PODSŁUCHANE. ŚWIADOME WYBORY

WARSZAWA 12.4.2017

MODA STYL ŻYCIA

Anna Pięta i Magda Korcz zorganizowały już 10. edycji największych w Polsce targów mody autorskiej HUSH Warsaw. To już cztery lata promocji polskich projektantów, dobrej jakości, integracji branży, ciężkiej pracy, ale i dużej radości z efektów. Widziały wiele, skrytykowały jeszcze więcej. Ale to między innymi dzięki nim polski projektant ma dla kogo tworzyć, bo dobrą modę, oprócz oglądania, Polacy zaczęli również kupować. Dzięki odwadze i konsekwentnej strategii wiele już nam powiedziały i pokazały, szczerze dziękując tandecie i czerwonym dywanom. Znalazły swój własny, mądry koncept na piękną, niezależną, a przede wszystkim polską modę. Dla nas rozmawiają… same ze sobą. O modzie i nie tylko. A my podsłuchujemy.
Ania: – Co się udało? Przede wszystkim HUSH Warsaw się udał. Moim zdaniem tych 10. edycji zmieniło oblicze rynku mody. To zawsze było dla mnie najważniejsze. Gdy zaczynałyśmy, naszą siłą napędową była chęć poruszenia skostniałych zasad. Chciałyśmy skończyć z czerwonym dywanem, dzięki czemu moda miała szansę nabrać innego wymiaru. I właśnie z tego jestem najbardziej dumna! Udało się pokazać fantastyczne, dobrze prosperujące marki. Projektanci odnaleźli swoich odbiorców, stworzyły się piękne relacje. Zaznaczyłyśmy potrzebę tworzenia projektów mody dla prawdziwych ludzi i wiemy, że to, co robimy, stało się znakiem jakości. I to jest fajne! Budujące.

Magda: – Udało się z wielkiego zalewu produktów, nazwisk, firm odzieżowych, projektantów wyłonić setkę marek, które się wspaniale rozwijają. Które widzimy, że są na dobrej drodze do jeszcze większego sukcesu. Nasze wydarzenie nie jest już im potrzebne, bo przez te lata wszyscy nauczyliśmy się dobrego projektu i biznesu. Teraz czas myśleć o rynkach zagranicznych, własnych butikach i rozwijaniu sprzedaży online. HUSH Warsaw nadal będzie dla nich ważny, bo to sposób na integrację branży, ale przestał być celem samym w sobie. To, co najważniejsze w skali naszego kraju, to oswojenie Polaków z polską modą. Modą nie tylko z wybiegów dla celebrytów, ale tą faktycznie dostępną dla wszystkich, dobrze zaprojektowaną, uszytą. Zrozumieliśmy, że fajnie jest „nosić” polskich projektantów!

Ania: – Integracja branży jest również świetnym przykładem. Spotkania, rozmowy, wspólne projekty. Obserwowaliśmy współpracę na wielu płaszczyznach. Ile przyjaźni zrodziło się w tym czasie, mimo że środowisko modowe jest bardzo podzielone. Wspólne wyjazdy, targi, warsztaty. To naprawdę duża satysfakcja!

Magda: – Nie zawsze jednak jestem taką optymistką i nie wszystko, co dobre, przetrwało. Moda jest skomplikowaną branżą – tak dzieje się na całym świecie. Wątek finansowy jest punktem wyjścia dla dobrego biznesu. Obserwowałam przez lata wiele konceptów, które były świetnym pomysłem, ale niestety nie przebiły się, nie zaadoptowały do zmian, a przede wszystkim nie utrzymały się. Powstające obecnie marki, startujące z wysokiego pułapu zasobów, dobrze sobie radzą, bo świadomość jest już całkowicie inna. Sukces odnieśli i nadal odnoszą projektanci, którzy dokładnie wiedzą, co chcą robić i dla kogo. Od początku sprecyzowali swoją drogę i wiedzieli, na jakie ustępstwa muszą pójść, by tę markę i swoje projekty rozwijać.

