Kubiczne domki z Rotterdamu zaprojektowane w 1984 r. przez Pieta Bloma. Postawione na sztorc kostki nie mają ani jednej prostej ściany, wywołują zaburzenia równowagi i wyglądają, jakby miały zaraz spaść na snujących się w dole przechodniów.

PRAGNIENIE KOMFORTU

TEKST: MAREK WARCHOŁ, ZDJĘCIA: WOJCIECH TRZCIONKA

ROTTERDAM 29.12.2016

ARCHITEKTURA MIEJSCA OPINIE

Gdy przeglądam pisma prezentujące nowoczesne, komfortowe wnętrza, przypominają mi się zawsze kubiczne domki z Rotterdamu zaprojektowane w 1984 r. przez Pieta Bloma. Postawione na sztorc kostki nie mają ani jednej prostej ściany, wywołują zaburzenia równowagi i wyglądają, jakby miały zaraz spaść na snujących się w dole przechodniów. „Śmieszne toto, fikuśne” – mówią do siebie turyści cykający zdjęcia. – Ale jak w tym mieszkać? Jak poustawiać meble, gdzie powiesić zdjęcie syna z pierwszej komunii, nie wspominając już o firankach w kwieciste wzory? Widać od razu, że architekt był żywo zainteresowany zapisaniem swego nazwiska w annałach historii sztuki, lecz nie przejmował się raczej komfortem mieszkańców, którzy teraz zmuszeni są mieszkać we wnętrzu jego pomnika. A przecież lepiej się mieszka w apartamencie niż w dziele sztuki – jak mawia Woody Allen.
Pragnienie komfortu jest bez wątpienia jedną z potrzeb fundamentalnych. Komfort sprawia, że żyje się łatwiej – a czy nie tego właśnie oczekujemy od życia, by upływało łatwo, wygodnie i przyjemnie? Dążenie do komfortu jest oznaką psychicznego zdrowia, wynika bezpośrednio z troski o samego siebie. Komfort zamyka pysk naszym wewnętrznym demonom. Ucisza zbędne myśli i daje poczucie doraźnej ulgi, jak nałóg. Przy tym skutecznie wspomaga proces odmóżdżania, któremu lubimy się oddawać zwłaszcza wieczorami, uzbrojeni w telewizory, ajpady i tablety. To właśnie wtedy z lubością układamy nasze ciała na komfortowych kanapach, by obejrzeć jakiś komfortowy film lub przeczytać rozdział komfortowej książki_ – w obowiązkowym towarzystwie kieliszka komfortowego wina.

Komfort w architekturze jest wartością samą w sobie. Stanowi często kryterium, na podstawie którego oceniamy architekturę. Dom ma tym większą wartość, im lepiej zaspokaja łaknienie komfortu swoich mieszkańców. Wartość tę da się z całą pewnością zmierzyć, zdefiniować, podzielić na progi, zamknąć w zbiorze standardów i reguł, których będzie można nauczać na kursach projektowania. Architekci powinni opracować dla własnej wygody parametr zwany „współczynnikiem komfortu” i podług niego wyceniać swoje usługi. Życzą sobie państwo dom ze współczynnikiem równym 10? Służę uprzejmie – jednak uprzedzam, że cena nie będzie tak komfortowa.

Zastanawiam się czasem, jak też mogły wyglądać rozmowy Petera Eisenmana z inwestorami, państwem Frank, dla których w 1975 r. wybudował dom znany dziś pod nazwą House VI. Czy były to burzliwe narady z trzaskaniem drzwiami, rwaniem włosów z głowy i waleniem pięścią w stół? A może pan i pani Frank łykali gładko wszelkie propozycje Mistrza, łudząc się, że komfort psychiczny wynikający z prestiżu zamieszkiwania przyszłej ikony architektury nie da się porównać z żadnym innym rodzajem komfortu. „Tu chodzi o ideę, a nie o wasze wygodnictwo!” – mówił im zapewne Peter. „Chodzi o wykreowanie przestrzeni dezorientacji, o zamrożenie procesu, o wizualizację teorii. Chodzi o słupy, które nie będą słupami, o schody imitujące schody, o słodkie kolizje między formą i funkcją. Użytkowość nie jest ważna – bo przecież każda sztuka jest bezużyteczna”. Dlatego nie pytajcie mnie już więcej o tę szczelinę, która rozcina na pół sypialnię wraz z waszym małżeńskim łożem. Ani o ten słup zawieszony nad jadalnianym stołem, przez który nie możecie się nawzajem widzieć. Ja jestem tylko niewolnikiem Sztuki, podobnie jak wy” – jak mawiał Oscar Wilde.

A jednak państwo Frank polubili swój dom za element poezji, który podobno wniósł w ich życie – Suzanne Frank nazwała zamieszkiwanie w nim „ślicznym doświadczeniem”_. Czyżby ich dziwaczna rezydencja dała im sposobność doświadczenia innego gatunku komfortu niż ów destylat wykreowany w ilustrowanych magazynach i sprzedawany w salonach i na targach wnętrzarskich? Może rozsmakowali się w owym antykomforcie, tak jak niektórzy upajają się książkami bez rozdziałów, długimi zdaniami jak z prozy Thomasa Bernharda, niepokojącym kinem lub atonalną muzyką wdzierającymi się siłą w duszę.

Emil Cioran powiedział, że książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia. Czy z architekturą nie bywa podobnie? Oczywiście w większości przypadków jej celem jest zapewnienie komfortu ciału – a jednak istnieją przecież dusze, którym to nie wystarcza, które muszą być rozdarte, by czuć się spełnione. Dla nich konwencjonalny komfort jest klatką odgradzającą od świata, od prawdy i od własnej jaźni. Jest tożsamy z gnuśnością, z uśpieniem sumienia, gwałtem zadanym duchowej i twórczej aktywności. Według nich prawdziwie zdrowym i wolnym można być jedynie poza strefą komfortu – gdyż pozostając w jej granicach, prędzej czy później zmieniamy się w nałogowców zmagających się z wiecznym, niemożliwym do zaspokojenia nienasyceniem.

Ale możliwe są przecież także stany pośrednie. Takie, w których pojedyncza rysa na lśniącym nowością i komputerową wizualizacją parkiecie nie spowoduje dyskomfortu i palpitacji serca. W których gęsia skórka na przedramieniu skłoni raczej do zarzucenia swetra lub bluzy niż do dramatycznych kłótni z serwisantem inteligentnego systemu klimatyzacji, który miał przecież gwarantować nieustający komfort cieplny tak za dnia, jak i w nocy. W których krzywa czy obła ściana albo ostry narożnik pokoju zainspirują do nowych zabaw z dziećmi zamiast do kąśliwych uwag o chorych ambicjach niespełnionych architektów.

Nie, nie chodzi zaraz o to, by egzaltować się wielką i bezużyteczną sztuką, która się wypnie na kwestie luksusu i technologii, zainteresowana jedynie budzeniem niepokoju i wywoływaniem obrażeń. Chodzi tylko o to, by zamiast łykać gotowe pastylki i suplementy diety, na własną rękę poszukać własnej strefy komfortu. I wyjść poza nią, niekiedy – ot tak, dla draki.

IMG_0552 (1)