. W naszej wizji mieści się nie tylko wzornictwo w produkcji okularów, ale również zasady dotyczące pracy oraz dekorowania budynków, w których nie znajdziesz ozdobnych elementów czy ornamentów. Tu chodzi o podstawę funkcjonowania. Wydaje mi się, że to może mieć związek z pogodą. W Danii warunki są zdecydowanie surowe, bardziej niż w Polsce. Popatrz na tę małą kolekcję, którą tu mamy. Wyraźnie widoczne jest nasze dążenie do minimalizmu, podchodzenia do tematu z różnych stron i odpowiedniego łączenia elementów. Zawsze poszukujemy doskonałego rozwiązania.

Jak udaje się wam odnosić sukcesy w Danii pośród tych wszystkich znanych marek, które są brandami międzynarodowymi?
– To może mieć pewien związek z faktem, że Dania jest małym krajem. Nie mamy zbyt wielu dobrych szkół designu, ale mieliśmy dobrych nauczycieli. Muszę uczciwie powiedzieć, że w naszej historii jest trochę sławnych postaci, choć z drugiej strony przyznaję, że od końca lat 60. do jakichś 8 lub 5 lat wstecz, niewiele się działo. Wytwórcy byli najwyraźniej zadowoleni z tego, co już osiągnęli. Wystarczyło im, że mają dobrą sprzedaż a każdy, kto próbował wnieść coś nowego musiał ustąpić przed największym wygranym – Ikeą. Nie wkładano zbyt wiele wysiłku w pogłębianie wiedzy odnośnie designu i nowych rozwiązań.

Wygląda na to, że bycie innowacyjnym oznacza ciągłą pracę na wzornictwem i funkcjonalnością, nad designem.
– Obecnie największym problemem dla młodych designerów jest brak funduszy oraz zaplecza do wystartowania. Producenci im nie ufają, udaje im się co najwyżej rozwinąć mały lokalny biznesik.

Jaka przyszłość czeka Lindberga w obecnym globalnym świecie?
– Tego nie wiem, trudno powiedzieć. Świat jest duży, a Lindberg ma ograniczoną liczbę produktów wytwarzanych każdego roku. Na razie wystarczy nam to, co mamy i nie sięgamy wyżej. To daje nam możliwość bycia elastycznym jeśli chodzi o sprzedaż i daje nam możliwość przeniesienia się bez utraty klientów. Nie mamy zarządu, który wywierałby na nas jakąkolwiek presję, nie ma nikogo, kto wyznaczałby nam ścisłe cele sprzedażowe na dany rok. Jestem ja i system.

Nie macie inwestorów?
– Nie mamy. Nie potrzebujemy inwestorów, nie posiadamy profesjonalnego zarządu, jedynie komitet spotykający się raz na rok do podpisania papierów i to wszystko. A komitet stanowię ja, moja siostra, moi rodzice oraz nasz Niemiec, Peter.

Co mogę powiedzieć o przyszłości? Najlepsze rzeczy przemijają. Optycy ze starej szkoły zanikają a nowe pokolenie nie chce nas zastąpić, chcą czegoś innego niż siedzenie w sklepie od 9.00 do 19.00. Sytuacja wygląda tak, że niektórzy z naszych starych klientów zostali sprzedani dużym graczom rynkowym, takim jak Prada, Ray-Ban czy inni. Jesteśmy tego świadomi i stawiamy im czoła, ponieważ jesteśmy lepsi – mamy to, czego oni nie mają, czyli tytanowe ramki, okulary bez ramek, soczewki w najnowszej technologii, cenne materiały używane do ramek. Wpasowujemy się w rynek dość dobrze, oczywiście o ile nie utracimy naszej elastyczności. Nasi konkurenci doskonale zdają sobie sprawę z naszej obecności na rynku. Trochę wstyd, że kontrolują większość marek i sklepów, zarówno indywidualnych jak i sieciówek. Czasami nie wiadomo kto stoi za daną nazwą.

