CZESKA MASZYNA DO MIESZKANIA

TEKST: MARCIN MOŃKA, ZDJĘCIA: WOJCIECH TRZCIONKA

ZLIN 24.5.2015

ARCHITEKTURA MIEJSCA STYL ŻYCIA

Idą. Kibice hokejowej drużyny z morawskiego Zlina. „Szewcy, Szewcy” – niesie się okrzyk wydobyty z wielu gardeł. Są dumni ze swojej przeszłości. Gdyby nie buty, to ich miasta w ogóle mogłoby nie być.
Nie trzeba być czechofilem, by znać legendarną markę obuwniczą Bata. Wyprodukowane w niewielkim czeskim mieście Zlin (czes. Zlín) buty są rozpoznawalnym symbolem naszych południowych sąsiadów, podobnie jak czekoladowe dropsy Lentilky czy równie legendarny napój gazowany Kofola. Buty Baty nosiło również kilka pokoleń Polaków. Do dziś zresztą żyją ludzie, dla których synonimem wygodnego buta jest po prostu Bata. Koniec i kropka. Historię powstawania marki i ugruntowywania się jej fenomenu przypomniał Mariusz Szczygieł w swoim kultowym już „Gottlandzie”. Opowieść o legendarnej marce doczekała się już filmowej wersji. Być może zainspirują one do bliższego przyjrzenia się także wyjątkowej architekturze „miasta Baty” – Zlina. Zachęcam do zanurzenia się w jego tkance podczas długich spacerów, rozmów z ludźmi oraz wizyty na powstałym w 1957 roku stadionie zimowym imienia Luďka Čajky (świetnego hokeisty, który zmarł w skutek obrażeń odniesionych podczas meczu).

Długodystansowiec i papież modernizmu
Dziś często powtarza się, że Zlin był pierwszym funkcjonalistycznym miastem na świecie. Bardzo lubię tę przekazywaną z ust do ust opowieść. Choć zdecydowanie bliższa jest mi przypowieść o Emilu Zátopku. Prawdopodobnie najsłynniejszym (nie licząc rzecz jasna rodziny Batów) mieszkańcu miasta, który, nim stał się wybitnym biegaczem długodystansowym i zdobywał medale na stadionach lekkoatletycznych całego świata, zainteresował się biegami dzięki… pracy w fabryce. „Aby sprzedawać coraz więcej butów na całym świecie, co zrozumiałe, Bata nie poprzestaje na maksymalnej racjonalizacji produkcji, lecz stara się również o reklamę zakładu za pomocą wszelkich możliwych sposobów. Jednym z pomysłów jest utworzenie zakładowej drużyny piłki nożnej, która ma prezentować barwy fabryki na wszystkich stadionach. Emil nie bierze w tym udziału, ale co roku organizowany jest również bieg w Zlinie, w którym muszą uczestniczyć wszyscy uczniowie szkoły przyzakładowej w koszulkach ze znakiem firmowym Baty”– napisał Jean Echenoz w beletryzowanej biografii biegacza zatytułowanej „Długodystansowiec”. Zatopek żyjąc, pracując i biegając, świetnie wpisuje się w rzeczywistość tego miejsca „jako maszyny do mieszkania”. Ten cytat z Le Corbusiera nie jest tutaj przypadkowy – „papież modernizmu” pracował nad planami architektonicznymi dla Zlina, tworzył układ urbanistyczny jednej z dzielnic. Ostatecznie jednak poróżnił się z Tomaszem Batą i nie podjął się realizacji. Miasto stworzyło dwóch czeskich architektów – František Lydie Gahura oraz Vladimir Karfik. Efekt do dziś jest piorunujący. A Zlin wciąż pozostaje miejscem, do którego pielgrzymują osoby, pragnące przekonać się, na czym tak naprawdę polega fenomen funkcjonalizmu.

Ponad 20 milionów par butów rocznie
Aby uzmysłowić sobie skalę przedsięwzięcia, przyjrzyjmy się liczbom. Na początku XX wieku Zlin miał 3 tys. mieszkańców. Trzy dekady później było ich już ponad 37 tys. Gdy w 1894 roku powstawała manufaktura Tomasza Baty, zatrudnionych było zaledwie 10 osób. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej buty wytwarzało już 4 tys. pracowników, a w 1930 roku w zlińskiej fabryce pracowało niemal 18 tys. Rozwijający się miejski organizm „wchłaniał” nie tylko mieszkańców okolicznych osad, wiosek i miasteczek, ale także robotników z dalszych regionów – już po kilku latach funkcjonowania zlińskiej fabryki zbankrutowali szewcy na Morawach, a popularne „batovki” nosili chyba wszyscy. W końcu buty z płótna na skórzanej podeszwie były „na każdą kieszeń”. Co więcej, firma produkowała też na specjalne zamówienia, np. na potrzeby armii.

