MACIE JUŻ STRUDEL, WIĘC PO CO WAM DESIGN!

MARCIN MOŃKA, WOJCIECH TRZCIONKA

16.11.2010

BEZ KATEGORII

Do Wiednia można jechać na strudel, zobaczyć Pałac Schönbrunn, ale nie warto tracić czasu i pieniędzy na tutejszy festiwal designu. Organizatorów nasza nieobecność nieszczególnie zaboli, bo Vienna Design Festival to impreza stawiająca raczej na lokalnego widza. Tak przynajmniej my to widzimy. A szkoda. W końcu to Wiedeń z tradycją kulturową, o jakiej niejedno miasto festiwalowe może tylko pomarzyć.
Tegoroczna, 4. edycja Vienna Design Festival (1-10 października 2010) miała kusić różnorodnością. A śmiałe wyjście w miejską przestrzeń miało sprawić, że projektowanie zupełnie naturalnie wpisze się, a raczej wtopi w duży miejski organizm, choć od razu z zastrzeżeniem, że w przestrzeń specyficzną, obarczoną siecią gęstych znaczeń. Taka wizja mogła wzbudzać zachwyt, a przynajmniej skłaniać do małego entuzjazmu. Ot, design pojawia się zupełnie niepostrzeżenie, naturalnie, bez większych zachodów i spektakularnych fajerwerków. Może trafić wreszcie na swoje miejsce, czyli być wszędzie. Nie jest pomnikowy, galeryjno-muzealny, lecz bardziej ludzki, codzienny, po prostu design na wyciągnięcie ręki, i w dodatku bez większych pretensji.

W tym kontekście podkreślanie na każdym kroku, że wszystko jest designem, a przy tym kreowanie obiektów, które z założenia mają być czymś niezwykłym wprowadza jakąś inną perspektywę - skoro rzeczywiście jest wszystkim i wszędzie, po co karmić go jakąś manierą sztuczności.

A tak niestety stało się w Wiedniu. Pozostawione bez komentarza, a jednak z ogólnej przestrzeni w jakiś sposób wyróżnione obiekty mało kogo z przechodniów obchodziły, a bywało i tak, że niespodziewanego zniknięcia jakieś instalacji nikt nawet nie zauważył. I nie chodzi zapewne o to, że nikogo ten design nie interesował, bo pewnie można by znaleźć dziesiątki osób zafascynowanych nowymi pomysłami organizatorów, którzy wciąż muszą prześcigać się w poszukiwaniu świeżych i zaskakujących idei.

A taką ideą z pewnością w tym roku stał się znikający design, design którego nie ma, który być może dopiero gdzieś powstaje, wykluwa się albo i przepoczwarza. I to raczej z silniejszym akcentem na to ostatnie. Aż nadto w tym roku pojawiło się projektów sięgających po kategorię zabawy z jednoczesnym wykorzystaniem świata przedmiotów odchodzących w przeszłość, przywoływanych niemalże ze śmietniska. W tej kategorii we Wiedniu niewątpliwie królowały krzesła - zresztą ich żółte modele wpisane zostały w całą ikonografię tej edycji festiwalu. To oczywiście jeden mały drobiazg, który stał się częścią większej całości. Fascynujące i zarazem symboliczne było zestawienie owego krzesła z popiersiem cesarza Franciszka Józefa w Wagner Werk Muzeum.

Wiedeń reklamujący się poprzez festiwal jako "miasto pełne designu" w tym roku nim się nie stał. Choć wydarzenia festiwalowe miały kilkadziesiąt lokacji, trudno było opanować poczucie nie tyle nawet chaosu, co braku designu, tęsknoty za specyficzną atmosferą sprawiającą, że rzeczywiście możemy sobie uświadamiać rolę, jaką dobre projekty mogą pełnić w naszym życiu. W Wiedniu uczyniono z designu raczej jakąś bliżej nieokreśloną gałąź sztuki, której ogląd poddaje się tym samym kryteriom, co dzieła artystów plastyków czy rzeźbiarzy. Było sztywno.

I tak w mieście nad Dunajem nieustannie można mieć w tym roku poczucie jakieś przedziwnej dekonstrukcji. Trudno było odnaleźć przestrzeń do prawdziwej inspiracji, a nie wątpię że można by taką w Wiedniu zaaranżować. Trudno było też odnaleźć naprawdę dobre, nowe i świeże wzory. Nie sądzę by ich nagle zabrakło. Zamiast tego wciąż powracają słowa zasłyszane przy jednej z festiwalowych instalacji, w której wykorzystano rzeczy "odrzucone" i znaleziono dla nich drugie życie (ta tendencja królowała zresztą w tym roku): "ten design to znaczy chyba śmietnik".

Symboliczne było zestawienie "festiwalowego" krzesła z popiersiem cesarza Franciszka Józefa w Wagner Werk Muzeum. fot. Wojciech Trzcionka

Design wyszedł w Wiedniu na ulice i gdzieś się... zgubił. fot. Wojciech Trzcionka