NIEZWYKŁA HISTORIA KRZESŁA LOTOS [WIDEO]

TEKST: JOANNA SZCZYGIEŁ, ZDJĘCIA: MATERIAŁY PRASOWE

POZNAŃ 14.10.2017

DESIGN RZECZY

Rok 1980. Na polskim wybrzeżu trwają strajki robotników, które są odpowiedzią na tragiczną sytuację w kraju. Polska gospodarka zapada w coraz większy kryzys, a partia rządząca nie ma pomysłu na przyszłość kraju. W końcu opozycja zawiera porozumienia z władzą, co daje społeczeństwu nadzieję na gruntowne zmiany i perspektywę wolności… Rok później komuniści wprowadzają stan wojenny.
W tym samym czasie, w Europie Zachodniej toczy się normalne życie, a w szwajcarskiej Bazylei organizowane są doroczne targi meblowe, którym towarzyszy otwarty, międzynarodowy konkurs na najlepsze projekty mebli mieszkaniowych.

W tych burzliwych latach mało kto myślał w Polsce o meblach – przemysł niemal w każdej dziedzinie borykał się z ogromnymi problemami: braki materiałów i ich kiepska jakość, zacofanie technologiczne, biurokracja i zablokowany kontakt ze światem zewnętrznym, strajki i przestoje w produkcji, puste wystawy i witryny sklepowe…

Pomimo tego agonalnego stanu, który nie sprzyjał kreatywnej i artystycznej działalności, byli w Polsce ludzie, którzy wbrew wszystkiemu realizowali swoje pasje, jako odpowiedź na ponurą rzeczywistość i sposób na przetrwanie trudnych czasów.

Romuald Ferens, nieznany szerzej projektant, pracujący wówczas w przemyśle terenowym, postanowił zrobić coś, o czym inni tylko marzyli: wziąć udział w konkursie na najlepszy mebel… w Szwajcarii. W kontekście ówczesnych wydarzeń oraz sytuacji Polski na arenie międzynarodowej wydawało się, że pracownik Biura Konstrukcyjno-Technologicznego w Poznaniu porywa się z motyką na słońce.

Na konkurs zgłoszono 351 projektów, które oceniano w czterech kategoriach: pomysł, użyteczność, forma i przydatność wzoru do produkcji masowej. Jury konkursu było zachwycone różnorodnością zgłoszonych propozycji i przydzieliło 7 głównych nagród. Jedną z nich otrzymał właśnie Romuald Ferens, za drewniane, składane krzesło.

Lotos – tak nazywał się mebel poznańskiego projektanta, który o zdobyciu nagrody dowiedział się telefonicznie. Model krzesła, złożonego z 47 ruchomych elementów stanowił doskonały przykład funkcjonalności, która została ubrana w niebanalną, innowacyjną formę. Przypominał bowiem kwiat, który po rozłożeniu swoich płatków ukazuje się w pełnej krasie oczom zachwyconego obserwatora.

Podstawę do oceny stanowił… ręcznie wykonany model w skali 1:5, ponieważ autor nie był w stanie wyprodukować we własnym zakresie prototypu naturalnych rozmiarów, nie wspominając o wysłaniu go na swój koszt do Szwajcarii. Natomiast miniatura krzesła oraz rysunek 50 x 50 cm, bez problemu zmieściły się w małej paczce i na całe szczęście dotarły do Bazylei – choć nie bez problemów.

- Aby wysłać pocztą, opakowanie musiało być otwarte dla celników, którzy uznali, że jest to mebel i zażądali uiszczenia dość wysokiego cła. Wymiana poglądów trwała sporo czasu, lecz w końcu jakiś pan naczelnik dał sie ubłagać i przesyłka powędrowała jako… zabawka - wspominał R. Ferens.

Podróż do Szwajcarii była dla projektanta przygodą życia: po załatwieniu spraw paszportowych, które okazały się drogą przez mękę (bo jak wytłumaczyć urzędnikom, że jedzie się odebrać nagrodę za projekt mebla do… Szwajcarii?), Romuald Ferens znalazł się w końcu w kraju, o którym nad Wisłą krążyły legendy. Dobrobyt, organizacja i doskonała architektura w połączeniu z dobrym designem były oszałamiające i wydawały się nierealnym snem na jawie. A jednak: nagroda główna w postaci 2 000 franków i dyplom uznania, były jak najbardziej prawdziwe.

Ponadto, o tym, że projektant nie należał do tego idealnego świata przypominali mu na każdym kroku inni uczestnicy konkursu oraz organizatorzy i dziennikarze. - Wszyscy pytali się mnie o sytuację w Polsce, o to, co się u nas w kraju tak naprawdę działo. Byli ciekawi tego “egzotycznego Polaka”, który przyjechał z komunistycznego kraju, ogarniętego strajkami. Meble i projekty zeszły na dalszy plan - opowiada Romuald Ferens.

Jednak ten, kto chciałby uznać nagrodę dla polskiego twórcy jako “akt polityczny”, poczułby się zaskoczony: krzesło Lotos spotkało się z zainteresowaniem branży meblowej na Zachodzie do tego stopnia, że jedna ze szwajcarskich firm postanowiła wypuścić próbną serię 20 sztuk. Celem było zbadanie, czy projekt nadaje się do produkcji seryjnej i czy spotka się z akceptacją konsumentów. Miało to miejsce na przełomie 1980/81 roku, już po powrocie R. Ferensa do ojczyzny. Szwajcarom rzeczywiście udało się wyprodukować 20 prototypów, tzw. Serię Zero, a nawet zaprezentować meble na Targach Meblowych w Bazylei w 1981 roku. Jednak koszt produkcji przerósł znacząco ich przewidywania i ostateczna cena krzesła była zbyt wysoka – nawet dla zamożnego klienta z Zachodu. Fabryka podziękowała więc projektantowi za współpracę, a na pamiątkę wysłano do Polski dwa prototypy ze wspomnianej serii.

W Polsce nagroda ze Szwajcarii nie odbiła się żadnym echem, a fabryki nie były zainteresowane produkcją mebla. Ze względu na stan wojenny, a także na coraz większy marazm i problemy w przemyśle, prototypy Lotosa stały się normalnymi sprzętami domowymi, a konkursowy model stanął na meblościance w mieszkaniu projektanta, gdzie pokrył go kurz…

Gdy Romuald Ferens przypomina sobie tamte dni, nie może uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Gdyby kilka lat wcześniej powiedział komuś, że jego mebel zdobędzie uznanie na Zachodzie, każdy uznałby go za marzyciela – jeśli nie szaleńca. Okazuje się jednak, że marzenia się spełniają, a odrobina szaleństwa pozwala przenosić góry: może już wkrótce krzesło Lotos rozkwitnie ponownie – w nowej odsłonie, w zupełnie odmiennych czasach?

Ostatecznie marzenie projektanta się spełniło w nowych czasach. Od kilku miesięcy mebel jest produkowany przez markę Politura.

Więcej na: www.politura-berlin.de