Na początku lat 30. zeszłego stulecia wytwarzano ponad 20 milionów par butów rocznie. Bata był najpoważniejszym pracodawcą w regionie – nawet złożył, choć nie bezpośrednio, piękną obietnicę swoim pracownikom – każdy mógł liczyć na mieszkanie w dwurodzinnym domu. Inwestował też w miejską infrastrukturę. Dziś mówi się już o zlińskiej bądź batowskiej architekturze. Nie ma w niej ozdobników i wybujałych form. Wszystko zostało podporządkowane funkcji, czyli „powiększeniu zdolności wytwórczych zakładów obuwniczych”. Gdy odwiedza się Zlin trudno nie oprzeć się wrażeniu, że trafiliśmy do jakiejś dziwnej rzeczywistości znanej z ekranów komputerów i świata gier, gdzie obiekty są multiplikowane. Budynki są do siebie bliźniaczo podobne. Cała ich „rodzina” opiera się na prostopadłościanach o konstrukcji z żelbetonu i czerwonej cegły oraz charakterystycznych wielkich oknach. Domy jedno– i dwurodzinne powstawały w wielkich koloniach, nie dzieliły ich żadne płoty i ogrodzenia tak, aby mieszkańcy mogli się wzajemnie kontrolować. Inni twierdzą, że brak ogrodzeń poprawiał sąsiedzkie więzi.

Na parterach znajdowały się kuchnie, ale były to zaledwie ich namiastki. Tak zaprojektowana przestrzeń miała skłaniać mieszkańców, aby jadali we wspólnych stołówkach. W ogóle, mieli jak najrzadziej przebywać w domach, korzystając z przeznaczonych dla wszystkich obiektów. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to schemat dzisiejszego świata wielkich miast. I choć z dzisiejszej perspektywy część tych rozwiązań wygląda dość nieludzko, to jednak troska o wspólnotę i coraz popularniejsza obecnie idea współuczestnictwa stawały się dla mieszkańców wartością. Byli przekonani, że biorą udział w jakimś wielkim dziele, a ich budowane na zboczach pagórków domy (do początku lat 30. powstało ich 1,5 tys.) stają się częścią „modelowej metropolii”. Także dziś, po kilkudziesięciu latach, pokryte „mieszkalnymi kostkami” doliny Zlina wywierają niezwykłe wrażenie. Ciekawy kontrapunkt stanowią większe budynki – wysokościowce – także wsparte o żelbetowy szkielet.

Funkcjonalistyczny, morawski świat
Mieszkańcy od lat 30. XX wieku spotykali się na placu Pracy, gdzie powstało centrum handlowe. Obiekt ten przypomina nieco późniejsze domy kultury, a także gigantyczne kino z salą mieszczącą 2 tys. widzów! Na tym nie koniec – budynkiem zamykającym plac stała się „Dwudziestka jedynka”, czyli firmowy biurowiec Baty. W chwili powstania był najwyższym obiektem w ówczesnej Czechosłowacji. Jego nazwa to tylko porządkowa liczba, bo u Tomasza Baty wszystko było dokładnie policzone – miał słabość do liczb. Tą samą nazwą potrafił określić kilkanaście różnych ulic, a każdą z nich odróżniał od pozostałych… nadając im numery. Tak więc równoległe do siebie ulice: Podlesi II, Podlesi III, IV i V dochodzą do Podlesi I. Tą z kolei dojechać można do ul. Nivy IV i bocznej Nivy III…

Wracając do popularnej „21” – liczy ona 77,5 i ma 16 pięter. W latach 30. mieściły się tutaj wszystkie biura administracyjne i handlowe, a także osławiona już winda–biuro Jana Antonina Baty, który przejął firmę w 1932 po śmierci w wypadku lotniczym swojego przyrodniego brata Tomasza. Obecnie budynek jest siedzibą administracyjnego kraju zlińskiego, mieści się tam także taras widokowy oraz muzeum z pamiątkami po rodzinie Bata. Dekadę temu „21” przeszła gruntowną renowację i jest uznawana dziś za największą atrakcję turystyczną Zlina. Decydując się na odwiedziny w tym 80–tysięcznym mieście, możemy też zajrzeć do wnętrza typowego mieszkania z czasów, gdy Tomasz Bata kreował nowy, funkcjonalistyczny świat na Morawach. Warto też zapuścić się samemu do którejś z dzielnic, może będziecie mieć trochę szczęścia i któryś z mieszkańców zaprosi was do środka. Wtedy też być może opowie wam nie tylko o tym, jak mieszka się na 30 mkw, ale wyzna, że nie widzi dla siebie lepszego miejsca na świecie. I warto też pamiętać o Zátopku – gdyby nie to, że jako 16 latek zaczął pracować w fabryce Baty, kto wie czy sięgnąłby czterokrotnie po złoty medal olimpijski i 18 razy pobił rekord świata? W końcu to Tomasz Bata, z jego umiłowaniem architektonicznego porządku i funkcjonalnej sprawności, przekonywał swoich pracowników, jak znaczącą rolę odgrywają czas (każda sekunda w fabryce się liczy!) oraz umiejętność wprawnego gospodarowania zasobami. Podpatrzył to w fabryce Forda, a dziś często mówi się, że był pierwszym szpiegiem gospodarczym w historii.

Nie wiemy, jak bardzo dumni ze swojego miasta byli Zátopek i setki tysięcy innych osób, pracujących przy taśmie produkcyjnej. Wiemy jednak, że dzisiejsi mieszkańcy lubią podkreślać, skąd pochodzą. Bo w Zlinie mieszkają „Szewcy”, choć już niewielu z nich ma związek z zakładami Baty.