Kuba Wandachowicz (ur. 1975 rok) – magister filozofii, basista, autor tekstów piosenek i kompozytor. Członek zespołów Cool Kids of Death, NOT, Mister D, aktualnie Tryp. Współwłaściciel klubu „DOM” w Off Piotrkowska. Twórca Festiwalu Domoffon. Przez wiele lat prowadził audycję „Puszcza Piosenki” w Radiu Łódź, ale ostatnio zmieniła go „Dobra zmiana”. Na zdjęciu przed swoim klubem „DOM” w Off Piotrkowska na huśtawce z czasów swojego dzieciństwa przeniesionej spod rodzinnego domu. ZDJĘCIE: WOJCIECH TRZCIONKA

POKAZAĆ CI ŁÓDŹ? CHODŹMY DO „MOJEJ” FABRYKI AZBESTU

ŁÓDŹ 12.10.2016

LUDZIE MIEJSCA STYL ŻYCIA SZTUKA

– Łódź zawsze była pełna sprzeczności. Mieliśmy pierwszy tramwaj elektryczny w Polsce, ale nie mieliśmy kanalizacji i ścieki wylewało się z okna wprost na ulicę. Można było w tydzień zostać milionerem albo żebrakiem.
Z Kubą Wandachowiczem, niegdyś liderem Cool Kids of Death, a dziś animatorem kulturalnym i twórcą festiwalu muzycznego Domoffon, spotykamy się w jego klubie „DOM” w Off Piotrkowskiej. Był pomysł, żeby pospacerować i zobaczyć Jego miejsca, ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Więc zagadaliśmy się. Oczywiście o Łodzi, którą On kocha bezdyskusyjnie, a ja wciąż oswajam.

Żyjesz tu od dziecka. Jak to miasto zmieniało się na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza?
– Pamiętam i wzloty, i upadki. Po upadku komuny wszyscy byliśmy szczęśliwi, bo przez chwilę w swej naiwności poczuliśmy się wolni. Tworzyły się miejsca, których wcześniej nie było, puby typu Chenko czy Tuluca – miejsca, w których można było kupić marihuanę, posłuchać nowej muzyki (pamiętajmy, że wtedy nie było internetu!)… Pojawiło się techno, a w miejscu gdzie dziś jest Off Piotrkowska, czyli w starej Fabryce Ramischa, powstał pierwszy w Polsce klub techno, czyli „New Alcatraz”. Zjeżdżały się tam tysiące ludzi. Jednocześnie kilka zespołów, między innymi mój pierwszy zespół, miał tam próby, dokładnie w podziemiach klubu. Czasem chodziliśmy na górę na imprezę, a czasem wrzucaliśmy kwasa i robiliśmy wycieczki po podziemiach Fabryki Ramischa. Wyjątkowe czasy... (śmiech)

Z czasem klubów w Łodzi powstawało coraz więcej, przyjeżdżali ludzie z całej Polski i miasto stało się klubową stolicą naszego kraju. Potem doszła Parada Wolności. Niestety, równolegle Łódź upadała od strony socjalnej, ludzie wyjeżdżali za pracą i powoli miasto zaczęło umierać. Parada Wolności została zlikwidowana przez Kropiwnickiego (w latach 2002-2010 był prezydentem Łodzi – przyp. red), nie było pomysłu, w jakim kierunku trzeba pójść. Zmieniło się to dopiero z nadejściem nowych władz, nadejściem prezydentury Hanny Zdanowskiej, choć ja nie lubię takich politycznych paraleli.

Łódź jest miastem, które ma gigantyczną, wspaniałą historię. Za głowę się łapałem, gdy dziadek opowiadał mi, co tu było przed II wojną, o tej wielokulturowości, o tym że trzy czwarte tego miasta wybudowali Żydzi, Niemcy albo Rosjanie. I że tu tych mniejszości kulturowych i etnicznych było mnóstwo. Było to miasto, które przed wojną rozwijało się najszybciej w Europie i było porównywane do miast amerykańskich, jeżeli chodzi o stopień rozwoju. I tak jak niejedno miasto amerykańskie, np. Nowy Jork, jest zbudowane wokół ulicy (Piotrkowskiej), od której odchodzą prostopadłe ulice. Znając tę historię, miejsca pofabryczne, aż się prosiło, żeby ktoś coś z tym zrobił… Weszliśmy do Unii Europejskiej, pojawiły się pieniądze, miasto się dodatkowo bardzo zadłużyło i efekty ostatecznie dzisiaj widać. Mamy EC1, MS1, MS2, Art Inkubator, odmienioną ulicę Piotrkowską, trasę WZ…