Ania: – Wiele osób, projektując, tworząc swoje biznesy – niekoniecznie dobre i jakościowe – wbiło się w nurt. Na fali popularności polskiej mody niezależnej popłynęło wiele słabych produktów. Siłą rozpędu sprzedawały się kopie! Przykładem marki, która pomimo ograniczonych środków na początek, z dobrą strategią, pomysłem i produktem, upadkami i z wzlotami, przetrwała do dzisiaj i świetnie sobie radzi na rynku, jest Risk Made in Warsaw. Moje ukochane Nenukko, Kuczyńska – pamiętam ich obawy, ale zalew dziwności i kopii tylko ich wzmocnił; urosły i nadal reprezentują wysoki poziom. Są też takie marki jak UEG, który całkowicie wyniósł się z tego rynku – i słusznie, bo poszerza skalę zupełnie gdzie indziej (Azja, Wielka Brytania). Często, na kanwie doświadczeń projektantów, których marki upadły, powstają nowe, z lepszym dofinansowaniem, ale też korzystające z błędów swoich poprzedników. Rynek mody ewoluuje, zmienia się, kotłuje, ale nadal widzimy, że to, co dobre projektowo i biznesowo, zostanie. Widać, dla kogo własna marka to życiowy wybór, kto traktuje to poważnie i konsekwentnie rozwija modę.

Magda: – To, o czym rozmawiamy, nie dotyczy tylko Warszawy, Poznania i innych wielkich polskich miast. Cieszę się, że moda dociera poza główne ośrodki dzięki swojej dostępności w internecie. Przez ostatnie lata rozwój sprzedaży online w Polsce wpłynął pozytywnie na promocję polskich projektantów oraz na upowszechnianie się dobrych wzorów. Każdy w zasadzie może ubierać się tak, jak faktycznie chce, a nie pod dyktando sieciówek. Jeśli mieszkasz w małej miejscowości, a uwielbiasz COS i styl tej marki, zamawiasz produkty w kilka minut. Podobnie działa to w przypadku naszych projektantów.

Ania: – I tutaj kończy się jednak mój optymizm.

Magda: – Chodzi ci o to, że nadal większość z nas lubi pastelowe sukienki z falbankami i koronkami? Niestety nic w tej kwestii się nie zmieniło. Polacy ubierają się średnio. Zaskakująco dobrze wyglądamy w dużych miastach, które spokojnie możemy porównać do ulic innych europejskich stolic. Patrząc jednak na cały kraj, muszę niestety przyznać, że jesteśmy banalni. Nie dam sobie wmówić, że jest to wynik braku pieniędzy. To niska świadomość estetyczna przejawiająca się w wielu aspektach naszego życia. I tutaj zamyka się koło, bo im bogatsze społeczeństwo, tym oczywiście wyższa świadomość.

Ania: – Porównując polską ulicę sprzed kilku lat z tym, co widzimy teraz, to trzeba jednak przyznać, że jest ogromna przepaść. Wybierałam ostatnio nasze zdjęcia z targów sprzed kilku edycji i zadawałam sobie pytanie – dlaczego ci ludzie tak dziwnie wyglądają? Choć moi zagraniczni goście zawsze zachwycają się tym, jak ubrane są Polki – stylowe, wymuskane, modne – to jednak brakuje mi fajnego, poprawnego „średniactwa”. Widzę zbyt dużo kontrastów: idealnych ludzi ubranych dokładnie w zgodzie z trendami albo tych kierujących się zasadą – mam to w dupie. Brakuje mi odważnych, szalonych pomysłów! Wczoraj jechałam komunikacją miejską i zachwycałam się dziewczyną w wieku licealnym, która była tak ubrana, że nie mogłam oderwać od niej wzroku. Ja do takiej świadomości ubioru musiałam dochodzić 20 lat. Młodsi od nas robią to coraz lepiej! Może jest to wynik większego dostępu do internetu, podglądania, jakości produktu. Nie wiem. Robią to wspaniale!

Magda: – Miałyśmy rozmawiać o celebracji, zabawie, korzystaniu z życia. Mi słowo „celebracja” kojarzy się z „celebrytą”. Widziałaś, jak wyglądają na „ściankach”? I my się dziwimy, że polska ulica to różowe falbanki? Mam wrażenie, że nie potrafimy cieszyć się nawet ubiorem. W celebrytach nie ma absolutnie życia: stoją tam smutni, większość z nich jest po prostu źle ubrana, a do tego zachowują się, jakby byli tam postawieni na siłę. Ich przykład pokazuje, że wydaje nam się, że lubimy i potrafimy celebrować, ale jak przychodzi co do czego, to spontaniczność gdzieś się ulatnia. Trzeba się napić, żeby nerwy puściły i pojawiła się jakaś radość.

Ania: – Magda, a czy my potrafimy celebrować? Nauczyłyśmy się tego?

