Jak pracowało się w PRL-owskim Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, gdzie projektanci szukali inspiracji w czasach sprzed internetu, i jak się tańczyło w powojennej Warszawie, opowiada Alicja Wyszogrodzka, projektantka, której wzory na tkaninach dekoracyjnych towarzyszą kilku pokoleniom Polaków
Z Alicją Wyszogrodzką rozmawiam w warszawskiej galerii Cezarego Lisowskiego, który jest jednym ze współtwórców monograficznej wystawy poświęconej artystce. Kolejna odsłona cyklu „Polskie Projekty Polscy Projektanci” w Muzeum Miasta Gdyni jest bardzo nowoczesna, także dlatego, że wzory na tkaninach projektowanych przez Alicję Wyszogrodzką wychodzą ponad lokalność i wpisują się w światową historię designu.
„Prostota, geometria, minimalizm, ale też kolor – to kwintesencja skandynawskiego i brytyjskiego wzornictwa, tak bliskiego formalnie twórczości Wyszogrodzkiej. Paradoksalnie, sama projektantka nigdy nie odwiedziła Skandynawii ani Wielkiej Brytanii” – czytamy w katalogu wystawy. Bo nie da się ukryć ogromnego podobieństwa tkanin z Ikei do prac z portfolio projektantki, często tych, które powstały nawet dekady później. Wygląda na to, że dobry design jest po prostu uniwersalny, ponadczasowy i nie zna granic, nawet tak pilnie strzeżonych, jak w czasie zimnej wojny.
Ma Pani w portfolio tak wiele pięknych projektów…
…a wszyscy pamiętają tylko Panny z 1958 roku. Jak na nie patrzę, to szczerze mam dosyć. To była tkanina na spódnice – kompozycja drukowana z metra, z większym wzorem u dołu, mniejszym u góry. Wtedy bardzo modna, ludzie kupowali ją masowo. Teraz także była chyba wszędzie – w magazynach, nawet na T-shirtach towarzyszących wystawie w Muzeum Narodowym.
Może dlatego ten wzór wciąż się tak podoba, bo przypomina o bardzo kobiecym momencie w modzie?
O tak. Ubrania wtedy były ładne – dopasowane, kobiece, chodziło się w szerokich spódnicach z białymi, jedwabnymi chustkami na głowie. Z mężem jeździliśmy Lambrettą, na której siedziałam zresztą nie sportowo, ale z wdziękiem – bokiem. To był dla mnie bardzo dobry czas, miałam dwadzieścia parę lat. Wciąż zresztą lubię kobiece rzeczy, dziś wszystko jest bardzo luźne, sportowe.
Całe szczęście teraz każdy może się ubierać, jak chce – nie ma jednej mody.
Jak więc było przed wojną?
Miałam naprawdę dobrze, bo nasza rodzina była zamożna. Mieszkaliśmy w Końskich, ale cała rodzina mamy była z Warszawy, do której często jeździłam, mama przywoziła mnie do lekarzy. Zastanawiam się nawet, czy to naprawdę było konieczne, ze względu na moje zdrowie, czy po prostu chciała wyjeżdżać. Tata był spokojnym urzędnikiem państwowym, działał w PTTK. Mama w kontrze – energiczna, lubiła Warszawę, znajomych, kawiarnie. Chyba mam to po niej – nie potrafię siedzieć w miejscu.
A jak wyglądało Pani życie jako młodej projektantki po wojnie?
Mimo że to czasy PRL-u, w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego było bardzo ciekawie. Skupiło się tu wielu plastyków – to było jedyne takie miejsce pracy w Warszawie. Mieliśmy sztalugi, można było malować. Były wykłady, przyjeżdżali ludzie z Zachęty, z zagranicy, opowiadali, co się dzieje w sztuce. Chodziliśmy rysować do zoo i ogrodu botanicznego – nie wolno było kopiować, wszystko trzeba było rysować samemu, a potem tworzyć z tego wzory. Wanda Telakowska, która założyła i prowadziła IWP od 1950 roku, wszystko potem sprawdzała.
Jak trafiła Pani do IWP?
Zawsze lubiłam malować i projektować. Na studiach najpierw chciałam zajmować się też tkactwem, ale zrezygnowałam – przeplatanie nitek okazało się nie dla mnie. Wiele moich koleżanek później odeszło z przemysłu, wolały tworzyć unikatowe tkaniny. Do Instytutu trafiłam po obronie pracy dyplomowej. Wanda Telakowska ściągnęła mnie z Łodzi. Od 1960 roku pracowałam w Centralnym Biurze Wzornictwa Przemysłu Lekkiego. Powstawały tu bardzo nowoczesne i kolorowe dekoracyjne tkaniny. Teraz okazuje się, że to samo wypuszczała Ikea, tyle że dekady później, a to przecież był nasz styl z lat 50. Także plakaty i tkaniny były wtedy naszą dumą – polskie, rozpoznawalne za granicą.