O ile wiem twoją wielką miłością były żagle i wyścigi?
– Żeglowałem odkąd skończyłem rok.

Pomogło ci to w jakiś sposób w biznesie?
– Żeglowanie było pierwsze, pamiętam że razem z Peter'em weszliśmy w sport i przez wiele kolejnych lat współzawodniczyliśmy ze sobą. Później jednak uzmysłowiłem sobie, że mam w pracy podobny problem – pracowaliśmy zespołowo, a ja chciałem robić coś indywidualnie, inaczej niż inni. A ponieważ nie nadaję się na bieganie, a golfa nie lubię, musiałem poszukać czegoś innego. I wtedy odkryłem wyścigi na gokartach; ja sam przeciwko innym. Jedynym moim problemem obecnie jest brak czasu. Bardzo dużo podróżuję, jeżdżę do Wielkiej Brytanii, Francji, Korei i innych krajów.

Jeździsz do klientów?
– Tak, spotykam się z moimi klientami w Tajpej, Mediolanie, Nowym Jorku i wielu innych miejscach. Właściwie to jest nieustająca podróż. Lubię to, i zamierzam jeździć dopóki będę mógł i dopóki będę pomocny dla innych.

Czym właściwie zajmujesz się w Lindbergu?
– Wyznaczaniem kierunków rozwoju, tworzeniem i doskonaleniem idei. Wciąż mam nowe pomysły, jestem członkiem zespołu projektantów. Obecnie jest nas siedmioro. Siedzimy i dyskutujemy nad każdym milimetrem okularów. Lubię siebie również określać mianem „helikoptera". Dużo rozmawiam z ludźmi, ale nie podejmuję decyzji należących do innych. Niemniej, my projektanci, robimy wiele rzeczy niedozwolonych, przekraczamy granice (śmiech).

Czy jesteś pracoholikiem jak większość właścicieli firm?
– Pracuję 24/7. Firma to moje życie. Czasami mam jakąś formę wakacji, ale nie jestem typem leżącym na plaży. W wolnym czasie wskakuję do auta i ścigam się.

Ile masz lat?
– 60, ale wciąż lubię być częścią zespołu, tworzyć produkty i sprzedawać je. Czuję, że musimy być twardzi wobec tych wszystkich sprzedających dwie pary w cenie jednej lub ekstra parę dla sąsiada. Uważam, że to co znajduje się w centrum mojej twarzy jest niezwykle ważne i musi budować komfort oraz dobrze wyglądać. Noszenie okularów to nie to samo, co noszenie butów. Buty mogą odrobinę uciskać, byleby dobrze wyglądały. W przypadku okularów wszystko musi być idealne.

Rozmawiał: WOJCIECH TRZCIONKA

Wersja 2

Design to wszystko. Markę założył 28 lat temu optometrysta Poul-Jørn Lindberg. Jako, że nie mógł znaleźć żadnych lekkich okularów, które by mu się spodobały, postanowił zacząć projektować i wytwarzać własne, w których soczewki będą trzymały się jedynie na tytanowym drucie. Dziś Lindberg, prowadzony przez syna założyciela Henrika (z zawodu architekta) to wiodący, światowy niezależny wytwórca oryginalnych okularów, słynący ze swojego skandynawskiego minimalizmu i dużego uznania dla stylu. – Z designem spędzam 24 godziny dziennie. Dla mnie design jest nie tylko tworzeniem pewnego stylu okularów. Dla mnie design to też to, jak prowadzisz firmę. Dobry produkt nie wystarczy, jeżeli źle zaprojektowałeś dystrybucję czy zarządzanie ludźmi. Dla mnie wszystko w pewnym sensie jest designem – przekonuje Henrik Lindberg. www.lindberg.com

 



Viking Victory! Til hamingju @opticalstudio #euro16 #opticalstudio #strákarnirokkar #lindbergeyewear #lindberg
Film zamieszczony przez użytkownika LINDBERG (@lindbergeyewear) 28 Cze, 2016 o 3:42 PDT