Ja też widzę te zmiany. Ale – moim zdaniem – potencjał Łodzi wciąż w dużym stopniu pozostaje niewykorzystany.
– Łódź zawsze była pełna sprzeczności. Mieliśmy pierwszy tramwaj elektryczny w Polsce, ale nie mieliśmy kanalizacji i ścieki wylewało się z okna wprost na ulicę. Można było w tydzień zostać milionerem albo żebrakiem. Dziś po tych czasach mamy w spadku np. wspaniałe kamienice, ale ich prawo własności jest nieuregulowane i stoją, i niszczeją.

Łódź ma genialny potencjał uniwersytecki, szkół artystycznych. Mamy Uniwersytet, Politechnikę, Akademię Muzyczną, Akademię Sztuk Pięknych, Filmówkę… To jest kierunek, w którym Łódź musi pójść.

Przemysł tekstylny, z którego to miasto słynęło, już się w takiej formie nie odrodzi. Pomysł, aby Łódź była miastem dla ludzi kreatywnych, jest dobrym pomysłem, ale trzeba ten proces przyspieszyć. Miejsc, które ludziom kreatywnym, twórcom, artystom, można oddać na galerie i pracownie, jest naprawdę dużo.

Bardzo zależałoby mi też, żeby Łódź stała się miastem otwartym. Dziś niestety ma opinię najbardziej ksenofobicznego, po Białymstoku, miasta w Polsce. Ja bym się cieszył, gdyby Łódź przyjęła uchodźców. No, ale to już chyba zbyt duże science-fiction, żeby w Łodzi zalegalizowano marihuanę i stała się Amsterdamem wschodu… (śmiech)

Wydaje mi się, że to miasto wie już w jakim kierunku ma pójść, tylko to się odbywa zbyt wolno, zbyt mało odważnie. I ze zbyt wieloma fackupami, jak w przypadku organizacji festiwali. Taki Transatlantyk, festiwal filmowy przeniesiony z Poznania, dostał od miasta dofinansowanie w wysokości ponad 4 mln zł, obcinając kasę wszystkim lokalnym twórcom, a był zupełną porażką organizacyjną…

Gdybyś miał pokazać kilka swoich ulubionych łódzkich miejsc turyście, to jakie by one były?
– Nic bym nie pokazał, bo ja mam spaczony gust… Urodziłem się blisko miejsca, w którym dziś mieszkam, przy ul. Gandhiego. Tam była stara, opuszczona fabryka azbestu, która była dla mnie najpiękniejszym miejscem na świecie… Mnie do dziś podoba się ta destrukcja. Moje wybory niekoniecznie mogą się więc spodobać turystom… Ale jeżeli już, to… Poleciłbym dawną fabrykę Wimę, budynki przy ul. Tymienieckiego, wszystkie postindustrialne, dzikie miejsca, albo już te odnowione jak Biała Fabryka. W Łodzi jest mnóstwo miejsc z potencjałem, często jeszcze niewykorzystanym.

Widzę, że bardzo żyjesz Łodzią?
– Tu się urodziłem i nie wyobrażam sobie, żebym mógł mieszkać gdzieś indziej. Żyłem przez chwilę w wielu miejscach, ale zawsze musiałem wrócić. Mój zmysł estetyczny jest mocno skrzywiony, więc nie mam zbyt dużego problemu z tym, że to miasto wygląda tak jak wygląda, choć – trzeba przyznać – wygląda coraz lepiej. Ale rozumiem też, że musi się rozwijać. Ważne jest, że jak już coś zmieniamy, to róbmy to odważnie, z głową i rękami ludzi, którzy się na tym znają. Jesteśmy miastem, które aspiruje do tego, aby być polską stolicą designu, a w pewnym momencie mieliśmy najbrzydsze, różowe tabliczki z nazwami ulic w Polsce. To był jeden z wielu przykładów, jak w tym mieście chciano coś ulepszyć, a spieprzono to na całej linii. Ale to – mam nadzieję – tylko błędy, które nam wszystkim z czasem wyjdą na zdrowie.

Rozmawiał: WOJCIECH TRZCIONKA