CZYSTE PŁÓTNO

TEKST: ELIZA ZIEMIŃSKA, ZDJĘCIA: DENNIS BRANDSMA DLA EH&I

ANTWERPIA 14.5.2017

ARCHITEKTURA DESIGN MIEJSCA STYL ŻYCIA SZTUKA

Ekscentryczny, surrealistyczny, autentyczny. Położony w dzielnicy diamentów w Antwerpii – mieście będącym sercem jubilerskiego świata. Klejnot w koronie Studia Job: loft wypełniony po brzegi ikonami XX-wiecznego designu.
– Nie mieliśmy wizji. Po prostu zaadaptowaliśmy przestrzeń, szanując jej historię i budując most do przyszłości. Pamiętaj, że architekturę można tylko wynająć, nawet jeśli kupujesz ją na własność. Ten budynek będzie żył dłużej od nas, dlatego zawsze tworzymy neutralne przestrzenie – tłumaczą projektanci.

Kto: Studio Job, czyli Nynke Tynagel i Job Smeets
Gdzie: „Dzielnica diamentów”, Antwerpia, Belgia
Co: Loft mieszkalny w wyremontowanym magazynie z lat 50.
Powierzchnia: 700 m kw.

Job Smeets i Nynke Tynagel to bratnie dusze i współpracownicy, założyciele Studia Job. 16 lat po ukończeniu Design Academy w Eindhoven i założeniu wspólnej pracowni uważani są za pionierów współczesnego rzemiosła artystycznego. Mają na koncie wiele projektów i wystaw. Choć najłatwiej nazwać ich projektantami, nie interesuje ich design. Mimo że ich ornamentalne, nasycone prace niosą wiele znaczeń, oni sami nie mają misji ani celu. Kiedy rozmawialiśmy w 2013 roku podczas prezentacji ich prac na targach w Mediolanie, Job Smeets przyznał z rozbrajającą szczerością: – Nigdy nie myślimy o odbiorcach naszych projektów, chociaż lubimy ich zaskakiwać. Nie zastanawiamy się nad odbiorem naszych prac tak jak artyści. Przede wszystkim chcemy wyrażać siebie poprzez design: to nasz jedyny cel. Nie próbujemy zbawiać ani ulepszać świata. Nie musimy dokonywać wielkich odkryć. Nie mamy celu, by czynić kogoś szczęśliwym bądź smutnym.

Sztuka czy design?
Tynagel i Smeets nieco lekceważąco odnoszą się do pytań o misję, funkcję i znaczenie ich projektów – to dlatego, że kierują się innymi wartościami. To, co dla nich istotne, to jakość. Jak sami przyznają, ważne jest to, by ich projekty przetrwały dłużej niż meble z Ikei – a to dlatego, że oprócz walki z czasem nie możemy wiele więcej zrobić. I chyba ta ich szczerość i nonszalancja są właśnie tak pociągające. To samo widać w ich projektach. Na myśl przychodzi mi Jeff Koons, amerykański artysta końca XX wieku: swoimi inteligentnymi, choć często obrazoburczymi pracami bawił się z widzem, przypominając nieco błazna, którego nieznośne żarty obnażają nasze niedoskonałości. Podobnie projekty Studia Job, niczym wyciągnięte ze scenografii filmu Alejandro Jodorowsky’ego, mogą na początku budzić oburzenie. Jednak nie są to tylko banalne chwyty, ale zamierzona gra z widzem. Albo użytkownikiem, bo mimo wszystko mamy do czynienia z przedmiotami codziennego użytku, które nieustannie próbują stać się muzealnymi eksponatami. Zresztą kto dziś zadaje sobie pytanie o granice między wzornictwem a sztuką?

Ekspresyjny symbolizm
Ich neorenesansowe prace, czerpiące z tradycji rzemieślniczych, stoją w opozycji do modernizmu i funkcjonalizmu. To jakby kontynuacja rzemieślniczych ruchów Arts and Crafts, które przeciwstawiały się produkcji przemysłowej na rzecz ręcznej manufaktury. Jednocześnie trudno nie zauważyć tu postmodernistycznych trików. Mieszanie konwencji, tradycyjnych symboli i ikon kultury europejskiej z pospolitymi kontekstami doprowadziła do powstania karykaturalnych, ironicznych przedmiotów.