Instytut był wówczas mocno sfeminizowany.
Tak, prawie same kobiety. My miałyśmy po dwadzieścia kilka lat, a starsze panie po trzydzieści parę – wydawały mi się wtedy bardzo dorosłe. Może dlatego, że to były kobiety przedwojenne, eleganckie, z klasą.
Jak na tamte czasy chyba dużym przywilejem była możliwość wyjazdów za granicę na targi?
Tak, raz nawet byłam w Mediolanie, pod koniec lat 50. Potem co roku, w styczniu, jeździłam już z Centralnego Biura, na targi tekstylne do Frankfurtu. Pamiętam te wyjazdy bardziej niż same tkaniny, jeździłam zwykle z koleżanką, również projektantką z Instytutu, Danką Paprowicz-Michno. Odwiedzałam też Budapeszt i Pragę, Brukselę czy Paryż, gdzie w 1955 roku oglądałam pokaz Diora.
Z targów przywoziłyście wytyczne dla produkcji?
Jeździłam regularnie przez 30–40 lat i na pewno przywoziłam dużo inspiracji. Co miesiąc zastanawialiśmy się nad kolejnymi wzorami, korzystając m.in. z obserwacji z targów. Z zagranicy przychodziły też próbki tkanin – i to było dla nas najcenniejsze, bo w Polsce takich przędz do dziś nie ma.
Jak formalnie wyglądały takie służbowe wyjazdy?
Najczęściej jeździło się przez instytucje, np. ZAiKS. Po powrocie trzeba było oddać paszport na milicję. Czasem wyjeżdżałam z teczką projektów. Kiedyś byłam we Frankfurcie z ZAiKS-em, jeździliśmy od fabryki do fabryki, od południa na północ, i przedstawialiśmy im polskie projekty. I powiedziałam: „Holender jasny” – kupili parę, ale większość tylko patrzyła. Później się zorientowałam, że oni ukradkiem fotografują, kopiują wszystko. Wiedziałam, że „zrzynają” nasze wzory.
Rozmawiała Pani po niemiecku?
Trochę. Koleżanka mówiła po francusku. Starałyśmy się nie przyznawać, że jesteśmy z Polski. Najbardziej to nie chciałyśmy, żeby pomylili nas z Rosjanami, którzy za granicą byli natychmiast rozpoznawalni. Podobnie zresztą jak my, po butach, ubraniach. Wszyscy od razu wiedzieli, że jesteśmy ze Wschodu. Pozdrawiali nas, ale czuło się ten dystans.
Zdarzały się przesłuchania po powrocie?
Tak. Koleżankę, która jeździła często na targi do Paryża, wzywano na UB, bo spotkała w Paryżu znajomych Żydów ze szkoły. Myśleli, że przekazuje informacje. Mieliśmy świadomość, że zawsze ktoś tam za nami chodził.
Ciekawa jestem, jak wyglądał proces projektowania tkanin, od pomysłu do realizacji.
Wszystkie się różniły, to było widać na komisjach, które odbywały się w laboratoriach podległych Zjednoczeniu Przemysłu Lekkiego, w każdym przemyśle – bawełnianym, jedwabnym. Przyjeżdżali wszyscy producenci tkanin i zatwierdzaliśmy wzory do produkcji – tylko to, co przeszło komisję, mogło być produkowane.
Była Pani również specjalistką od technologii.
Tak, uczyłam się chemii barwników, chodziłam nawet na zajęcia do Akademii Medycznej. Zresztą mieliśmy różne zajęcia, także z architektury – projektowałam np. willę zakopiańską.
Czy była cenzura? Co, gdyby ktoś zaprojektował coś „wywrotowego”?
Nie, nigdy o tym nie słyszałam.
Czy polskie tkaniny były sprzedawane za granicę?
Bawełna była mniej eksportowa, ale już lnu wysyłaliśmy bardzo dużo, głównie do Szwecji i Niemiec. Ręczniki, tkaniny metrowe, obrusy. Często z motywami świątecznymi, np. jajka wielkanocne czy kwiaty bożonarodzeniowe. Projekty eksportowe były dostosowane do zamówień – oczekiwano określonych kolorów i wzorów.
Czuła się Pani zawodowo spełniona?
Tak, robiłam to, co lubiłam. Były oczywiście pewne animozje, jak to w miejscu pracy, np. panie Telakowska i Tyszkiewiczowa się nie lubiły, ale mnie to nie dotyczyło. Później, jak większość, przeszłam z IWP do Centralnego Biura Wzornictwa, bo w Instytucie zaczęto wymagać pisania naukowych opracowań o własnych wzorach, a my chciałyśmy się skupić na projektowaniu.
Jakie to były przędze, o których pani mówiła?