Magda: – Zgadzam się, że nam wszystkim brakuje formy celebracji. Doceniam takie okazje, które wymagają ustalonego kodu, konwencji w dobrym słowa znaczeniu. Chciałabym, żebyśmy mieli dobry narodowy nawyk pozwalający spotkać się w gronie przyjaciół i wspólnie cieszyć tym, co mamy, widzimy, potrafimy. Wiem, że nie każdy tego potrzebuje. Nie dla każdego celebracja to impreza. Niektórzy celebrują tylko pogrzeby…

Ania: – Zobacz. My też nie potrafimy celebrować tego, co osiągnęłyśmy. Zapętlamy się w wir pracy – po każdej edycji HUSH-a, po chwili odpoczynku, wskakujemy w kolejną. Taka już nasza przypadłość narodowa, że nie potrafimy cieszyć się z własnych sukcesów, docenić trud pracy. Zrobiłam kiedyś takie ćwiczenie. Po targach napisałam do was prośbę o listę rzeczy, które według was wyszły bardzo dobrze w danej edycji targów. W odpowiedzi otrzymałam informację – ogólnie HUSH był super, a tutaj lista rzeczy do poprawki. Mam wrażenie, że my Polacy mówimy tylko o tym, co nie wyszło. To zapewne wiąże się z brakiem umiejętności do przyjmowania komplementów i generalnie do alergii na luz (jakby miał nas zabić).

Magda: – Ale trzeba przyznać, że mamy bardzo dużo małych chwil radości, które doceniamy i które pomagają nam celebrować to, co robimy. Po bardzo intensywnym czasie w pracy dajemy sobie jeden dzień na kompletną ciszę. Oderwanie od e-maili, telefonów. Często spotykamy się wtedy we wspólnym gronie, ale w innym otoczeniu – pijemy wino, jemy ciasta, wznosimy toasty. Bardzo często radość przychodzi do mnie nawet dopiero po dwóch tygodniach. Stres opada, a ja z wielkim uśmiechem zastanawiam się nad tym, co się wydarzyło! Wskakuję na ukochany rower, który teraz zimą zmieniam na narty – ruch to moje źródło energii. Cudownie czuję się też w pracowni ceramiki, zachwycam się wszystkim – od kształtowania po malowanie. To prawie jak z twoim tańcem i muzyką!

Ania: – Moimi generatorami radości są zawsze balony na hel w trakcie HUSH Warsaw. Cieszę się na nie kilka miesięcy. Kocham świecące dodatki, dekoracje. Drugą rzeczą są oczywiście bąbelki: to ubaw dla wszystkich gości! Ale wracając do mody, uwielbiam oczywiście nowości, gdy zaczynamy współpracę z nowymi markami. Pamiętam Bodymaps i ich premierę! To był szał. Poza tym nowe materiały, modele, wzory. Do tego również wyszukiwanie nowych produktów – ale nie po to, by je mieć, ale by dzielić się nimi, pokazywać, inspirować. Co sezon ekscytuje mnie oczekiwanie na nowe projekty Kuczyńskiej, Orskiej, Sobiczewskiej. Już czekam, bo wiem, że szykują nowe pomysły. Dostaję gorączki, gdy mogę kolekcjonować modę, unikaty – gdy wiem, że kupuję już ostatnią sztukę, że daną sukienkę ma tylko ograniczona liczba osób.

Magda: – Dobre sesje zdjęciowe, nowe udane kolekcje to podstawowe źródło radości, gdy praca w modzie jest całym twoim życiem, pasją. Europejski poziom w jakości i  estetyce! Zawsze ogarnia nas w HUSH-u radość, gdy pojawiają się nowe koncepty modowe, takie jak ostatnio Magda Butrym albo Transparent Shopping Collective, gdy marki ewoluują, uczą się komunikować i rozwijają biznesowo. Z kolei po HUSH-u  najwięcej satysfakcji daje mi wspólne zdjęcie z całym naszym teamem kilkunastu osób i wolontariuszy. Są mocno zaangażowani we współpracę – efektem jest gigantyczna energia na wydarzeniu. Są wspaniali: ta ich szczera, absolutna miłość do tego, co robią, i do życia w ogóle. Uwielbiam ich! Muszę przyznać, że wszystkie nasze „małe chwile” i przyjemności zebrałyśmy w jedną przestrzeń w trakcie zimowej 10. edycji HUSH-a. Dużo mody, zieleni, smaków, zapachów, przyjemnej lektury, stylizacji. Po prostu! All you need is celebration! Wszyscy więcej celebrujmy dziś, a mniej martwmy się na zapas o jutro.