Paradoks imponującej skali często polega na tym, że zamiast oferować przestrzeń, zaczyna przytłaczać domowników niefunkcjonalnym układem.
Znajdujący się w Łodzi 370-metrowy budynek z lat 90. ma długą listę atutów: duży ogród, basen, sauna, garaż – no i sam metraż. A jednak codzienne korzystanie z budynku generowało tarcia. Życie uprzykrzał niski parter, będący efektem ówczesnych przepisów budowlanych, skomplikowany układ komunikacyjny, ograniczony dostęp do części piętra. Dodatkowo, niewielka liczba okien i gęste zadrzewienie działki sprawiały, że wnętrza pozostawały w zacienieniu przez większą część dnia.
– Klienci zgłosili się do nas z pozornie prostym zakresem: projekt wnętrz, bez ingerencji w strefę basenu, sauny i garażu. W trakcie rozmów szybko okazało się jednak, że problem nie leży wyłącznie w estetyce. Zmieniło się ich życie. Dzieci dorosły, syn się wyprowadził, córka potrzebowała własnej, niezależnej przestrzeni na poddaszu. Dom, który kiedyś działał, przestał odpowiadać aktualnym potrzebom – relacjonuje Katarzyna Miller z pracowni OSOM group.
Zakres projektu rozszerzał się stopniowo. Z czasem została podjęta decyzja o przebudowie klatki schodowej i otwarciu stropu, następnie na tapet trafiła wymiana wszystkich okien z korektą ich wymiarów, wprowadzenie nowych otworów po konsultacjach z konstruktorem, a dalej – elewacja, tarasy, strefa basenu i budowa dodatkowego garażu.
Pierwotnie zaplanowana tapeta o strukturze tkaniny okazała się niemożliwa do wykonania na wymaganym poziomie – zastąpił ją beżowy tynk z subtelnymi przetarciami, który lepiej oddał charakter wnętrz i wprowadził efekt miękkości, na którym zależało mieszkańcom. W trakcie realizacji korygowano też rozwiązania technologiczne i meble, dobierając rozwiązania m.in. do obecności zwierząt. Niektóre decyzje weryfikowało dopiero realne światło i przestrzeń.
– Jednym z kluczowych momentów była decyzja o lustrzanym suficie w komunikacji – wspomina architektka. – Pierwsza wersja projektu była dobra. Spójna, funkcjonalna, zaakceptowana niemal bez zmian. A jednak brakowało w niej jednego elementu – poczucia przestrzeni i oddechu, którego dom bardzo potrzebował. Lustrzany sufit był decyzją ryzykowną, ale to właśnie on całkowicie zmienił odbiór wnętrz, doświetla je i nadaje lekkości bez ingerowania w konstrukcję budynku.
Transformacja trwała niemal dwa lata. – Ta realizacja jest dla nas najlepszym dowodem na to, że transformacja nie musi oznaczać burzenia – podsumowuje Katarzyna Miller. – Czasem wystarczy zrozumieć, co w danym domu nie działa – i mieć odwagę, by to zmienić.