Ach, kolorowe, piękne. Z niewykorzystanych próbek robiłam lalki – prułam tkaniny i miałam z nich piękne włosy i sukienki. To był mój sposób, żeby coś z tego zachować, nie wyrzucać. Raz zrobiłam lalkę z tłuczka do kartofli – tułów był z kija, a włosy z tej ślicznej przędzy. Do dziś mam ich kilka, ale większość rozdałam koleżankom. W pracy mieliśmy dyscyplinę – od ósmej do końca dnia trzeba było siedzieć, podpisywać wejście i wyjście. Nikt przecież nie mógł tyle godzin projektować. Koledzy grali więc w „orła i reszkę”, a ja prułam.
Wesoło było!
Bardzo sympatycznie. To był początek, jedyna taka instytucja. Na wzór Centralnego Biura Wzornictwa w każdej stolicy RWPG [w skład RWPG obok Związku Sowieckiego wchodziły Albania, Bułgaria, Czechosłowacja, NRD, Polska, Rumunia i Węgry – przyp. red.] powstawały podobne. Były aresztowania, ciężkie czasy, ale nigdy nie chciałam wyjechać za granicę, myśleliśmy tylko o tym, że to się kiedyś skończy. Obracałam się w środowisku artystów, malarzy. Miałam znajomych filmowców, bo akurat kończyłam studia w Łodzi, a wszyscy ci znani byli tam akurat w tym samym czasie w Filmówce.
Pani projekty były bardzo pogodne.
Aż głupio przyznać, ale właściwie wszyscy naokoło się wtedy bawili. Jak był karnawał, to się tylko tańczyło. Obecnie nie widzę, żeby mój wnuczek chodził na zabawy – twierdzi, że teraz się tak nie tańczy. A wtedy nie było pieniędzy, jednak zawsze trochę człowiek oszczędził, żeby iść do restauracji Kongresowa w Pałacu Kultury i Nauki, w której atrakcją były fontanna i dancing. Lubiłam się kręcić, cały czas coś oglądać.
Czerpie Pani z życia garściami!
Cały czas też maluję i rysuję, równolegle z tkaniną – od studiów aż do emerytury. Co roku jeździłam na plenery – jeszcze za PRL-u, służbowo, właśnie po to, aby malować, a nie projektować tkanin. Każdego roku odbywały się wystawy z tych plenerów, w Warszawie albo Łodzi. Wtedy to była duża rzecz. Gdy przestałam pracować zawodowo, całkiem się poświęciłam malarstwu, należę do mazowieckiego stowarzyszenia plastyków. Więc nie mogę narzekać – i w ogóle uważam, że nie powinno się narzekać. Trzeba znaleźć w sobie trochę optymizmu i nadziei, że będzie lepiej, i koniec. Tak samo, jak teraz. Nie mogę chodzić, nie mogę tego czy owego, ale cały czas wierzę, że będzie lepiej.
Alicja Wyszogrodzka
Urodzona w 1928 roku w Końskich. Projektantka drukowanych tkanin dekoracyjnych, odzieżowych, a także gobelinów i dywanów (dla spółdzielni „Ład” i „Wanda”). W latach 1950–1955 studiowała na PWSSP w Łodzi na Wydziale Tkaniny. Pracę rozpoczęła w IWP w 1953 roku, a siedem lat później przeniosła się do Centralnego Biura Wzornictwa Przemysłu Lekkiego (CBWPL). Zdobyte przez lata doświadczenie umożliwiło jej pracę jako specjalistka ds. wzornictwa elementów wyposażenia wnętrz i wyrobów przemysłu lekkiego. Między innymi w latach 80. współpracowała z żyrardowskimi zakładami, zatwierdzając wzory tkanin lnianych.
Jest autorką wielu wyróżniających się projektów, bardziej przypominających grafikę niż tkaninę użytkową, w tym niemal ikonicznych chustek z motywem „picassowskiej” kobiecej głowy lub „mondrianowskich” kompozycji w czerwono-żółtych barwach. Charakterystyczne dla stylu projektantki są wzory malowane mocną czarną linią, nieraz z widocznym śladem pociągnięć pędzlem, a także graficzne kompozycje kostkowe. Pojawiały się u niej też ornamenty roślinne oraz schematycznie i humorystycznie ujęte sylwetki ptaków i innych zwierząt. Te ostatnie możemy zobaczyć w projektach chusteczek i zasłon dla dzieci. Wyjątkowo delikatne, o pięknych, zharmonizowanych barwach są drukowane w „Milanówku” sukienkowe kupony z jedwabiu naturalnego. W serii tkanin plażowych na turkusowym tle „pływają” rysowane czarnym tuszem stylizowane ryby.
Po roku 1960 Wyszogrodzka w CBWPL projektowała głównie tkaniny dekoracyjne, np. przypominającą skandynawski design serię wzorów kolorystycznie i wzorniczo skoordynowanych we wnętrzu – zasłon i dywanów o geometrycznej kompozycji, składającej się z dużych kolorowych kół.