Wśród projektów Studia Job znajdziemy witraże, rzeźby, tkane dywany, inkrustowane blaty stołów, odlewy z brązu. Bawiąc się materiałami, skalą i archetypicznymi kształtami, Tynagel i Smeets kwestionują wyobrażenia na temat funkcjonalności, stylu i masowej produkcji. Ich projekty często przybierają łatwo rozpoznawalne kształty wazonu, świecznika czy czajnika, które zostały powiększone do nietypowych rozmiarów. Przedmioty te tracą w ten sposób nie tylko funkcję, ale też pierwotne znaczenie. Jest coś pociągającego w ich podejściu do przedmiotów. Być może to pozorny brak zasad, nieustannie przełamywany doprowadzonym do perfekcji rzemiosłem, odzwierciedlający spokojną pewność ich twórców – bardziej przypominają artystów niż projektantów, ale w rzeczywistości nie są zainteresowani żadną z tych etykiet. Podobnie jest w przypadku loftu położonego w Antwerpii, gdzie mieszka i pracuje Smeets. Choć przestrzeń jest zaprojektowana, nie nosi śladów ludzkiej ingerencji.

Powrót do korzeni
Loft mieści się w magazynie położonym w „diamentowej dzielnicy”, zamieszkałej przez architektów, artystów i projektantów. W ciągu lat budynek pełnił różne funkcje (był między innymi siedzibą szkoły prowadzonej przez wspólnotę żydowską) i z tego powodu „obrósł” w różne dobudowy. Jest jednym z nielicznych betonowych domów w mieście pełnym kanałów i już samo to zadecydowało o jego wyjątkowości. Z tego powodu podjęto decyzję o pozbyciu się wszystkich zbędnych elementów niestanowiących oryginalnej konstrukcji budynku. Pozwoliło to na otwarcie przestrzeni w środku, a także rozmycie granicy z zewnętrzem przez zastosowanie ogromnych przeszkleń. Pierwotna struktura budynku nie została zakłócona żadnym dodatkowym elementem. Beton, drewno i elementy kompozytu to jedyne materiały, które posłużyły przy wykończeniu wnętrz. Jedyną znaczącą ingerencją były schody z charakterystyczną rzeźbioną barierką zaprojektowaną przez holenderskiego projektanta Maartena Baasa.

Prywatne muzeum
Wśród przestrzeni zaprojektowanych i użytkowanych przez Studio Job są galeria, apartament i dom wakacyjny. Wszystkie te miejsca urządzili na podobnej zasadzie: bardziej przywodzą na myśl dzieła sztuki. Antwerpijski loft to raczej muzeum niż mieszkanie – i taki właśnie był zamiar. Wnętrze miało stworzyć neutralne tło dla wyeksponowania ulubionych przedmiotów pary projektantów. Część z nich powstała w ramach ich współpracy w Studiu Job, a poza tym znajdziemy tu meble i obiekty, które cenią.

– Wiele przedmiotów pochodzi z lat 50., kiedy modernizm przejawiał się w najczystszej formie – podkreśla Smeets. Mamy tu Tulip Table Eero Saarinena, Wire Chair Harry’ego Bertoi, modułową szafkę Wima Rietvelda. Pojawiają się też bardziej ekstrawaganckie obiekty, jak fotel projektu Joe’go Colombo czy wielki wieszak-kaktus Guframa. Znajdziemy również starsze projekty, jak sofa Kubus Jozefa Hoffmanna czy krzesło Wima Rietvelda obite tapicerką Studia Job dla marki Maharam. Na kolekcję składają się także szklane wazy czeskiego artysty Bořka Šipka, ręcznie tkane dywany projektu braci Campana czy urna z brązu holenderskiego artysty Armando. Są tu również grafiki Lucio Fontany, plakaty Keitha Haringa oraz obrazy flamandzkiego ekspresjonisty Constanta Permekego.

Nie mogło też zabraknąć prac Studio Job. Wśród nich między innymi: papierowy żyrandol zaprojektowany dla Moooi, ręcznie tkany, okrągły dywan stworzony na zamówienie Nodusa, szezlong-modułowy fotel, charakterystyczny przeskalowany miecz, a także przedmioty z drewna różanego i brązu. Pojawiają się tu charakterystyczne wzory ze szkieletów zagrożonych gatunków zwierząt. Jedynym elementem zaprojektowanym przez studio specjalnie dla tego wnętrza jest witraż prezentujący Tynagela i Smeetsa, oddzielający kuchnię od pozostałych części loftu.

Na dachu budynku znajduje się jeden z największych ogrodów w Antwerpii, jednak projektanci przyznają, że nie są fanami ogrodnictwa – jest to po prostu miejsce, w którym można się przewietrzyć. Jedyną dekoracją jest tu ogromny, pozbawiony swojej funkcji aluminiowy żyrandol i fotel projektu Boba Copraya i Nielsa Wildenberga.

Choć, jak przyznają Tynagel i Smeets, inspiracją do projektu były żelbetowe bunkry, loft nie miał przypominać niedostępnego skarbca i mimo tego, że wygląda jak muzeum, jest też miejscem do życia i pracy. Mimo że surowy loft wypełniony kolekcją mebli nie jest jednak neutralny, a raczej mocno sugestywny, miejscami nawet nieznośnie wyrazisty, gra, którą Studio Job prowadzi z widzem, wciąga i intryguje jak kosztowna błyskotka.